Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Dawid Kujawa,

AŻ GRAMATYKA ZACZNIE KRZYCZEĆ

A A A
Maciej Taranek – poeta urodzony w 1986 roku, laureat organizowanego przez Biuro Literackie projektu Połów 2011 – nie używa co prawda do pisania swoich tekstów – tak przynajmniej mi się wydaje – oulipijskich przymusów, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że wobec literatury zajmuje on podobną postawę, jaką zajmował wobec niej Raymond Queneau, kiedy wraz z François Le Lionnais'em zakładał w 1960 roku Warsztat Literatury Potencjalnej. Podejrzewam, że gdyby autor „Pierrot mon ami” nie był wcześniej związany z surrealizmem, i gdyby nie jego ostry spór z André Bretonem, który dotyczył istoty literackiego eksperymentu (jak wiadomo, Queneau nie mógł zaakceptować techniki écriture automatique, dostrzegał w niej bowiem zbyt wiele niebezpiecznej dla literatury swobody, ale nie odpowiadała mu także postulowana przez surrealistów, XIX-wieczna w gruncie rzeczy, wizja artysty), Queneau  nigdy nie zacząłby szukać inspiracji w matematyce, kombinatorce i logice, a przynajmniej nie zbliżyłby się do nauk ścisłych w tak radykalny sposób. Być może oulipijski rygor nie miałby tak zimnego, konceptualnego charakteru, gdyby nie fakt, że został on pomyślany niejako „na złość” Bretonowi i jego próbom oddania głosu podświadomości „artysty”. W debiutanckim tomie Taranka „repetytorium” wydanym przez Rozdzielczość Chleba (zaznaczyć trzeba, że jest to drugi, obok Clubbingu Kamila Brewińskiego, debiut opublikowany w tym roku przez „hub wydawniczy”) – autor raczy nas fascynującym chłodem logiki, który nie jest tanią ozdobą wierszy ani pozą podmiotu, ale podstawą konstrukcji książki.

Eksperyment Taranka wydaje się bardzo prosty, ale jest niesłychanie intrygujący. Wielu znamy polskich poetów, którzy testują w swojej twórczości możliwości współczesnego języka, tropią jego retoryczne potknięcia, szukają miejsc, w których widoczne stają się jego grube szwy, miejsc w których język „partaczy robotę”, rozstaje się ze światem i właśnie dzięki temu staje się ciekawy. Młody poeta – choć znajdziemy u niego płynne przejścia od „nieudolnie” reprezentowanego doświadczenia do surowej „tekstowości”, jak w wierszu „pisuar”, który kończy się słowami „(tu otwieram okno, tu zamykam nawias)” –  szczególnie skupia się na jednym aspekcie języka: interesują go przede wszystkim możliwości i granice gramatyki, to ona sprawia bowiem, że pojedyncze użycie języka staje się operacją – no właśnie: operacją – przypominającą partię szachów lub układanie puzzli. W tekstach Taranka gramatyka jest „rusztowaniem konstrukcji” („repetytorium”), które zawsze można rozkręcić i złożyć w inny sposób, co w „repetytorium” jest podstawą „poetyckości”. Rusztowanie nigdy nie jest tu składane w figury (to słowo zresztą również pojawia się tutaj kilkakrotnie) regularne: Taranek zestawia poszczególne elementy składni w taki sposób, aby stworzyć figurę zniekształconą, niestabilną, felerną, czasem nawet wybrakowaną, jak w wierszu „całość”, gdzie fraza „w pałacu gramatyki wizytuję korytarz” dopiero w ostatniej ze strof pojawia się w formie kompletnej – gdy zdanie to zapisane zostaje po raz pierwszy, opuszczone zostają słowa „pałac” i „gramatyka”, w drugiej strofie brakuje „gramatyki”, w trzeciej zaś „pałacu”.

Taranek testuje cierpliwość gramatyki i w ten sposób tworzy w swoich wierszach napięcie, jakiego w codziennej mowie uzyskać nie możemy: „mówię w milczeniu poetyki, aby gramatyka zaczęła jak wściekła krzyczeć” („repetytorium”). Eksperyment realizowany w tomie kojarzyć się może pod pewnymi względami z nouveau roman, bowiem kolejne miejsca i rekwizyty – których sztuczność, wręcz syntetyczność, podkreślana jest tu nieustannie, co nie czyni ich jednak atrapami, ale raczej specyficznymi instalacjami – wracają tu, niczym w powieściach Alaina Robbe-Grilleta, w nowych kontekstach i w nowych modelach składniowych. Taranek wielokrotnie opisuje w swoim tomie gramatykę jako „pałac”, po którego zawiłych korytarzach podmiot liryczny błądzi – Robbe-Grillet wraca tu raz jeszcze: czytając te fragmenty, nie sposób uwolnić się bowiem od obrazu pałacu z nowofalowego filmu „Zeszłego roku w Marienbadzie”.

Warto zwrócić uwagę, że gramatykę określa się tu jeszcze poprzez inną metaforę: „placem gramatyki wskazuję punkt” – pisze Taranek w wierszu „science fiction”, aby następnie powtórzyć trzykrotnie frazę „chrobot grabi liście”, za każdym razem zmieniając jej kontekst poprzez modyfikację interpunkcji, poprzez „wskazanie” przecinka „palcem gramatyki”. To paronomazja (pałac/palec) determinuje tu metaforykę – nie odwrotnie.

Bardzo mocno rzuca się w oczy powracający w „repetytorium” ruch „do wnętrza”, który poeta najczęściej sugeruje nam, stosując metodę stopniowego „zoomu”: „warto zaczynać od rzeczy / wielkich, tak niewiele jest / widzianych z kosmosu: / mam osobną kuchnię, / kawę robię w kubku / od kawy, herbatę / robię w kubku / od herbaty” („pixel”). (Widać tu doskonale, że poezja Taranka jest „8-bitowa”: najmniejszy element tej „rzeczywistości”, pojedynczy piksel, to cały „kubek od kawy”, bliżej podejść już nie możemy. „Rzeczywistość” Taranka – zabezpieczam się cudzysłowem, bo nie jest to chyba odpowiednie słowo – ma ogromne piksele niczym rzeczywistość gier wideo, w które jego podmiot liryczny grał, „kiedy eksplodowały dwa pociągi na madryckiej stacji atocha”; „[boom #2]”). „wyobraź sobie majową, rozkwitającą miłość. / wyobraź sobie dziewczęta przyjmujące hostię, / z rąk proboszcza. wyobraź sobie ręce proboszcza” („[wyobraź sobie]”). „mam osobną łazienkę, wannę / w łazience, wodę w wannie. / siebie przebranego za rybę” („level #2”). Przykłady stosowania takiej strategii można mnożyć, w „repetytorium” jest ich bowiem wiele, ale skupić powinniśmy się na tym, czemu one – i sugerowane przez nie zwrócenie się „do wnętrza” – służą. „Wchłonięcie” jest tu symptomatycznym ruchem, ale jest to jedynie ruch pozwalający podmiotowi lirycznemu porządkować rzeczywistość, w której ostatecznie wszystko zwraca się „na zewnątrz”: „palec, otwarta dłoń, ręce. całe na zewnątrz. / […] / chciałbym móc mówić, / że nie istnieje zewnątrz, że każde jest wewnątrz większego, / ale z doniczki wyrasta kwiat: palec, otwarta dłoń, ręce” („pina”).

W „repetytorium”, poza wszechobecnym „zoomem”, zastosowane zostały jeszcze dwie techniki, które zwrot „do wnętrza” opisują w sposób jeszcze bardziej wyrazisty i efektowny: pierwsza z nich polega na stosowaniu figury mise en abyme występującej tu ku mojej wielkiej uciesze, od dawna bowiem „kolekcjonuję” literackie przykłady tego, w pierwotnej wersji przecież wizualnego, motywu. Taranek „zapętla” przedstawienie m.in. w następujący sposób: „czy czytałeś wiersz, / w którym pisałem wiersz / i pytałem, czy czytałeś wiersz, / w którym pisałem wiersz? („wierszu,”). Znacznie ciekawiej wygląda to jednak w doskonałym utworze, moim zdaniem absolutnie najlepszym w całym tomie, zatytułowanym „coming out” przywodzącym na myśl piękny wiersz Sosnowskiego z tomu „Taxi”, „Wiersz (Trackless)”którego struktura jest niezwykle kunsztowna: „wyobrażam sobie płeć jako wąską, krętą uliczkę. / idąc wąską, krętą uliczką wyobrażam sobie płeć, / która idzie wąską, krętą uliczką i wyobraża sobie / mnie idącego wąską, krętą uliczką. mijamy się.”. Nośnik i temat metafory wzajemnie się tu przesłaniają, bawią się z czytelnikiem w chowanego, zamieniają się miejscami i podszywają się pod siebie: lustrzane odbicia mnożą się i próbują zdezorientować odbiorcę tekstu (wąska, kręta uliczka idzie wąską krętą uliczką i wyobraża sobie mnie idącego nią samą?): metafora – której nośnik jest jednocześnie tematem kolejnej metafory, której nośnik jest z kolei taki sam jak temat metafory poprzedniej – zostaje tym sposobem „zawieszona w próżni”.

Zwrot „do wnętrza” realizowany jest tu również poprzez wyróżnianie zaimka zwrotnego „się” (za każdym razem gdy słowo to występuje w tomie, zapisywane jest białym fontem na czarnym tle), który zyskuje dzięki temu – ale oczywiście również dzięki kontekstom, w których jest osadzany – zupełnie nowe znaczenie. „Się” w składni Taranka jest znacznie silniejsze niż w języku „codziennym”: nosi ono znamiona autonomicznego, samowystarczalnego organizmu – czasem, jak w utworze otwierającym tom, występuje zresztą w funkcji rzeczownika: „powtarzam, że gramatyka interesuje się, i że się interesuje się gramatyką” – który nieustannie pochłania sam siebie.

W posłowiu do książki Arkadiusz Wierzba zwraca uwagę, że w głosie podmiotu lirycznego „repetytorium” znaleźć możemy echa poetyki Tomasza Pułki – zgadzam się z redaktorem tomu, aczkolwiek wydaje mi się, że nie powinniśmy tego wpływu przeceniać: głos Taranka wypełnia pewną pustą niszę w nowej polskiej poezji, którą jakiś czas temu udało mi się zlokalizować i w którą sam najchętniej bym się wstrzelił jako poeta, na pewno jednak nie zrobiłbym tego tak skutecznie jak Taranek – nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że jemu udało się to świetnie.
Maciej Taranek: „repetytorium”. Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba. Kraków/Internet 2013.