Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (241) / 2014

Olga Knapek,

VINTAGE 2013, CO WYDARZY SIĘ W 2014? TEGAN AND SARA, CAPITAL CITIES, ARCTIC MONKEYS

A A A
Najnowsza płyta Lady Gagi nie okazała się aż tak dużym hitem, jak jej wcześniejsze produkcje. Głównym atutem albumu stał się czas emisji – płyta świetnie sprzedała się jako prezent gwiazdkowy, czy mikołajkowy. Lansowany przez radiową Trójkę album Stinga również nie zwalał z nóg. Smętne zawodzenie w tonacji szantowo-irlandzkiej sprzedało się niemal tak dobrze, jak wcześniejsza, rozpoetyzowana płyta artysty. Na klasyków nie było co liczyć. Jedynie w świeżynkach pojawiły się entuzjastyczne nowe drgania, które nowość swą czerpały jednak z minionych epok. Nawiązania do lat 80. to chyba najczęstszy motyw, który pojawiał się w tym roku. Prym wiodły oczywiście siostry Haim, lecz nie same stworzyły ten specyficzny klimat w muzyce ostatniego roku.

Podobnym albumem do Haim „Days are gone” jest płyta „Heart throb” Tegan and Sara. Świetny, lekki krążek utrzymany w charakterystycznym brzmieniu plastikowych lat 80. Atutem jest połączenie starych dźwięków syntezatorów z nowoczesną elektroniką. Choćby „How come you don’t want me” zaczyna się od nowoczesnej wstawki, by dopiero później uderzyć w bardziej tradycyjne tony – chwytliwy refren, wysoki wokal, popowy mostek. Piosenek o miłości na płycie „Heart throb” jest bardzo dużo. To prosty album o lekko wakacyjnym zabarwieniu, przewidywalnych kompozycjach, ciekawych aranżacjach. W całej swojej prostocie płyta jest dobra. Cały koncept kompozycyjny zasadza się na jej jednolitości i lekkości. Album zawiera bowiem ciekawe uzupełnienia utworów w postaci elektronicznych wstawek i tła, które w zasadzie ciężko wyodrębnić na pierwszy rzut ucha. Wsłuchując się choćby w utwór „Shock to your system” można jednak wychwycić subtelne, bardzo nowoczesne brzmienia w tylnej warstwie utworu. Tegan and Sara mogli sobie na to pozwolić tylko przy prostych właśnie utworach. Dzięki takiemu połączeniu album wydaje się „dobrze skrojony”. Świetny wokal również zapewnia krążkowi powodzenie. Z jednej strony przewidywalny, oparty na jednej zaledwie oktawie w utworze „Closer”, pozwala sobie na specyficzne popiskiwania typowe choćby dla Madonny. Ten właśnie utwór, znany z fal radiowych towarzyszył nam często, zwłaszcza w końcówce 2013 roku.

Równie często grano także „Safe and sound” Capital Cities. Utwór nad wyraz klubowy. Również bardzo prosty, ale charakteryzujący świetnie inną gałąź muzyczną mijającego roku. Toporny bit, niezobowiązujący wokal, spektakularne (od czasu do czasu) „trąbeczki”. Brzmienie piosenki aż przywodzi na myśl letnie, dyskotekowe parkiety, Lazurowe Wybrzeże, muzykę z Golfa III kabrio, puszczaną na pełen regulator na deptaku na pomorzu. Ale nic bardziej mylnego. Poza „Safe and sound” płyta Capital Cities „In a Tidal wave of Mystery” daleka jest od tendencyjnego, popowego brzmienia podszytego tandetnym techno. Wałkowany do znudzenia przez radio Roxy utwór „Kangaroo Court” to świetny przykład ciekawej i bardzo dobrej kompozycji. Zsyntezowane, szarpane brzmienie zdecydowanie odcina się od prymitywnego bitu lansowanego w radiach typu RMF MAXXXX, albo Eska. Świetnie wywarzone połączenia elektroniki z Indie-rockiem zaowocowały ciekawym brzmieniem. Tu wokal nie jest już tak miękki, trąbki nie są absurdalnym zaskoczeniem, a raczej świetnym elementem kompozycyjnym. Płyta przypomina trochę Moby’ego w latach świetności. Trochę eksperymentalna („Origami”), momentami zwodniczo ułagodzona razem z Tegan and Sara „Heart throb” znalazła się na liście bestsellerów 2013 roku.

Na szczycie tej listy, najlepiej sprzedających się albumów, nie można nie umieścić jednak Arctic Monkeys. Ich płyta „AM” to najbardziej chwytliwy krążek minionego roku. Mocne brzmienie (podobne nieco do Audioslave), a jednak bardziej „chwytliwe”, bo oparte na prostszych liniach melodyjnych. Przypomina Muse w słabszym wydaniu. Mimo rockowego brzmienia Arctic Monkeys brzmi bardziej mrocznie – zapewne przez rozbudowaną linię basu i fantastyczną perkusję. Nieco irytujące chórki, np. w utworze „Are You Mine”, nie zmieniają mimo wszystko ogólnego odbioru kompozycji. Co ciekawe, w Arctic Monkeys nie ma nic specjalnego. Goście grają całkiem przeciętnie, partytury nie powalają finezją, brzmienie nieco nostalgiczne przypomina coś z Gorillaz (zapewne przez zwierzęce konotacje). Chcąc jednak zapewnić sobie odpowiednie miejsce na scenie muzycznej Arctic Monkeys musiało zadbać o owo „specyficzne, charakterystyczne brzmienie”, które zapewnia powodzenie nawet najgorszym zespołom. Grać można wszystkim: brzmieniem gitary (Jack White), akcentem (The Kooks), głosem (Morcheeba). Kiedy jednak takich atutów brak należy przepuścić wokal przez lekki syntezator i odpowiedni efekt zostanie osiągnięty. Na AM można posłuchać tak właśnie przetworzonych utworów, przy czym nie jest to ich minus, a ogromna zaleta. „AM”  to zdecydowanie płyta roku.

Czołówka sezonu 2013 to zatem: powiew lat 80., prostota i zabawa oraz klasyczny mocny rock z powiewem oryginalności. Do lamusa odeszły wysublimowane kompozycje (Sting), czy mocne, popowe uderzenia (Lady Gaga, Katy Perry, itp.). Nie cieszą już popowe perełki, bo zainteresowanie co lepszymi singlami (np. „Lax” Brodki) jest przeciętne. Takie ustawienie priorytetu świata muzycznego może zaowocować nowymi, jeszcze ciekawszymi projektami w 2014 roku. Oryginalność, tak bardzo teraz w cenie, może przysłużyć się przemysłowi muzycznemu i wydać na świat kilka albumów, które będą jeszcze bardziej spektakularne, niż cały miniony rok. Czekamy zatem.