Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Maja Baczyńska, Kajetan Łukomski,

Z DOMIESZKĄ SŁOWIAŃSKIEJ DUSZY

A A A
Maja Baczyńska: Jak stałeś się Avtomatem?

Kajetan Łukomski: Muzyką elektroniczną interesowałem się jeszcze w liceum, choć wtedy moją miłością były głównie metal i industrial. W 2005 roku założyłem projekt post50UND, z którym cztery lata później, w składzie rozszerzonym o moją siostrę Sonię i gitarzystę Filipa Stangrickiego zagraliśmy na festiwalu Audioriver w Płocku. Po festiwalu okazało się, że nazwa, która nastolatkowi wydawała się fajna i wielowarstwowa, zrobiła się naiwna i kompletnie nieczytelna dla fanów – nikt nie mógł jej zapamiętać. Po burzy mózgów, na olbrzymim arkuszu papieru wypisałem wszystkie słowa, które kojarzą mi się z moją muzyką – w ten sposób narodził się Avtomat. Muzyka mechaniczna, ale jednak z dużą domieszką słowiańskiej duszy.

M.B.: Jak doszło do powstania projektu „Pleśni”?

K.Ł.: Od kilku lat obracam się między innymi w środowisku ludzi wykonujących muzykę ludową. Zaczęło się od tradycyjnych tańców z francuskich wsi, później pojechałem na festiwal w Nowicy, gdzie usłyszałem niezwykłe ukraińskie i łemkowskie pieśni wielogłosowe oraz poznałem mnóstwo interesujących muzyków. Cały czas miałem też dostęp do takiej muzyki dzięki Weronice Regosz i Anuszce Jakimiuk, które obie teraz ze mną śpiewają. One wciągnęły mnie głęboko w świat wschodnioeuropejskich śpiewów. W pewnym momencie pomyślałem: czemu tej nowej fascynacji nie połączyć z tym, co kocham najbardziej, z muzyką technologiczną, której często brakuje ludzkiego pierwiastka? Zaprosiłem do współpracy wspomniane wokalistki, dołączyły do nas również moja siostra Sonia i druga współlokatorka, Ania Jacobson. Z Ewą Karasińską-Gajo z zespołu „Werchowyna” znałem się wtedy już od jakiegoś czasu i kiedy zaproponowałem jej, żeby dołączyła do nas i trochę nas poprowadziła, z chęcią na to przystała. Na nazwę „Pleśni” wpadliśmy z moim dotychczasowym wydawcą, Virą z Pink Kong Records, która kiedyś przejęzyczyła się, i zamiast „pieśni” powiedziała „pleśni”. Tak już zostało (śmiech).

M.B.: Skąd Twoje zainteresowanie ludową tradycją?

 

K.Ł.: Wydaje mi się, że w okresie PRL-u nastąpiła swojego rodzaju stygmatyzacja kultury i muzyki ludowej, która była wtedy używana przez władze do celów propagandowych. Kiedy przyszedł kapitalizm, a z nim napłynęły wzornictwo i muzyka zachodnia, trochę się tym zakrztusiliśmy, a sztuka ludowa zaczęła kojarzyć nam się z cepelią i brakiem jakiegokolwiek głębszego sensu. Chciałbym trochę odwrócić wektory rozumowania w odniesieniu do pieśni tradycyjnych i pokazać młodym ludziom zapierające dech w piersiach piękno i emocje, jakie są zawarte w tej muzyce. Chyba przyciągnęła mnie ukryta w tych wielogłosowych pieśniach pierwotna tęsknota za prostszym życiem. Wydaje mi się, że połączenie jej z czymś, co młodzi ludzie – wychowani w kulturze klubowej – dobrze znają, może sprawić, że część z nich zainteresuje się tematem głębiej.

M.B.: W muzyce łączysz elektronikę z folklorem. Czy w życiu codziennym również lubisz kontrasty?

K.Ł.: Nie znoszę nudy, gnuśności i stagnacji. Wydaje mi się, że ludzie często „okopują się” w komfortowych dla siebie przestrzeniach, żyją według norm powszechnie uznanych za „akceptowalne”. Z ekstremizmu i puryzmu ciężko jest wykrzesać innowację, dlatego zawsze staram się poszukiwać czegoś zaskakującego, czegoś, co przyspieszy mi tętno i o czym będę mógł powiedzieć – tak, to jest prawdziwe, ale jednocześnie nowe. Dzięki połączeniu klubowych brzmień basu, IDM-u czy prawdziwego dubstepu z nieokiełznaną siłą białego głosu wytwarza się nowa jakość i tego – jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało – szukam zarówno w muzyce, jak i w życiu.

M.B.: Jak myślisz, skąd w dzisiejszych czasach tak wyraźne podziały na muzykę komercyjną i ambitną?

K.Ł.: Nie stawiałbym jakiegoś betonowego muru pomiędzy muzyką komercyjną i ambitną. W dzisiejszych czasach wszystko już tak się wymieszało, że nawet wiecznie poszukujący Ulver może na swojej muzyce zarabiać. Powiedziałbym raczej, że istnieje podział na muzykę medialną i „niemedialną”. Media trzymają sznurki i kształtują gusta słuchaczy w całym kraju, to one są przysłowiowym „wąskim gardłem”, przez które muzyka ambitniejsza nie ma większych szans się przebić. Myślę, że gdyby masowe media nie równały wszystkich do najniższego wspólnego mianownika (nie mówię oczywiście o mediach, których ramówka jest mniej zależna od sytuacji finansowej, jak np. Polskie Radio czy TVP Kultura), to i wielu słuchaczy tzw. „komercyjnej papki” przekonałoby się do ambitniejszej muzyki. Trochę przeraża mnie to, że dla wielu ludzi jedyne zetknięcie z kulturą następuje na podobnych zasadach, jak tucz gęsi na foie gras.

M.B.: Czy myślałeś, aby kiedyś sięgnąć po polski foklor?

K.Ł.: Niejednokrotnie przechodziło mi to przez myśl, choć znajdujące się w naszym repertuarze pieśni łemkowskie można właściwie do polskich zakwalifikować. Przy wyborze muzyki tradycyjnej, którą chciałbym połączyć z moją twórczością, kieruję się przede wszystkim spójnością stylistyczną i intuicją – a właśnie ukraińskie, białoruskie czy łemkowskie pieśni wprawiają mój umysł i serce w największy rezonans i najbardziej pasują do nie pozbawionej dramatyzmu odmiany elektroniki, jaką uprawiam. Oczywiście, Polska może pochwalić się olbrzymimi zasobami niesamowitej muzyki tradycyjnej. Dla mnie jednak muzyk nie powinien uznawać sztucznie narzuconych granic między państwami, narodami czy epokami. Wszystkie te umowne założenia bledną w obliczu pełnego emocji przekazu danej melodii.

M.B.: Opowiedz trochę więcej o pieśniach, które wykonujecie na koncertach.

K.Ł.: Wciąż rozwijamy nasz repertuar, ale aktualnie znajduje się w nim około trzynastu pieśni. Ich lwia część pochodzi z pogranicza Ukrainy, Polski i Białorusi, a także z Łemkowszczyzny i z Polesia. Singiel „Iszoł Brat”, do którego właśnie wypuściliśmy teledysk, jest na przykład ukraińską wesnianką (pieśnią śpiewaną na wiosnę), która traktuje o swoistym rytuale przejścia, ale nawołuje też do zdrowego respektu dla sił natury. Mamy w swoim repertuarze syberyjską pieśń o samotności na stepie („Wot Sjadu Ja Za Stoł”), mamy rosyjską „Zoriuszkę”, która jest takim jakby ludowym „hitem”. Śpiewamy też pieśń żołnierską o zimowej tęsknocie za domem („Zabilili Sniżki”), nieco makabryczną opowieść o zdradzie w postaci „Oj Jasno Krasno”, a nawet „Sydyt Mykoła”, czyli kolędę. Raz na jakiś czas, w odpowiednim miejscu i czasie, wykonujemy też gruzińską pieśń wielkanocną, „Kryste Ahgzdamwgretyt”. Nie jestem osobą religijną, aczkolwiek – podobnie jak w przypadku położenia geograficznego – nie jest dla mnie problemem religijne pochodzenie danej pieśni.

M.B.: A jak pracujesz nad warstwą elektroniczną?

K.Ł.: Tutaj sprawa wygląda bardzo różnie. Niektóre z melodii i utworów powstały jeszcze zanim narodził się projekt „Pleśni” i zostały przystosowane do co bardziej przystępnych rytmicznie utworów. Wiele rytmów ludowych pieśni rządzi się jednak własnymi prawami i nieraz musiałem się mocno napracować, żeby odpowiednio zrytmizować którąś z nich, nie tracąc przy tym jej charakteru i swobody, czy też napisać harmonie muzyczne, które będą dopełniać harmonie wokalne, zarazem ich nie zasłaniając i z nimi nie konkurując. Najtrudniejsze było „Wot Sjadu Ja Za Stoł”, przy którym musiałem sięgnąć po struktury polirytmiczne i zainspirować się afrobeatem. Było to tym trudniejsze, że nie skończyłem żadnej szkoły muzycznej i nie znam nut. Można powiedzieć, że jestem w świecie muzycznej teorii takim „omszałym prawdziwkiem”, dlatego wiele rzeczy robię na wyczucie. Przede wszystkim wsłuchuję się w to, co mi gra w duszy, każda z tych elektronicznych melodii, tekstur, brzmień wywołuje we mnie żywą reakcję.

M.B.: Który koncert był dla Ciebie jak dotąd największym przeżyciem?

K.Ł.: Trudno mi wybrać jeden, każdy z nich był kompletnie inny. Na pewno długo będę pamiętał premierę teledysku w Warszawie, przy ul. Brzozowej 37, zarówno z powodu stresu, jaki towarzyszył przygotowaniom, jak i z uwagi na wyjątkową oprawę (śpiewaliśmy z balkonu, oświetleni z tyłu potężnymi reflektorami, a tuż obok można było oglądać projekcję z mappingiem w kształcie naszego logo) i niezwykle gorące przyjęcie przez publiczność. Jednym z najbardziej dziwacznych i wspaniałych koncertów, jaki daliśmy, był też ten we wsi Dzieczewo, w powiecie żuromińskim, do której zaprosił nas animator kultury i historyk sztuki Cezary Lisowski. Zagraliśmy dla lokalnej publiczności, stojąc przed domem sołtysowej, a po koncercie poszliśmy na pole puszczać kolorowe lampiony przy akompaniamencie pieśni świętojańskich (zbliżała się równonoc). Bardzo uderzył mnie autentyzm tego wydarzenia – to, jak ludzie, którzy na co dzień słuchają głównie disco-polo, żywiołowo zareagowali na naszą muzykę i szczerze, bez krygowania się czy pochlebstw, potrafili później nam o tym powiedzieć.

M.B.: Którzy muzycy Ciebie inspirują?

K.Ł.: Staram się być otwarty na najróżniejsze muzyczne pomysły, sądzę, że w ten sposób moja własna muzyka staje się bogatsza, ciekawsza. Wiele z moich inspiracji stylistycznie leży dosyć daleko od tego, co sam wykonuję. Uwielbiam na przykład Norwegów z Ulver, którzy potrafią każdemu utworowi nadać filmowy klimat. Bardzo mocno na moje emocje działa Austriaczka Soap & Skin; jej tegoroczny koncert w Basenie miał dla mnie moc wręcz katarktyczną. Wychowałem się na ciężkich brzmieniach – metalu, hard-rocku, a większą część młodości spędziłem w klubach z muzyką elektroniczną. Jeśli do tego dodać jeszcze muzykę tradycyjną, field-recording i formalne eksperymenty minimalistów pokroju Arvo Pärta, to myślę, że mamy zarysowaną bardzo elementarną mapę moich muzycznych inspiracji (śmiech).

M.B.: Twój zawodowy cel...

K.Ł.: Myślę, że nie będę oryginalny, jeśli powiem, żę chciałbym dotrzeć ze swoją muzyką do jak największej ilości odbiorców, chciałbym czuć, że moja praca ma sens. Cały czas jestem niepewny tego, co robię, mam wrażenie, że za bardzo kieruję się swoimi osobistymi upodobaniami, zamiast skupić się na tym, jak poruszyć tą muzyką kogoś innego. Dlatego każdy słuchacz, który mówi mi, że poczuł coś wyjątkowego, słuchając Avtomat, jest dla mnie jak wiatr w żagle – popycha mnie do dalszego starania się, udoskonalania swoich umiejętności, pracy z zespołem. Ostatnio takiej motywacji nam nie brakuje, a myślę, że to dopiero początek.

M.B.: Powiedz proszę parę słów o pracy nad teledyskiem.

K.Ł.: Praca nad teledyskiem potoczyła się zaskakująco sprawnie. W dużej mierze to zasługa Marty Behling i Oli Dermont z Black Oak Studio, które go dla nas wyprodukowały. Tak jak w każdym tego kalibru przedsięwzięciu, znalazło się kilka przeszkód, niektóre nawet wydawały się z początku nie do przeskoczenia, ale ostatecznie wszystko udało się tak, jak sobie to zaplanowaliśmy. Nie da się przede wszystkim przecenić roli osób, które brały w tym wszystkim udział i zrobiły to z czystej pasji – mieliśmy niesamowite kostiumy autorstwa Kasi Sikory, świetne zdjęcia Tomka Cedro z TMS Studio i Rafała Smykowskiego z Essential Film Studio, a montowała go z Black Oak Studio, śpiewająca w projekcie Pleśni montażystka – Ania Jacobson. Nie jestem tutaj w stanie wymienić wszystkich przyjaciół, którzy pomogli temu teledyskowi zaistnieć, a wierzcie mi, że było ich naprawdę dużo. Efekt końcowy przerósł nasze najśmielsze oczekiwania, a tak zwane „Leśne Ludy” stały się natychmiastowym hitem premiery – zainteresowanych odsyłam na nasz fanpage, gdzie można obejrzeć teledysk w całości.

M.B.: Twoje marzenie...

K.Ł.: Oj, z marzeniami trzeba uważać! Na pewno chciałbym kiedyś zagrać z którymś z artystów, którzy mnie inspirują, a może nawet coś wspólnie skomponować. Chciałbym też pokazać się z projektem Pleśni za granicą, aczkolwiek nad tym marzeniem już pracujemy.

M.B.: Granie w klubie – co lubisz w tej pracy najbardziej?

K.Ł.: Jeśli chodzi o didżejowanie, to jest to swojego rodzaju odskocznia od komponowania muzyki. Porównałbym to zajęcie do pracy radiowca – mam swoją publikę, której mogę zaprezentować wartościowe moim zdaniem utwory, a jednocześnie zbudować na imprezie pewnego rodzaju narrację, poprowadzić ludzi poprzez zmiany stylów i nastrojów. Moje sety są zwykle bardzo eklektyczne, raz proponuję rytmy kuduro, żeby za chwilę wskoczyć w techniczne berlińskie techno, dudniący basami uk-dubstep czy minimalistyczne, post-dubstepowe eksperymenty, a wszystko jest spięte klamrą elektronicznych brzmień i dobrych melodii. Bawię się trochę konwencją i to sprawia mi sporo przyjemności. Zbyt dużo jest na elektronicznej scenie didżejskiej wąskich specjalizacji i gatunkowych snobizmów, chciałbym ją trochę „rozhermetyzować”.

M.B.: Z czego jesteś szczególnie dumny?

K.Ł.: Przede wszystkim właśnie z Avtomat – z tego, że udaje nam się iść do przodu z projektem Pleśni , nie przejmować się sporadycznymi porażkami i cały czas zaskakiwać. Moim osobistym sukcesem jest niezależność w życiu – utrzymuję się po części z projektowania graficznego, a po części z muzyki, otaczam się wspaniałymi ludźmi, mam dużą swobodę działania i robię dokładnie to, co sprawia mi największą przyjemność. Nie zamieniłbym tego życia na żadne inne!
Fot. Anna Rudak.