Wydanie bieżące

1 lutego 3 (243) / 2014

Krzysztof Ryszard Wojciechowski,

RAJ UTRACONY W DZIKIM KRAJU

A A A
Kluby muzyczne bardzo rzadko przechodzą do legendy. Pamiętają o nich zazwyczaj tylko bywalcy. Komiks, o którym będzie tu mowa (oraz nadchodzący film dokumentalny), zapewne pomoże ocalić Fugazi Music Club od zapomnienia. Pomysł, by opisać jego historię, zrodził się w głowie Waldemara Czapskiego, jednego z założycieli klubu. Zrządzenie losu sprawiło, że temat ten wzbudził zainteresowanie Marcina Podolca, należącego do najzdolniejszych twórców młodego pokolenia. Dwudziestotrzyletniego rysownika od czasu świetności Fugazi oddziela całe życie, mimo to znakomicie podołał on zadaniu.

Fugazi to słynny onegdaj klub muzyczny, który działał w Warszawie na początku lat 90. Pewnie wielu z Was, nawet tych żywo zainteresowanych muzyką, zawoła teraz: „Słynny? Przecież nawet o nim nie słyszałem”. W pierwszej chwili też tak pomyślałem, ale podczas lektury uświadomiłem sobie, że kojarzę imprezy, które się w tym miejscu odbywały – głównie z podań starszych kolegów, dziennikarzy muzycznych i archiwalnej prasy fachowej, którą zaczytywałem się przed nadejściem epoki Internetu. To właśnie w Fugazi Music Club miały miejsce zjazdy fanklubu The Doors (o których w swoich audycjach wspominał czasem śp. Janusz Kosiński). Tam również miał miejsce koncert grupy Paradise Lost, której członkowie byli zniesmaczeni i przerażeni naszym „dzikim” krajem. Wszyscy na pewno znacie postacie, które kręciły się wokół tego lokalu – Jurka Owsiaka, Marka Kotańskiego czy Roberta Brylewskiego, a to zaledwie niewielki wyimek nazwisk, które się w tej historii pojawiają. Koncertowała tu cała śmietanka polskich artystów z Kultem, Maanamem i VooVoo na czele. Miejsce to przeszło do historii polskiej muzyki rozrywkowej jako pierwszy warszawski duży klub muzyczny znajdujący się w prywatnych rękach. Jednak założyciele Fugazi nie byli ówczesnymi bonzami, tylko dwudziestoparoletnimi chłopakami, którzy popłynęli z prądem, znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie.

Po lekturze tego komiksu również słowo „profesjonalny” wyda nam się zabawne, bo ostatecznie wszystko wymknęło się bohaterom spod kontroli lub też – co chyba bardziej prawdopodobne – nikt z nich nigdy nie panował nad żywiołem, jakim było Fugazi. Wczesne lata 90. to okres społeczno-politycznego chaosu, szybkich karier oraz równie szybkich upadków, szemranych interesów, mrożącego krew w żyłach (i często nadużywanego w tamtych czasach) słowa „mafia”. Wszystkie te elementy znajdują odzwierciedlenie w prezentowanej historii, zaczynają dotyczyć bohaterów i samego klubu, który miał być dla nich odskocznią od trudnych transformacyjnych realiów. Jak często bywa w takich przypadkach, rzeczywistość sama się o nich upomniała.

Scenariusz powstał na bazie rozmów przeprowadzonych przez Marcina Podolca z Waldemarem Czapskim, jednym z założycieli klubu. Odbija się to wyraźnie na poetyce tego komiksu, bo czuć w tej opowieści magię ustnego przekazu, historii opowiadanej przy kuflu piwa. Ma to również wpływ na konstrukcję scenariusza. Przede wszystkim panuje tu duży chaos. Żadna z postaci nie jest wyraźnie zarysowana pod względem psychologicznym, wiele person pojawia się i nagle znika. Jeśli czytelnik sięga po ten komiks, żeby sporo dowiedzieć się o polskiej muzyce tamtego okresu, to może poczuć się zawiedziony. Tematem „Fugazi” jest przede wszystkim sam klub, a wszelcy artyści są zazwyczaj tylko wymieniani, ewentualnie występują tu epizodycznie na pojedynczych kadrach. Funkcjonują niczym nikłe wspomnienia ledwie nadmienione w narracji snutej znad popielniczki. Wiele ciekawych motywów zostało jedynie zaznaczonych. Znać, że Czapski gryzł się w język, pomijając wiele informacji tylko dlatego, że może nie dotyczyły już Fugazi, a mogły być przecież równie ciekawe jak sama historia klubu. Wszystko to są elementy, które malkontentom na pewno będą przeszkadzać w odbiorze komiksu. Jednak ci, którzy zaakceptują konwencję tej opowieści, nawet tego nie dostrzegą i dadzą się porwać wartkiej narracji Podolca. Oczywiście, można było z niej wykuć spójną, wzorcową historię – tak jak w przypadku albumu „Baby’s in Black” Arne Bellstorfa, pozornie będącego komiksem o Beatlesach, a w istocie stanowiącego love story z muzyką w tle. Odnoszę jednak wrażenie, że nie o to autorom „Fugazi Music Club” chodziło.

W swoim pokoleniu Marcin Podolec jest talentem na miarę Michała Śledzińskiego. Jak na polskie warunki, tworzy bardzo dużo i mimo młodego wieku ma już na koncie ma sporo profesjonalnych albumów. Czytając „Fugazi”, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że było to dla niego zadanie typowo rzemieślnicze. Cały (niemal dwustustronicowy) tom powstał w zaledwie kilka miesięcy. Czuć w nim pośpiech, ale nie kaleczy on komiksu. Oszczędna konwencja graficzna i narracyjna, którą dla tej historii obrał Podolec, świetnie wpisuje się w trendy graficzne popularne na Zachodzie. Utrzymanie albumu w jednej tonacji kolorystycznej – seledynowej zieleni – wydaje się prostym, szybkim w wykonaniu, a przy tym bardzo efektownym zabiegiem. Podczas lektury kilkakrotnie przychodziły mi na myśl dwie uznane zachodnie powieści graficzne. Pierwsza to niewydany jeszcze w naszym kraju „Asterios Polyp” Davida Mazzucchelliego. Jego twórca być może nie reprezentuje tego samego myślenia o komiksowej narracji („Asterios Polyp” jest bardziej eklektyczny niż „Fugazi”), ale jego styl i kreska spotykają się w pewnych punktach z rozwiązaniami Podolca. Polski artysta nie jest też oczywiście aż tak dobry, ale warto pamiętać, że Amerykanin spędził w przemyśle komiksowym dobre trzydzieści lat.

Znacznie bliższe skojarzenia przynosi jednak „Parenteza”. Podolec w podobny sposób co Élodie Durand traktuje komiksową planszę, często stawiając kontury postaci na pustej, pozbawionej tła przestrzeni. Drugi plan uzupełnia szczegółami tylko tam, gdzie uzna to za konieczne, skupia się bardziej na opowiadaniu historii niż na drobiazgowym jej ilustrowaniu. Nie jest to jednak tylko suche podawanie tekstu, bo gdy trzeba, Podolec – tak jak Durand – znakomicie potrafi przekazywać emocje za pomocą grafiki i sekwencji obrazów. Kilka kadrów wystarcza mu, by w formie metafory zilustrować wewnętrzne rozbicie i zagubienie bohatera. Podobny jest tu również punkt wyjścia oraz efekt końcowy. Francuska artystka, dotknięta rzadką chorobą wywołującą zaniki pamięci, uszyła swą autobiograficzną opowieść głównie z cudzych relacji i strzępków niewyraźnych wspomnień. Komiks Podolca nie jest oczywiście tak intymny, ale również  przedstawia historię, którą autor zna z drugiej ręki i próbuje odtworzyć z garści anegdot dotyczących klubu. Wzmianki w tekście, dotyczące tego, że Czapski nie wszystko dobrze pamięta (to przecież oczywiste, minęło wszak ponad dwadzieścia lat), że wspomnienia o pewnych wydarzeniach mu się rozmywają, mogłyby wręcz pozytywnie wpłynąć na ostateczny odbiór dzieła.

„Fugazi Music Club” to świetny przykład tego, co chciałbym widzieć jako przyszłość polskiego komiksu. Chwytliwe tematy, związki z innymi dziedzinami kultury i popkultury (muzyka rockowa, film) są dobrym pomysłem na przyciągnięcie i przekonanie do medium nowych odbiorców, zafascynowanych zgoła innymi tematami. Wśród wydanych w ubiegłym roku polskich komiksów mam kilku faworytów i choć „Fugazi” do nich nie należy, to nie ma w nim czegoś, za co mógłbym komiks Podolca ganić. Być może autor powinien teraz zgarniać więcej słów konstruktywnej krytyki, pomocnej w rozwoju… ale to nie ja będę tym, który da mu klapsa. Czytając zresztą (nieliczne) negatywne opinie na temat jego dzieła, odnoszę wrażenie, że autor krytykowany jest tylko dlatego, że recenzenci nie wczuli się w konwencję tej opowieści. Co prawda „Fugazi” daleko jest do majstersztyków publicystyki komiksowej, ale mimo wszystko to bardzo dobry album.
Marcin Podolec (na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego): „Fugazi Music Club”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2013.