Wydanie bieżące

15 lutego 4 (244) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

MIĘDZY DZIEJAMI MYŚLENIA A MYŚLENIEM DZIEJÓW

A A A
Podtytuł polskiego wydania „Autobiografii” Robina George’a Collingwooda nie bez kozery brzmi „Z dziejów mojego myślenia”. W tej nieobszernej książeczce angielski filozof i historyk nie odsłania bowiem przed czytelnikiem bardziej lub mniej intymnych faktów z własnego życiorysu, ale proces dojrzewania, przeobrażania się i krystalizowania swych idei. Świadomie nie napisałam „teorii”, gdyż – jak sam mocno podkreśla – starał się on nigdy nie oddzielać sfery konceptualnej od praxis, co naznaczyło całe jego dzieło i przyczyniło się do zażartego sporu z tzw. szkołą realistyczną w Oksfordzie. „Wielkim prawem realizmu” nazywa autor „The Idea of History” pogląd, że nic nie ulega zmianie przez to, iż zostaje poznane, wliczając w to kwestie etyczne – w ten sposób w ujęciu realistów teoria działań moralnych przestaje być filozofią praktyczną, a jej nauczyciele umywają ręce od wszelkiej odpowiedzialności. Tymczasem dla Collingwooda realne zaangażowanie jest najistotniejsze, w czym upewniają go okoliczności towarzyszące pisaniu owego eseju-wspomnienia: po pierwsze, układ monachijski kładący się cieniem na polityce mocarstw europejskich, po wtóre, ciężka choroba i rozterka, czy zrobiło się już tyle, aby móc bez żalu opuścić świat – stąd książka będąca rekapitulacją przekonań i drogi myślowej autora. Czy jednak ten dosyć skromny rozmiarowo tom nie obiecuje więcej, aniżeli dostarcza?

Na pewno nie mamy do czynienia ze zwartym wykładem, ponieważ Collingwood nie stworzył monolitycznego systemu; to raczej zachęcające prolegomena do jego koncepcji – bez wątpienia potrzebne, zważywszy na słabą recepcję jego myśli w naszym kraju (odnotuję przy okazji zdumiewający fakt, że w przeciwieństwie do wielu postaci minorum gentium nie ma Collingwood nawet poświęconej mu strony w polskiej Wikipedii, a mowa wszak o jednym z ważnych inicjatorów przełomu w teorii poznania historycznego). Dobrze więc, że nareszcie dostaliśmy przekład „An Autobiography”, choć na marginesie muszę zaznaczyć, iż skoro już w stopce wymieniono dwie osoby dokonujące I i II korekty, to czytelnik miałby prawo spodziewać się poprawniejszego przestankowania. Na szczęście treść pozwala nie zwracać na takie usterki większej uwagi, bo rozwój intelektualny Collingwooda okazuje się niemal sensacyjny, a jego tezy okraszone są plastycznymi, niekiedy humorystycznymi egzemplifikacjami.

Już „na dzień dobry” przedstawia on siebie jako niespokojnego ducha, zbuntowanego przeciw rygorom edukacji instytucjonalnej (stary motyw szkoły dławiącej myślenie), lecz tu i ówdzie dającego sygnały ponadprzeciętnej erudycji. Dokonuje też automitologizacji (co należy do literackich aspektów książki), kiedy kreśli modelowy obraz dziecka o nad podziw chłonnym umyśle, któremu służy indywidualna nauka pod okiem ojca, rozwijająca pociąg do samodzielnego wysuwania pytań. Punkt zwrotny wyznacza znaleziona w bibliotece rozprawa o Kancie: „Treści tej książki, choć nie potrafiłem ich zrozumieć, jakimś sposobem należały do mnie, były sprawą dotyczącą mnie osobiście, czy też raczej – tego mnie, który pojawi się dopiero (…). [O]panowywało mnie przeświadczenie, że nałożono na mnie ciężar zadania, którego istoty nie potrafiłem określić inaczej, niż mówiąc: »muszę myśleć«” (s. 8).

Zadanie niby abstrakcyjne, a przyniosło wymierne rezultaty, m.in. pozwalające mi na dwuznaczność w tytule tego tekstu: „dzieje myślenia” nie odnoszą się tylko do Collingwooda, ale i do eksponowanej przez niego (z „Autobiografii” można by wysnuć wniosek, iż przezeń „odkrytej”) historyczności samego myślenia, włączając na pozór uniwersalne, „odwieczne” pytania filozofii. Metafizyka winna zatem oświetlać presupozycje stojące za ideami, które w toku procesu historycznego przechodzą w inne, co autor „The Idea of History” wyłuszcza na przykładzie Platońskiego „Państwa” i „Lewiatana” Hobbesa: teksty te nie zawierają po prostu dwóch propozycji urządzenia państwa, lecz teorie dwóch rzeczywistości, nie wolno przeto ani negować różnicy między nimi, ani uznawać którejś za fałsz. (Notabene, ciągłe przeobrażenia dostrzega też Collingwood w dziele sztuki, a część jego rozważań brzmi dziwnie znajomo dla wszystkich, którym dzisiaj słowo „deadline” spędza sens z powiek: „Praca [nad tekstem] zatrzymuje się (…) wcale nie dlatego, że dobiegła końca, lecz ponieważ zbliża się czas jej wysłania, domaga się jej wydawca, »mam już powyżej uszu zajmowania się tym«”).

Oprócz permanentnej transformacji oraz historycznych determinant myślenia istotne okazuje się jego ukierunkowanie na aktualne wyzwania. Na ów „pragmatyzm” naprowadziła Collingwooda archeologia, w której wsławił się jako badacz rzymskich stanowisk w Brytanii i która ilustruje gros twierdzeń z „Autobiografii”. Nauka ta analizuje odkryte artefakty pod kątem zastosowań i celów, a angielski filozof przekonuje, że podobnie jak archeolog, historyk – zamiast „kopać na ślepo” – musi wpierw (i stale) stawiać odpowiednie, precyzyjne pytania. Frapuje tutaj metodologiczne rozdwojenie Collingwooda, z jednej strony akcentującego wagę przejścia historii ze stadium kompilatorskiego w „baconowskie” (metoda eksperymentalna), z drugiej oponującego przeciw przeoczaniu przez „realistów” swoistości nauk historycznych, gdyż „wyobrażenia o przeszłości nie mogą być nigdy zweryfikowane w taki sposób (…) [jak] hipotezy naukowe”; z jednej strony argumentującego z pozytywistycznym optymizmem, że „ciemności” na nieznanych terytoriach są wyzwaniem, a ich przyczyną chwilowa ułomność technik ich zgłębiania, z drugiej natomiast głoszącego: „dlatego, że historia oferuje coś (…) odmiennego od prawideł, mianowicie wgląd, udziela nam (…) wsparcia w rozpoznawaniu naszych (…) problemów” (s. 100). A zatem – Platońska iluminacja plus wiara w historia magistra vitae? Jak należy to rozumieć?

Zacznijmy od tego, że właśnie rozumienie jest kategorią nadrzędną w Collingwooda koncepcji poznania historycznego – dlatego jego podejście nazwałabym hermeneutyką historii, niezależnie od tego, że może wydawać się ono anachroniczne, gdy objaśnia on, iż dziejopis winien odczytywać ze świadectw ich „pierwotne przeznaczenie”. Wszak nawet konserwatywny na tle bardziej „radykalnych” hermeneutyk Gadamer kładzie nacisk na aplikację, współczesne odczytania, niepokrywające się z rzekomym pierwotnym znaczeniem. Teza, iż za sprawą dziejopisarstwa „przedostajemy się do umysłów innych ludzi, by ich oczyma ujrzeć sytuację, do której należeli” (s. 62), ewokuje romantyczną hermeneutykę „wczucia się” i psychologizm, tym bardziej przeto może dziwić pasja, z jaką Collingwood inkryminuje psychologię, zarzucając jej – jako nauce o afektach – wyparcie logiki, etyki i badań nad umysłem, a w efekcie (?) zniesienie rozróżnienia na prawdę i fałsz oraz na dobro i zło, co jego zdaniem wiodło wprost do Wielkiej Wojny i jej zgubnych konsekwencji społeczno-politycznych.

Nazbyt to krzywdząca symplifikacja, niemniej odzwierciedla gorycz i obawy filozofa (jak wiemy, uzasadnione) odnośnie do dalszych losów Europy. Trzeba więc wyjaśnić, czemu służyłoby postulowane przezeń „wejście do umysłów” osób z przeszłości. Jak wskazuje w „The Idea of History”, cała historia stanowi dzieje myśli, ponieważ nie bada bądź co bądź minionych zdarzeń, tylko doświadczenie zreflektowane w ocalałych świadectwach; zresztą same zdarzenia są nieinteresujące, inaczej niż znaczenie, jakie miały niegdyś dla ludzi i jakie mogą mieć dla nas. „Przedostawania się do cudzych umysłów” dokonujemy na własny użytek – aby „rozważyć, czy obrana strategia poradzenia sobie z daną sytuacją była dobra”, a zatem, by wynieść z tego pożytek (czy ktokolwiek uczy się na błędach poprzedników, w to lepiej nie wnikajmy). Kapitalne znaczenie ma fakt, że Collingwood historię, w tym historię filozofii, postrzega jako otwarte źródło problemów i rozmowę ściśle związaną z „usytuowaniem”, w czym ujawniałaby się, moim zdaniem, hermeneutyczność jego myśli: „(…) to, co daje się wyuczyć na pamięć albo utrwalić, nie jest historią. Temu, kto zaprotestuje, wytykając mi, że moja »otwarta« historia nie pozwala nam spoza drzew dostrzec lasu, odpowiem: a któż tego pragnie? Do podziwiania mamy drzewo, las oznacza miejsce, w którym trzeba żyć” (s. 76). Las symbolizuje zatem nasze „wrzucenie-w-świat” i dziejowość; dziś to konstatacja nienowa, lecz kojarzymy ją raczej z ówczesną niemiecką tzw. filozofią życia, toteż warto pamiętać również o intuicjach Anglika.

Powyższe objaśnienia tłumaczą chyba jasno drugą część tytułu: „myślenie dziejów” –przyimek „o” suponuje uprzedmiotowienie, a intencją Collingwooda jest zżycie się z nimi, a zarazem ich dogłębne badanie. „Odtwarzana” myśl zyskuje wprawdzie inny kontekst w życiu badacza niż postaci stojącej przed określonym problemem; zajmując się tamtą osobą, odnosimy się do siebie i zawsze interpretujemy przeszłość z obecnej perspektywy, lecz wedle autora „The New Leviathan” nie stanowi to przeszkody, tylko szansę. Żeby lepiej, pełniej rozumieć siebie? Trudno odpowiedzieć wprost. W omawianej książce znajdziemy prognozę, że w XX stuleciu historia będzie dla świata tym, czym nauki przyrodnicze w nowożytności. Możemy sobie dopowiedzieć, na ile była to przepowiednia trafna.

Collingwood bywa klasyfikowany jako idealista, neoheglista czy croceanista, ale sam nie uważał się za eklektyka, lecz za filozofa wykorzystującego cudze idee do zmagania się z kwestiami, nad którymi tamci się nie zastanawiali. Jego strategia opisana w „Autobiografii” nosi znamiona dekonstrukcji, odkrywania, jak różne poziomy tekstu sobie przeczą, wymykają się autorskiej kontroli: „Jeśli bowiem Leibnizowi, gdy pisał ów passus, jego zagadnienie nie wyklarowało się na tyle, by zdołał sobie z nim poradzić, to również kluczył do tego stopnia, że nie jesteśmy już w stanie rozpoznać, o co mu chodziło. Wszak to ten sam fragment dzieła rozstrzyga filozoficzną zagadkę i poświadcza, czym ona była” (s. 71). Na gruncie literatury rzecz wygląda tak, iż nurtujący pisarza problem możemy jedynie mozolnie rekonstruować w badaniu historycznym; tu jednak nie ma mowy o „wglądzie”, ale o rzetelnym warsztacie. O ile „historyczność” literackich analiz bez sprecyzowania tego pojęcia może budzić obiekcje, o tyle wszyscy powinniśmy wziąć sobie do serca zalecenie, by przed skrytykowaniem za kimś czyichś asercji osobiście zbadać tekst źródłowy – wtedy upada wiele oskarżeń wymierzonych w poglądy, które de facto dopiero krytyk wprowadził je do tekstu swej „ofiary”. Podobnie z cytowaniem autorów na zasadzie „tato, a Marcin powiedział, że jego tata powiedział…”.

Póki jednak prace tego arcyciekawego filozofa nie będą u nas lepiej dostępne, warto polecić syntetyzującą książkę Witolda Nowaka „Robina G. Collingwooda filozofia historii”, a jego autobiografię intelektualną uznać za przystępne wprowadzenie, na dodatek inspirujące i podnoszące na duchu: „(…) każdy zdolny jest pojąć dowolne filozoficzne stanowisko, o ile uda mu się uchwycić pytania, na które ono odpowiada. Nie musimy ich podzielać. (…) Nie powinno to (…) powstrzymać nas od ich zrozumienia i oceny, czy osoby nimi zainteresowane odpowiedziały na nie prawidłowo” (s. 59). Forsowana przez autora logika pytań i odpowiedzi wykracza poza korespondencyjną teorię prawdy w stronę dialektyki, w której pytanie musi powstawać (ruch, otwartość), a odpowiedź być prawidłową, tj. pozwalającą kontynuować ów proces, choćby jego dalszy ciąg miał ją później obalić. Słusznie czytelnikowi kojarzy się metoda elenktyczna i majeutyczna, bo Collingwood stymuluje do zadawania oczywistych z pozoru, a w istocie głębokich pytań i radzi, żeby nie wyganiać drzemiącego w każdym z nas filozofa, nie ustawać w wątpliwościach. To kolejna bardzo hermeneutyczna i cenna uwaga: że potrzebujemy – nie tylko w nauce – więcej namysłu (acz zorientowanego na poszukiwanie sensu) niż arbitralnych rozstrzygnięć; że w logice pytań i odpowiedzi „pierwszeństwo należy się zamieszkałemu w nas Sokratesowi”.
Robin G. Collingwood: „Autobiografia. Z dziejów mojego myślenia”. Tłumaczenie, wstęp i przypisy I. Szyroka. Zakład Wydawniczy „Nomos”. Kraków 2013.