Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Roksana Ziora-Krysa,

POZA DOBREM I ZŁEM

A A A
„Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by przy tym samemu nie stać się potworem. A jeśli długo patrzysz w otchłań, to otchłań również wpatruje się w ciebie”. Cytat zaczerpnięty z Nietzschego, otwierający najnowszą powieść Krajewskiego, można odnieść do całej twórczości filologa klasycznego, który w doskonały sposób wyniósł na salony – przez długie lata w Polsce uważany za peryferyjny – gatunek, jakim jest kryminał. Tam, gdzie swoje ujście mają „Rzeki Hadesu”, rozpoczyna się „W otchłani mroku”, kolejna historia komisarza Popielskiego, któremu nie jest dane z sentymentem wspominać dawne policyjne sukcesy. Otrzymuje on zlecenie od profesora filozofii, by spośród uczniów podziemnego gimnazjum odseparować agenta UB. Proste na pozór zadanie wciąga Popielskiego w otchłań prawdziwego zła, którego rozmiary wcale nie uległy zmniejszeniu wraz końcem wojny. Wyniszczony Wrocław, pełen zdegenerowanych, beznamiętnych ludzi kierujących się najniższymi instynktami, wydaje się kolebką tego, co najgorsze. Bieda, nienawiść, zepsucie i widma nie tak dawnych tragedii wciąż napędzają krew w żyłach, a zbrodnia goni zbrodnię. Czy w świecie opanowanym przez kompletną degrengoladę jest jeszcze miejsce na sprawiedliwość…?

Ścigany przez własne widma Popielski prowadzi prywatne śledztwo, podczas którego musi zmierzyć się z demonami przeszłości, ale też stawić czoła tym, które tworzą piekło powojennego świata. Opiekując się schorowaną kuzynką, sam nadal walczy ze swoimi słabościami, w tym z zamiłowaniem do pięknych kobiet. Styczność z młodymi dziewczętami, uczennicami gimnazjum, podejrzanymi o kontakty z UB, budzi w nim uśpione instynkty, ale nie pozbawia profesjonalizmu. Nie posiada już jednak dawnego autorytetu, ale jego zawodowy zapał, choć wydaje się być jedynie tlącym wspomnieniem dawnych lat, nie mającym poparcia w zdrowiu i możliwościach fizycznych, nadal pozostaje niezłomny. Powracają przebiegłość i zaciekłość, które zmuszają do wykorzystywania wszelkich możliwych środków, by osiągnąć cel. Po piętach depczą mu wrogowie, dla których Łyssy jest wspomnieniem niewyrównanych porachunków lub klęsk, pojawiają się też nowi, niczym demony wychodzące z mrocznych zakątków Wrocławia. Wszystko to składa się na obraz deprymujący, przygnębiający, mroczny i… pochłaniający, co czyni trafność opatrzenia powieści cytatem z Nietzschego kwestią zupełnie bezdyskusyjną.

Inaczej jednak wygląda sprawa z drugim, nie mniej ważnym wątkiem powieści – filozoficzną dysputą o genezie i istocie dobra i zła, prowadzoną przez profesorów Stefanusa i Murawskiego z uczniami. Wpleciona w mocny, bezkompromisowy kryminał, jest jakby ironicznym tłem dla wydarzeń z ponurego świata, nie mającego nic wspólnego ze szlachetną nauką. To rzuca nieco nowe światło na powieść, tak twardo osadzoną bardziej w sferze profanum niż sacrum. Rzadki w literaturze kryminalnej aspekt z jednej strony doskonale wpasowuje się w tematykę – wszak Krajewski od zawsze narusza grząskie, niebezpieczne granice między dobrem a złem, tworząc niejednoznaczne postaci, nie stroniąc od brutalnych gwałtów i makabrycznych zbrodni, a zarazem idąc w kierunku sprawiedliwości i – mówiąc banalnie – dobrego zakończenia, w którym zło i występek zostają ukarane. Czy jednak ożenek kryminału, któremu oczywiście nie sposób odmówić literackiej i intelektualnej głębi, ale często zahaczającego o ohydę i sceny budzące obrzydzenie z filozofią jest dobrym zabiegiem…? Z pewnością nie zniechęca, a czy wzbogaca – cóż, z pewnością to ryzykowny, żeby nie powiedź kontrowersyjny w wielu momentach powieści, zabieg.

Głównego bohatera Krajewski przedstawia w dwojaki sposób – jako doskonale znanego komisarza i – co nowe – autora pamiętnika, co znów poszerza nieco horyzonty powieści. Jest spojrzenie w przeszłość, jak w poprzednich historiach, doskonale zobrazowane, plastyczne, wiarygodne, ale jest też obraz współczesny. Szeroka rama czasowa obejmuje Wrocław od lat powojennych do współczesności, spajając ze sobą wszystkie trzy wątki – uniwersytecki, filozoficzny i kryminalny, a więc wszystko, na czym zbudowana jest powieść, tworząc elektryzującą, spójną całość.

Mimo nowatorskich zabiegów, „W otchłani mroku” trzyma ten sam poziom, co wszystkie pozostałe powieści Krajewskiego. To silna, misternie skonstruowana historia, obfitująca w turpistyczne obrazy, doskonale oddające klimat brutalnego, zdeptanego świata, wyzutego z wszelkich wartości. Twardy, krwawy kryminał, nadwyrężający poczucie estetyki, przyciąga jednak nie tylko świetną, przemyślaną fabułą, ale też nieodłącznym atrybutem Krajewskiego – niezwykłą kulturą i bogactwem języka, będącym – na przekór – prawdziwą ucztą dla zmysłów i wyrazem szacunku dla czytelnika. Dowodzi też faktu, że Krajewski jest całkowicie świadomy i wierny wartości swojego słowa, nie pozwala sobie na obniżenie poziomu, zachowuje klasę i styl, na których konsekwentnie buduje swoją markę.

Przyjemnie nieprzyjemne doznania, zniesmaczenie i zachwyt, intelektualne wyzwanie i zacięta dyskusja o dobro i zło. A może o coś poza nimi? „W otchłani mroku” to po prostu kwintesencja dobrej, mocnej literatury, prawdziwa perła w koronie polskiego kryminału i coś, czemu warto się poddać z całkowitym zapomnieniem.
Marek Krajewski: „W otchłani mroku”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2013.