Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (242) / 2014

Zuzanna Sokołowska,

NATURALNE EMOCJE

A A A
Susan Sontag w książce „O fotografii” trafnie zauważyła, że fotografowanie stało się dziś rozrywką niemal równie masową, co życie seksualne czy taniec. Według badaczki oznacza to, że podobnie jak sztuka masowa, fotografia w rękach większości ludzi wcale sztuką nie jest. Stanowi ona przede wszystkim społeczny rytuał i ochronę przed lękiem, będąc narzędziem władzy. „Poprzez fotografie każda rodzina stwarza kronikę pisaną portretami – przenośną walizeczkę obrazków, które zaświadczają o wspólnym życiu” (Sontag 1986: 9-10) – konstatuje autorka, podkreślając, że upamiętnienie ważnych wydarzeń z życia własnej rodziny (albo innej grupy) stanowiło jedno z najciekawszych zastosowań fotografii. Równie istotnym elementem tej osobistej kroniki są kadry ślubne stanowiące, jak stwierdza myślicielka, „równie nienaruszalną część ceremoniału, jak utarte zwroty językowe”.

Fotografia ślubna od dłuższego czasu kojarzy się z tradycyjną sesją zdjęciową, podczas której młoda para oddaje się czułym gestom, wdzięcząc się do obiektywu na tle kiczowatego krajobrazu, sugerującego obrzydliwie romantyczną miłość rodem z brazylijskich telenowel. Ów rodzaj zdjęć ma stanowić przede wszystkim pamiątkę dla nowożeńców oraz ich rodzin i  trudno jest sobie wyobrazić, że chodzi w nich o coś więcej niż tylko o uwiecznienie emocji symulowanych przed aparatem fotografa w celu uzyskania jak największej ilości odbitek. Nie można oprzeć się wrażeniu, że tendencyjne i schematyczne zdjęcia ślubne posiadają rys kategorii estetycznej określanej mianem schlock. Słowo to pochodzi z języka jidysz i oznacza uszkodzone, przecenione towary, posiadające pewien charakterystyczny dla tandetnego bibelotu urok. W sztuce termin ten w teorii zbliża się do pojęcia kiczu, jednakże w praktyce jest daleki od jednoznacznego, negatywnego naznaczania. W przypadku ślubnych sesji zdjęciowych urok ten polega wyłącznie na bezrefleksyjnym wywołaniu pozytywnych skojarzeń.

Czy zatem ślubna fotografia może stać się sztuką z prawdziwego zdarzenia, czy jednak dalej jest skazana na określanie jej w kategorii kiczu lub zwykłego rzemiosła? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, choć można zauważyć, że zaczyna zmieniać się podejście fotografów do tego rodzaju kadrów. Powoli odchodzi się od stereotypowych, mało kreatywnych sesji na rzecz poważnej fotografii, która zaczyna reprezentować coś więcej niż tylko ckliwe do bólu kadry. W 2002 roku powstała organizacja Wedding Photojournalist Association, zrzeszająca najlepszych fotoreporterów i autorów fotografii ślubnych z całego świata. Międzynarodowi artyści działający w ramach tego stowarzyszenia prezentują niezwykle wysoki poziom fotografii, utrzymanej na skraju dokumentu i reportażu. Kadry, które można oglądać na stronie internetowej Wedding Photojournalist Association, mają pewną wspólną cechę, mianowicie: starają się udokumentować nieznane historie, tradycje i rytuały związane z zaślubinami w każdym zakątku świata, uzależnione od religijnego wyznania. Fotografie te stają się pewnego rodzaju mechaniczną formą pamięci, starającą się rejestrować niepowtarzalność ludzkich doświadczeń, deformowanych przez nieustanną dynamikę otaczającej rzeczywistości. Owa sztuka dokumentacji udaje się bez wątpienia Marcie Noé, która fotografię ślubną stara się wynieść do rangi artystycznej dziedziny.

Noé łączy w swoich działaniach estetykę zdjęć mody i elementy fotoreportażu. Efekt jest zaskakujący. Fotografie artystki zachwycają kompozycją i niesłychaną wręcz perfekcją. Noé kadruje piękno ludzkich emocji, nie uciekając się do tandetnej stylistyki – fotografuje młode pary w zupełnie naturalnych sytuacjach. Ukradkowe spojrzenia, zamyślenie, uśmiech – wszystkie te zachowania zostają idealnie odzwierciedlone na zdjęciach, które są przy okazji bardzo malarskie. Wspólnym mianownikiem jej realizacji jest empatia i łagodność – Noé nie traktuje swojej działalności jako zwykłej pracy. Stara się opowiadać historie ludzi, których fotografuje w taki sposób, by towarzyszące im emocje zostały za każdym razem przywołane, kiedy będą spoglądać na jej odbitki. Wykrawa za pomocą aparatu jednorazowe i niepowtarzalne uczucia i gesty.

Przygoda z fotografią w przypadku Noé zaczęła się niewinnie, mianowicie od prezentu w postaci aparatu. Wtedy to artystka ze sporym zaangażowaniem zaczęła kadrować wszystko, co działo się wokół niej. Jej inspiracjami stały się przypadkowe rozmowy z ludźmi, muzyka, podróże i przede wszystkim malarstwo. W swoją nową pasję zaangażowała się tak bardzo, że została absolwentką prestiżowej Ringling School of Art and Design, która swoją siedzibę ma na Florydzie. Jak opowiada artystka, wszystkiego, czego nauczyła się o fotografii, zawdzięcza filmowi. Uwielbiała używać kamery 4x5 do swoich artystycznych projektów. Przez pewien czas współpracowała z fotografami Randym Batistą i Parishem Kohanimem, znanym z fotografii nawiązujących do malarskich portretów. Noé, pytana o swoje artystyczne inspiracje, wymienia jednym tchem Richarda Avedona, Annie Leibovitz, Rodneya Smitha, Maggie Taylor, Mary Ellen Mark i Sally Mann. Zwłaszcza ostatnia artystka odcisnęła piętno na jej twórczości. Bo działania Noé nie ograniczają się tylko do sesji ślubnych. Fotografuje także dzieci, kadrując jednocześnie ich niewinność oraz nieuchronnie zbliżającą się, niepokojącą dojrzałość. Na monochromatycznych zdjęciach raz są one przyłapane na niewinnych zabawach, raz na głębokim zamyśleniu i zawstydzeniu, które nie pozwala im swobodnie spoglądać w obiektyw. Artystka delikatnie przekracza granice intymności, nie starając się dokonywać emocjonalnej sekcji dziecięcych, przejaskrawionych emocji. Noé po prostu dostrzega piękno w tym, co przemija, sprawiając, że jej fotografie, pomimo prób przemycenia radości, szczęścia i beztroski, zawierają pierwiastek nieuchronnie zbliżającego się końca. A wszystko to podane jest w przeraźliwie pięknej, drażniącej źrenice formie, która jednocześnie zniewala i wzbudza podskórny niepokój.

Sztuka fotografii posiada zaskakującą cechę – jest wypadkową różnicy pomiędzy wrażeniem obojętności a stanem przyjmowania wizualnej podniety, łącząc tym samym obiektywizm i subiektywne emocje. „Urok zdjęć, ich atrakcyjność, bierze się stąd, że podsuwają nam jednocześnie możliwość przyjęcia postawy konesera w odniesieniu do rzeczywistości i rozpustnej akceptacji świata (…). Niektóre zdjęcia uważane za przedmioty, mają ostrość i słodki ciężar liczących się dzieł sztuki, ale rozpowszechnianie ich stanowi koniec końców tryumf kiczu. Nadmiernie ruchliwe spojrzenie fotografii pochlebia widzowi, stwarza fałszywe poczucie wszechobecności, mylące poczucie panowania nad przeżyciami” (Sontag 1986: 77)

– twierdzi Susan Sontag.

Czy zatem fotografia ślubna, zawierająca spory potencjał emocjonalności, może rzeczywiście stać się sztuką, która oprócz umiejętności przywoływania mniej lub bardziej odległych wspomnień, tradycji i przeżyć pozornie nie oferuje odbiorcy niczego zaskakującego? Pod pewnym względem tak. Trzeba przyznać, że aktualne podejście do kadrowania ślubnych wydarzeń staje się próbą zdefiniowania na nowo tej niedocenianej dziedziny fotografii. Jesteśmy tym, co pamiętamy, a zdjęcia zaślubin stanowią jeden z ważniejszych elementów składowych ludzkich wspomnień – przywołują na moment ten wymiar świata, którego za chwilę nie będzie lub już po prostu nie ma. Ów rodzaj zdjęć staje się zatem skrzynką rozdzielczą, w której apoteoza codziennego życia łączy się z chwilowym pięknem, graniczącym jeszcze do pewnego momentu z kiczem. Tymczasem Marta Noé za pomocą swojego obiektywu uchyla dodatkowo rąbka melancholijnej strony rzeczywistości, której ludzkie oko zdaje się już nie dostrzegać w zalewie instagramowych „arcydzieł”, stających się bezrefleksyjnym kolekcjonowaniem zdarzeń, banalizującym archetypiczne znaczenie fotografii.

Literatura:

„CAMPania. Zjawisko campu we współczesnej sztuce”, red. P. Oczki, Warszawa 2008.

S. Sontag: „O fotografii”, tłum. S. Magala, Warszawa 1986.