Wydanie bieżące

15 lutego 4 (244) / 2014

Magdalena Boczkowska,

LOS MĘŻCZYZNY

A A A
 

Bohater najnowszej powieści Cezarego Konrada Kędera – zatytułowanej „Rurand. Prequel” – opowiada jednej ze swoich potencjalnych kochanek anegdotę o pewnej przedwojennej spikerce radiowej, której głos bardzo erotycznie oddziaływał na mężczyzn. Pewnego dnia kobieta na antenie przejęzyczyła się i zamiast występu zespołu Chór Juranda, zapowiedziała występ grupy Chuj Ruranda. „Słuchający radia podobno przeżyli chwilę ekstazy, zaś w dobrym towarzystwie zaczęto mówić od tego czasu o Rurandzie, który śpiewał wszystkimi członkami…”. Takim właśnie Rurandem czyni Kęder swojego bohatera.

Powieściowy Rurand wyrusza więc na wyprawę przypominającą nieco „Spis cudzołożnic” Jerzego Pilcha. Poznaje rozmaite kobiety, młodsze i starsze, inteligentne i mniej bystre, piękne i nieco brzydsze. Czasami wydaje mu się, że jest rycerzem broniącym dziewicze białogłowy przed wszystkimi smokami tego świata. Sprawia wtedy wrażenie sprawującego kontrolę, tego, który decyduje o tym, z kim, gdzie, kiedy i jak. „(…) czy kobieta może być gęsią, bez obaw o stan męskości narratora?” – pyta – „Próbuje na spokojnie wyobrazić sobie jakieś możliwe scenariusze. Bo że miłość, którą kochasz wszystkie jego kobiety, choćby dlatego, że je zauważyłem, to jasne i nieuniknione. Lekkie drżenia na widok i krótkie galopady na wspomnienie. Wyobraźnia erotyczna w symbiozie z projektami producentów odzieży: dobrze skrojone dżinsy stają się drugą skórą, przeźroczysta bluzka znakiem, że skórę nie tak trudno zrzucić (…) Przecież potencjalnie a zgodnie spółkujący ludzie po prostu muszą być dla siebie głupio niegroźni, to warunek komiczny poczucia bezpieczeństwa. Nie należy niszczyć wrażenia, że sytuacja jest pod kontrolą”. Innym zaś razem udaje słabego i delikatnego, potrafiącego zauroczyć romantycznym gestem. Wydaje mu się, że kiedy trzeba, jest hojny, innym razem zdecydowany, a jeszcze kiedy indziej czuły i bezbronny. Dla każdego coś miłego, a raczej dla każdej. W każdej chwili może stać się innym, zmienia osobowości, zrzuca i nakłada kolejne maski, przybiera różne tożsamości.

Rurand miał więc być kochankiem idealnym. Takim, o którym pisał Kęder w „Antologii Twórczości P.”, że to mężczyzna „o potencji wibratora, czułości mydlanej opery, kieszeni banku szwajcarskiego, wrażliwości notowań giełdy, cierpliwości psychoanalityka, prestiżu laureata nagrody Nobla, kondycji maratończyka i inteligencji, która byłaby w stanie te wszystkie cechy połączyć w całość”. Tyle tylko, że kobiety, które spotyka na swojej drodze, aż takiego ideału nie szukają i nie wymagają. Rurand jest dla nich tylko miłą odskocznią, a jedyny ratunek, jaki im niesie, to ten przed rutyną codzienności, nudą, smokiem powtarzalności i jest nim tylko niezobowiązujący seks. W powieści to niewiasty właśnie sprawiają wrażenie o wiele bardziej dojrzałych, zmotywowanych i pewniejszych siebie od męskiego bohatera. Dla niego z czasem wszystko też powszednieje, nie ma już ognia, iskry, nie ma pasji odkrywania nowości, „(…) dla ciebie to pewnie byłaby rutyna, bywało się z tą i tamtą tu i ówdzie, tak czy inaczej (…)” – mówi. Każda inna, a każda taka sama. Niby inaczej, ale jednak prawie identycznie. Łatwo przewidzieć gesty, pragnienia, wymagania. Żadna z kobiet nie jest tą jedyną. Na chwilę jest nią każda z nich.

„Myślisz o tym, jak zimno jest na zewnątrz, po raz kolejny wciągam głęboko w płuca dym z papierosów, wzdryga się i z dwojga złego wybieram spacer" – bohater cały czas mówi, więc: to on tak robił, ja nie brałem w tym udziału, to ty jesteś za to odpowiedzialny. Na podstawie powyższego cytatu widać wyraźnie, że tym razem Kęder wykorzystał ciekawy, ale już nieoryginalny, zabieg stylistyczny. Warto przypomnieć, że w słynnej swego czasu powieści Jaume’go Cabré „Wyznaję” narracja pierwszoosobowa mieszała się trzecioosobową w obrębie jednego zdania. W „Rurandzie…” idziemy nawet o krok dalej, mamy tu bowiem bohatera będącego jedną osobą, nie w dwóch, a w trzech odsłonach. Ja, ty, on – niczym trójca święta, otrzymujemy więc swoisty gramatologiczny tercet narracyjny w obrębie zdania. Rurand sam pisze o Rurandzie i jest przez Ruranda pisany jednocześnie. Poza tym autor stale mruga do czytelnika, rzucając różnorodne intertekstualne nawiązania czy stosując rozmaite skróty myślowe.


W pamiętnym tekście „Wszyscy jesteście postmodernistami! Tekst o prozie” („FA-art” 1997, nr 2-3) autor „Sekwencji” twierdził, że pisarze postmodernistyczni nie wyszli poza mniej lub bardziej świadome „obracanie pod światło konstrukcji JA”. John Barth pisał z kolei, że życie to jedynie ciąg historii, które żyjący opowiadają sobie nawzajem. Nie istnieje więc nic poza tekstem. „Rurand. Prequel” jest więc idealnym przykładem na badanie konstrukcji JA poprzez tekst, opowieść, przypominanie historii fizycznych związków, z których jednocześnie żaden nie rozczarowuje i żaden nie przynosi satysfakcji innej niż cielesna. Opowiadane historie są przy tym oderwane od siebie, ułożone bez porządku chronologicznego, jakby przypadkowe, chaotyczne, przypominane (albo zapominane) na bieżąco.

Reasumując, najnowsza powieść Cezarego Konrada Kędera to: po pierwsze, zbiór erotycznych epizodów; po drugie, barwna narracja i ironiczny humor językowy; po trzecie, satyra na środowisko akademickie (ach, te nocne życie pokonferencyjne!). Tyle tylko, że z wędrówek Ruranda nic nie wynika. Może dlatego, że był to dopiero prequel. A może dlatego, że Rurand wcale nie jest, jak chcieliby niektórzy krytycy, połączeniem Hanka Moody’ego z kultowego seriali „Californication” z rycerzem Rolandem. Jest tylko kolejnym sfrustrowanym mężczyzną, któremu wydaje się, że walczy ze smokami, a tak naprawdę walczy tylko z prawdą o sobie.
Cezary K. Kęder: „Rurand. Prequel”. Wydawnictwo FA-art. Katowice 2013.