Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (242) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

PERUKA NA RAKA

A A A
Chociaż tytuł filmu Marca Rothemunda przywodzi na myśl „Legalną blondynkę”, to tematyka „Dziś jestem blondynką” do błahych nie należy, przeciwnie – niemiecki reżyser odważył się poruszyć sprawy fundamentalne. Jak wiadomo, zwykle w podobnych wypadkach powstaje albo dzieło znakomite, albo kicz, i można zdradzić od razu, iż nadanie wspomnianej realizacji przez portal Filmstarts.de miana „prawdziwego arcydzieła” (co powielają materiały reklamowe) potwierdza dewaluację owej kategorii. A czy przynajmniej „dzięki takim filmom chce się żyć”, jak również głosi plakat, albo czy chociaż warto poświęcić półtorej godziny ze swojego życia na obejrzenie najnowszego obrazu twórcy głośnej ekranowej wizji ostatnich dni Sophie Scholl?

Fabułę nietrudno streścić, jednak bez obaw – ograniczę się tu zasadniczo do ekspozycji powszechnie dostępnej w opisach filmu. Oto 21-letnia panna Ritter, notabene także o imieniu Sophie (Lisa Tomaschewsky), rozpieszczona córka dość zamożnych rodziców – typowa reprezentantka współczesnej bananowej młodzieży – razem z przyjaciółką hucznie świętuje Nowy Rok w Antwerpii, a po nocy z przypadkowym towarzyszem imprezy powraca do rodzinnego Hamburga, męczona doskwierającym jej od dłuższego czasu kaszlem. Z początku niezbyt się nim przejmuje, gdyż w ogóle mało czym się przejmuje – żyje bez większych zmartwień, po rozpoczętym roku obiecując sobie przede wszystkim ucieczkę spod skrzydeł rodziców przy okazji podjęcia studiów oraz… ekscytujący seks. Na niefrasobliwe dziewczę diagnoza „nieoperowalny nowotwór” spada przeto niczym grom z jasnego nieba; pojawia się standardowy łańcuch reakcji: niedowierzanie, seria szczegółowych badań, szok rodziny (acz w domu Ritterów nie pierwszy to rak), łzy i rozgoryczenie, bo przecież w takim wieku za wcześnie umierać (można skojarzyć pokrewny tematycznie melodramat pod tym tytułem). Wbrew fatalnym rokowaniom, Sophie – podtrzymywana na duchu przez bliskich – postanawia walczyć, co oznacza intensywną, wielodniową chemioterapię na stacjonarnym oddziale onkologicznym, a w konsekwencji – przykucie do łóżka i kroplówki na długie miesiące bez gwarancji powodzenia.

Dopiero po owym lawinowym ciągu zdarzeń rozpoczyna się właściwa akcja filmu, który eksponuje jeden element nowej sytuacji Sophie: uznaje ona czekającą ją utratę bujnych kasztanowych loków za równoznaczną ze stratą własnej tożsamości, niemniej przełamuje się i dziarsko uprzedzając bieg wypadków, goli głowę, następnie zaś kupuje zestaw peruk, dzięki którym wciela się w różne osoby (Pam, Sue, Daisy, Lydię…), by mimo wycieńczenia i lęku móc sobie udowodnić, że nie przestała być atrakcyjna. Na szczęście stereotyp sprowadzający atrakcyjność do włosów zostaje częściowo zakwestionowany, lecz manipulacja perukami tak czy inaczej sprawia ambiwalentne wrażenie. Racja, chodzi o rekompensatę, oderwanie się od obecnego położenia, czy jednak rzeczywiście owe „osobowości równoległe” otwierają przed dziewczyną nowe perspektywy? W opisie filmu czytamy: „Nagle okazuje się, że ma siłę nie na jedno, ale na dziewięć wspaniałych żyć” – co się tutaj wszakże rozumie przez to pojęcie? Szaleńcze dyskoteki ubarwiane drinkami i flirtami, na które bohaterka wymyka się ze szpitala za cichym przyzwoleniem sympatycznego pielęgniarza (Daniel Zillmann)?

Co bowiem odkrywa Sophie? Zachowując pozory beztroski, zdaje się tak jak dawniej korzystać z uroków młodości i żyć chwilą, tyle że teraz ze świadomością, iż któraś z nich może być tą ostatnią. Natomiast zdrowi widzowie – zgodnie z reklamami „Dziś jestem blondynką” – odkrywają, „jak ciekawe i różnorodne może być życie”. Lecz czy aby na pewno? Oczywiście, hedonizm stanowi antidotum na czarne myśli, pozwala skoncentrować się na czymś innym, a sednem filmu jest opieranie się przez bohaterkę z całych sił przyklejeniu etykiety „pacjentki”, zacieranie piętna choroby i śmierci. Wprawdzie przez chwilę, czekając na wstępną diagnozę – w warkoczu i granatowym sweterku – wyzwolona młoda kobieta przypomina struchlałe dziecko, szybko wszakże przekonujemy się, że nie zamierza być męczennicą, ale wykorzystać czas, który pozostał (ukrył mi się w słowach kolejny film „na temat”). Szkopuł w tym, jak zapełnia ów czas, pijąc „za wolność” oraz tłumacząc zdruzgotanym jej nieodpowiedzialnością rodzicom: „Próbuję po prostu żyć”. Wyznaje, iż chce, aby wróciło słowo „jutro” – czy jednak wie, czego chce od tego jutra?

Może ktoś zarzucić mi dyletanctwo i powierzchowne mentorstwo, ponieważ oceniam – w tym momencie – bohaterkę zamiast filmu, lecz staram się raczej sformułować pytanie. Być może zresztą jako introwertyczka jestem do opisanej postawy uprzedzona lub po prostu odzywa się we mnie resentyment czy zazdrość, gdyż wątpię, czy znalazłabym w sobie w identycznej sytuacji tyle siły. A siła z postaci Sophie wprost emanuje: bohaterka nie jest pogrążoną w beznadziei desperatką, nie daje się wtłoczyć w „kaftan” ofiary. Tyle że nie chciałabym uczynić z niej zrezygnowanej intelektualistki, po prostu czegoś mi brakuje. Czyżby niedopowiedzeń? Gdyby narracja była mniej przejrzysta, gdyby wykorzystać potencjał montażu i samej pracy kamery, uzyskałoby się zapewne ciekawe efekty związane z odzwierciedleniem świata wewnętrznego Sophie, jej obaw oraz skutków uciążliwego leczenia; tu natomiast dostajemy zestaw dość banalnych przemyśleń, które poznajemy za sprawą bloga prowadzonego przez bohaterkę. Niemniej podobne zapiski prowadziła Sophie van der Stap, której historia – opublikowała w formie książki – stała się kanwą dla filmu, i rzecz jasna w ustach osoby dotkniętej nowotworem stwierdzenia w stylu: „Jeżeli jesteś chora i czujesz oddech śmierci, to wszystko wydaje ci się cudowne” nabierają innego sensu niż komunały prawione przez tych, którzy tego oddechu nigdy nie poczuli. Ponadto, gdyby postawić na powściągliwość werbalną i wielowymiarowe znaczenia wizualne przy ograniczeniu klarowności, ujrzelibyśmy obraz w całkiem odmiennej konwencji, dramat psychologiczny, tymczasem „Dziś jestem blondynką” ma nawet posmak komediowy. Jak komentuje wymowę filmu niemiecka prasa: „Z odwagą i dużym poczuciem humoru Sophie pokazuje chorobie środkowy palec”.

Trzeba przyznać, że choroba znajduje w bohaterce godną siebie rywalkę, a Marc Rothemund nie przemilcza faktu, iż chemioterapia stanowi nużącą mordęgę, z nieodłącznym strachem przed wynikami kolejnych tomografii i ukazuje to wiarygodnie (choć, o dziwo, po przybyciu do szpitala Sophie od razu przestaje kaszleć). Wszelako cały obraz zdaje się zbyt cukierkowy, jeśli chodzi o relacje między postaciami: główna bohaterka może stale liczyć na najbliższych, nie ma między nimi napięć poza tymi wynikającymi z nerwów puszczających w obliczu lęku. Wsparcie, którego osamotnionym i zmarginalizowanym chorym nieraz brakuje, odnajduje ona również w pulchnym, wesolutkim pielęgniarzu, a nawet w powściągliwym, ale osobiście się o nią troszczącym specjaliście, doktorze Leonhardzie (Gerald A. Held). Szczęśliwie trochę bardziej złożony okazuje się wątek damsko-męski. Godne uwagi jest z kolei wystawienie na próbę przyjaźni z Annabel (Karoline Teska), na pozór opartej jedynie na wspólnych zakupach w galeriach handlowych… Warto w tym miejscu wspomnieć także o roli Jasmin Gerat, co prawda epizodycznej, ale wstrząsającej, niezależnie od tego, na ile owo wrażenie jest zasługą charakteryzacji.

Skoro wspomniałam o załodze kliniki, niebezpodstawna wydaje się konstatacja, że dla polskiego widza (w czym nie ma najmniejszej winy producentów) omawiany film może mieć wydźwięk ironiczny, zważywszy na kulejącą służbę zdrowia, na oddziały, gdzie zazwyczaj nie ma co marzyć o osobnej sali ani poświęceniu przez personel tak dużej uwagi każdemu pacjentowi. Nawet niemiecka opieka zdrowotna nie refunduje jednak zakupu dziewięciu peruk, nasuwa się więc wniosek, że rodzice dziewczyny po prostu dysponują wystarczająco zasobnymi portfelami, by pozwolić sobie na jej leczenie, a w rezultacie film może zarówno frustrować, jak stanowić rodzaj baśniowej kompensacji. Powraca wszakże generalna kwestia jego wymowy. Sophie właściwie nie przewartościowuje swego życia, nie doznaje radykalnej transformacji, chce pozostać dawną sobą pomimo wszystko – choć jakże to problematyczne. I teraz odważę się powiedzieć: może tak i lepiej. Lepiej, że będąc rozrywkowym lekkoduchem, znosi cierpienie na swój sposób godnie, przy czym zyskuje jednak nieco empatii oraz pokory i potrafi dojrzalej stanąć w obliczu umierania. A wartości owej taktyki dowodzi potwierdzenie jej przez samo życie van der Stap.

Obraz Rothemunda niewątpliwie przezwycięża tabu, podkreślając z jednej strony, iż „nie znacie dnia ani godziny”, z drugiej – że nowotwór nie jest wyrokiem. „To mój rak. Moja szansa” – zapewnia bohaterka; chorobę trzeba zatem oswoić (choćby przez multiplikację „ja” za pomocą różnorodnych peruk), a film zalicza się do tych przypominających o konieczności wykorzystania własnej szansy. Na pewno sam stał się szansą dla młodej aktorki o swojskim nazwisku, grającej dotychczas tylko w serialach, której wypada pogratulować odważnej roli (zwłaszcza zgolenia włosów), ale która skądinąd jest obyta z niełatwymi wyzwaniami jako modelka „Elite Paris”. Może niepokorna, wyrazista postać daje też szansę widzowi na to, że film zapadnie mu w pamięć i zmieni jego myślenie o raku lub nawet swoim życiu? A nuż komuś, jeśli nie tysiąc innych produkcji z tzw. pozytywnym przesłaniem, akurat ta pozwoli zmienić coś na lepsze albo przynajmniej spojrzeć na własną sytuację z odmiennej perspektywy? Niby zawsze w podobnych filmach chodzi o to samo, niewykluczone jednak, że siłą „Dziś jestem blondynką” byłaby – paradoksalnie – wspomniana wyżej jako zarzut prostota, która nie jest banałem, ale przekorą. Potrzeba przecież świeżej alternatywy dla refleksyjnych, patetycznych obrazów ukazujących ciężką chorobę w optyce vanitas vanitatum, a filmowi Rothemunda na pewno nie sposób zarzucić pretensjonalności czy idealizowania i papierowości postaci Sophie. Być może właśnie dzięki temu na przekór wszystkiemu pozostaje ona żywa.
„Dziś jestem blondynką” („Heute bin ich blond”). Reżyseria: Marc Rothemund. Scenariusz: Kati Eyssen. Obsada: Lisa Tomaschewsky, Karoline Teska, Gerald Alexander Held i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Niemcy 2013, 90 min.