Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Michał Chudoliński,

DYSTOPIA UCIECH

A A A
„Urban: Reguły gry” zaczyna się dość szablonowo, choć posiada potencjał nietuzinkowej historii, potrzebującej jednak nieco czasu na pomyślny rozwój. Trudno nie oprzeć się przy tym wrażeniu, że komiksowa satyra Brunschwiga i Ricciego na kulturę masową to kolejna groteskowa interpretacja „Alicji w Krainie Czarów” z domieszką „Łowcy androidów” oraz niezwykle brutalnej mangi „Battle Royale”. Z tą różnicą, że we frankofońskim komiksie, zamiast niewinnej dziewczynki, mamy nieśmiałego młokosa, często zachowującego się jak ofiara losu. Z bohaterką utworu Lewisa Carrolla łączy go w zasadzie jedno – depresja i ukrywanie traumy uniemożliwiającej normalne funkcjonowanie, ba, popychającej ku śmierci.

Akcja komiksu rozgrywa się w dalekiej przyszłości. Ludzkość, choć dosięgła gwiazd oraz przemierzyła galaktyczne przestrzenie, nadal haruje w pocie czoła w imię lepszego jutra. Powstały wielkie aglomeracje służące określonym zapotrzebowaniom. W jednych praca wre, inne służą jako noclegownie. Gdy jednak obywatel ma dość rutyny i pragnie się zrelaksować, może wybrać się do Monplaisir – przeogromnego, dwupoziomowego miasta o powierzchni trzech milionów hektarów. Ten gigantyczny lunapark został zaprojektowany jako miejsce relaksu oraz realizacji najskrytszych pragnień. Do tej właśnie niezwykłej przestrzeni wkracza Zach, lekko zdziwaczały i nieporadny osiłek, mający zasilić tamtejszą policję czuwającą nad porządkiem oraz bezpieczeństwem turystów. Przybywszy do parku rozrywki, bohater odkrywa, że ten rajski zakątek wcale nie jest tak idealny, jak mogłoby się wydawać.

Gdybym przeczytał ten komiks przed obejrzeniem „Kongresu” Ariego Folmana albo poznaniem innych dystopijnych klasyków, to fabuła „Ubran” z pewnością zrobiłaby na mnie wrażenie. Sam autor scenariusza przyznaje we wstępie, że czekał ponad dekadę na realizację swoich pomysłów, które miały ukazać znaną nam popkulturę w krzywym zwierciadle. Sęk w tym, że nieco się spóźnił. Temat jest już bowiem na tyle dobrze opisany przez wielu pisarzy oraz scenarzystów komiksowych z kręgu szeroko rozumianej fantastyki, że doprawdy trudno wymyśleć prawdziwie nowatorską fabułę. Z tego powodu historia opowiedziana przez Brunschwiga specjalnie nie ekscytuje. To takie fabularne monstrum Frankensteina złożone z różnych, splatających się ze sobą tematycznych tkanek i gatunkowych organów, choć efekt finalny daleki jest od ideału. Gdyby nie urozmaicony sposób prowadzenia fabuły, ukazanie wydarzeń z różnych perspektyw oraz przenikająca całość tajemnica (której rąbek być może zostanie odsłonięty w następnym tomie), nie znalazłbym w „Regułach gry” niczego intrygującego.

Komiks ratują w zasadzie dwie rzeczy – postać Zacha oraz realistyczna kreska Roberto Ricciego. Protagonista chwilami irytuje: nie znamy jego przeszłości, wiemy za to, że przed czymś ucieka, nie mogąc znaleźć duchowego ukojenia. Chwilami rozmawia z wyimaginowanym bohaterem swego dzieciństwa i ogólnie przypomina słonia w składzie porcelany. Równocześnie tkwią w nim olbrzymie pokłady agresji, które z dużą dozą prawdopodobieństwa eksplodują w kolejnym tomie, co samo w sobie może mieć ogromny potencjał fabularny.

Oglądając plansze „Reguł gry”, można zdumiewać się, ile kultowych strojów oraz kostiumów przemycono do tej komiksowej opowieści. Aż dziw bierze, że do tej pory prawnicy korporacji rozrywkowych nie zauważyli owych zapożyczeń. Czytelnik w każdym kadrze jest wręcz bombardowany odwołaniami do popularnych anime, kreskówek, komiksów czy filmu. Doskonale widać, że Ricci to wielki fan noir oraz twórczości Ridleya Scotta, szczególnie wspominanego już „Łowcy androidów”, ale także „Obcego: ósmego pasażera Nostromo”. Ilustrowany przez artystę Monplaisir jest molochem, daleko odbiegającym od idyllicznego obrazu ukazanego w materiałach reklamowych centrum rozrywki. To zaniedbana oaza rozkoszy, w sam raz dla fetyszystów i miłośników  przebieranek. Ricci posiada wyjątkowy zmysł architektoniczny (co potwierdza sposób odwzorowywania przestrzeni), choć równie dobrze oddaje bogatą paletę emocji bohaterów, z których większość traktowana jest bardziej jako przedmioty niż ludzkie istoty.

„Urban: Reguły gry” trudno jednoznacznie ocenić. Na pewno zabrakło tu iskry oryginalności – opowieść utkana jest z motywów na tyle już wyświechtanych, że co bardziej wybredni odbiorcy mogą zwyczajnie przysnąć. Z drugiej strony jednak pamiętajmy, że to dopiero pierwszy tom, którego finał wskazuje, że pionki na fabularnej szachownicy zostały już rozstawione. Teraz pozostaje nam oczekiwać sensownego, a przy tym emocjonującego rozegrania kolejnej partii. Oby była tego warta.
Luc Brunschwig, Roberto Ricci: „Urban: Reguły gry” („Urban. Les règles du jeu”). Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo Taurus Media. Warszawa 2013.