Wydanie bieżące

1 lutego 3 (243) / 2014

Sebastian Pytel,

PĘTLA

A A A
Butelka alkoholu w twórczości Wojciecha Smarzowskiego to coś więcej niż rekwizyt. Najczęściej bywa ona bohaterką drugiego planu, nie pozostając bez wpływu na fabułę. Czasem w dziełach reżysera pije się trochę więcej („Wesele”), niekiedy mniej („Róża”), ale pije się zawsze i w każdym środowisku. Ma to swoje uzasadnienie, bo pokazywana przez reżysera w różnych okresach i regionach Polska jest miejscem trudnym do zniesienia na trzeźwo.

„Pod Mocnym Aniołem” – adaptacja prozy Jerzego Pilcha, w założeniu miała być sumą wszystkich strachów zamkniętych w butelce i definitywnym zwieńczeniem wódczanego motywu. Smarzowski zresztą już raz przymierzał się do tej ekranizacji, wówczas jednak uznał książkę za nieprzekładalną na język kina i zajął się innymi projektami. Na powrót pod strzechy Mocnego Anioła zdecydował się, gdy wreszcie znalazł sposób na opracowanie historii Jerzego (Robert Więckiewicz), pisarza alkoholika, którego poznajemy tuż po kolejnej detoksykacji.

Pomysłem Smarzowskiego na „ugryzienie” Pilcha jest ten element filmowego rzemiosła, który reżyser opanował do perfekcji, czyli montaż. Spirala rwanych ujęć ma kluczowe znaczenie dla narracji i nawet nie o zachwianie linearności tu chodzi, a o rozpad elementarnych struktur opowieści, prowadzenia jej od punktu A do punktu Z. Po czytelnym początku i względnej ciągłości fabularnego zarysu Smarzowski powoli spycha swojego bohatera w limbo, przypatrując się jego szamotaninie, po czym porzuca go w otchłani. Przez cały niemal czas, podobnie jak Jerzy, nie wiemy, gdzie się w danym momencie znajdujemy. Natłok zdań, postaci i historii stale się zapętla, plany czasowe i przestrzenne krzyżują, nawet język literacki tańczy tu z brukowym. Dlatego też jest to film tak trudny w odbiorze – nie ma w nim żadnej stałej, żadnego punktu oparcia, przystani, do której można by przybić; wszystko zdaje się rozmyte. Skonstruowany z zabawnych scenek rodzajowych i melodii „Greka Zorby” zwiastun to więc bardzo przewrotne wprowadzenie do filmu. Miejsca na śmiech, nawet ten gorzki, jest tu bowiem niewiele – ustępuje on zgrozie, przerażeniu i dezorientacji.

„Pod Mocnym Aniołem” to nie „Drogówka”, w której sztubackie żarty oferowały chwilę wytchnienia od przytłaczającego pesymizmu, pozwalały na moment zapomnieć, jak jest źle. Historia stołecznego policjanta, oprócz śmierci, przynosiła zresztą też nadzieję, ostrożny sygnał, że walka nie została z kretesem przegrana. W „Pod Mocnym Aniołem” natomiast Smarzowski nadzieję zrównuje z naiwnością, przejawiającą się w wierze, że inercja Jerzego zostanie przezwyciężona. Bo ileż to już razy jego materialna zjawa krążyła między taksówką a barem, domem a monopolowym, świadomością a majakiem, wlewając w siebie bezczas każdego miejsca i stanu? Ratunek nie przyjdzie nagle jak miłość, nie skrywa się w literaturze jak słowa – nałogu nie da się przenieść gdzieś indziej. Tam, gdzie Pilch szukał rozwidlenia, Smarzowski widzi ślepą uliczkę, na której końcu widnieje motyw zaczerpnięty z literackiego oryginału: „Nie się-piło, ale ja piłem”. Owo „ja piłem” wynosi do poziomu ogółu, wtłacza alkohol w polski krwioobieg, tworząc kulturową kodę. Wódka płynie w żyłach inteligencji i proletariatu, przekazywana z ojca na syna i z matki na córkę. Dlatego historie snute przez umysł Jerzego są autentyczne, niezależnie od ich końcowego splotu. Zebrane w nim dusze wszystkich pijaków świata, przepychając się w kolejce do głosu, mówią to samo: diabeł tkwi w każdym z nas.

Nie pierwszyzna to u twórcy „Domu złego”. Na szczęście wypracowany przez lata styl Smarzowskiego jest emergentny, pozwala dostrzegać nowe w kolejno podejmowanych tematach, mimo powtórnie zastosowanych realizacyjnych patentów. Stwierdzenie to należy odnieść także do współpracy reżysera z aktorskim zespołem, któremu tym razem przewodzi (znakomity jak zawsze) Robert Więckiewicz. Dzięki tej komitywie pijacka odyseja „Pod Mocnym Aniołem” odarta została z mitów w równym stopniu, co narkotyczny haj z „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego. Oba portrety rajów utraconych łączy wspólny mianownik – obietnica przeniesienia ducha w inny, niedostępny ciału, lepszy wymiar. Ale przyrzeczenie złożone w imię przyszłości odwleka moment iluminacji, okazuje się złudzeniem żądającym ciągłego odtwarzania rytuału przejścia. Gdy iluzja na chwilę gaśnie, odsłania się prawda – widać, kim się jest i gdzie się jest, co z kolei prowadzi do wyparcia tej wersji siebie. Smarzowski (podobnie jak Aronofsky) pokazuje uzależnienie jako ciąg brawurowych ucieczek i brutalnych powrotów, aż do całkowitego zatracenia.

Sam Pilch w liście do widowni, krytyczny w stosunku do siebie, za to pełen uznania wobec adaptatora, pisze o zdumiewająco wiernym istocie tekstu obrazie przy jednoczesnej osobności wizji. Smarzowski, zachowując język prozy i obdzielając nim scenariuszowe dialogi/monologi, rzeczywiście bardzo zbliżył się do oryginału, momentami ryzykując wiarygodnością. Ale nie zawierzył tekstowi całkowicie. Zgrabne bon moty wpisał w deliryczny bełkot, a alkoholowe uniesienia sprowadził na ziemię salwą rzygowin i ekskrementów. Bo „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego zamiast liryzmu Pilcha siedzi fatalizm Hłaski i czeka na umówiony dzwonek.
„Pod Mocnym Aniołem”. Scenariusz i reżyseria: Wojciech Smarzowski. Obsada: Robert Więckiewicz, Julia Kijowska, Andrzej Grabowski, Kinga Preis i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Polska 2013, 95 min.