Wydanie bieżące

1 lutego 3 (243) / 2014

Damian Preis,

W SŁUŻBIE PAŃSTWU

A A A
Miałem sen. Piękny sen. A w tym śnie wszystkie filmy były rzetelnie zrealizowane, pozbawione patosu i niosły porażający przekaz. Ten jednak do nich nie należał.

Proszę mnie źle nie zrozumieć. „Kamerdyner” potrafi porwać wartko płynącą fabułą, zauroczyć starannie dobraną obsadą (Forest Whitaker, Oprah Winfrey, Cuba Gooding Jr., Vanessa Redgrave, Jane Fonda, Robin Williams – to tylko niewielka część plejady gwiazd), a przy tym nie jest nachalnym aktem protestu czy oskarżenia. Film Lee Danielsa to epopeja o niedoli Afroamerykanów, ukazanej przez pryzmat losów jednego człowieka i skierowana do masowego widza.

Akcja rozpoczyna się w latach 20. XX wieku w stanie Virginia. Główny bohater, Cecil Gaines, pracuje z rodzicami na plantacji bawełny. Któregoś dnia staje się on świadkiem zabójstwa własnego ojca, gdy ten sprzeciwia się seksualnemu wykorzystywaniu swojej żony przez białego plantatora. Chłopak zdaje sobie sprawę, że może skończyć w podobny sposób i decyduje się odejść. Znajduje pracę w sklepie, parę lat później zostaje kelnerem w ekskluzywnym klubie dla białych, aż w końcu, dzięki rekomendacji, trafia do Waszyngtonu, aby podjąć stanowisko kamerdynera w Białym Domu. Przez dziesięciolecia, aż do objęcia rządów przez Ronalda Reagana, Cecil jest milczącym świadkiem wielkich decyzji podejmowanych przez możnych USA.

Dwugodzinna narracja w „Kamerdynerze” obejmuje ponad 70 lat starań czarnoskórej mniejszości o równe prawa. Co za tym idzie, obraz prześlizguje się po najważniejszych wydarzeniach, kluczowych dla społecznych przemian w Ameryce, bazując na jednostronnej perspektywie, przez co upodabnia się chwilami do filmu edukacyjnego. Owszem, reżyser miał prawo do takiego wyboru, zwłaszcza że skupił się na problemie rasizmu oraz posłużył formułą „od zniewolenia do rządzenia”. Jednak w świetle faktu, że najwięcej czasu poświęcił latom 60., przełomowym dla historii Stanów Zjednoczonych, dziwi fakt, że dążenie do równouprawnienia i zniesienia segregacji rasowej nie zostało w jego dziele sprzężone z rewolucją seksualną, narkotykową oraz dojściem do głosu środowisk homoseksualnych.

Dobrą strategią okazało się natomiast to, że akcentując kwestie polityczne, Daniels rozdzielił je między dwie sfery. Pierwsza z nich obejmuje eleganckie gabinety prezydentów, gdzie tytułowy kamerdyner nie ma prawa głosu, lecz, jak uświadamia nam jeden z bohaterów, pokorna służba i oddanie są także rodzajem walki. Na drugą składa się szereg problemów, które wydają się równie dramatyczne, jak te dotykające kraju: zaangażowanie jednego z synów w działalność studenckiej grupy przeciwdziałającej rasizmowi, później zaś w akcje Partii Czarnych Panter i związane z tym wieloletnie więzienie, alkoholizm żony czy śmierć najmłodszego syna w Wietnamie. Na szczęście, aby nie pogrążyć widza w patosie, twórcy filmu prezentują też kilka scen o humorystycznym potencjale.

Oglądając zakończenie, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że film powstał dzięki dotacji z Białego Domu (jako laurka na cześć Baracka Obamy). Nie zmienia to faktu, że „Kamerdyner” nie zatriumfuje na oscarowej gali, co jest zaskakujące, gdyż poprawność polityczna ma się najlepiej w światłach fleszy, wśród kaskad oklasków i błysku złotych statuetek.
„Kamerdyner” („The Butler”). Reżyseria: Lee Daniels. Scenariusz: Danny Strong. Obsada: Forest Whitaker, Oprah Winfrey, Cuba Gooding Jr. i in. Gatunek: dramat. Produkcja: USA 2013, 132 min.