Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Krzysztof Ryszard Wojciechowski,

ATHOS I PIOTR KOWALSKI W AMERYCE

A A A
Komiks zagraniczny
W tym roku mija pięć lat od momentu, gdy w Polsce ukazał się ostatni album firmowany przez Jasona – norweskiego artystę, który świetnie sobie radzi na dużych zachodnich rynkach. Mimo że wszystkie wydane u nas komiksy jego autorstwa ponoć nieźle się sprzedawały, nic nie wskazuje na to, byśmy mieli się doczekać polskiego wydania jego kolejnego albumu. Mam jednak nadzieję, że jeszcze o tym autorze nie zapomnieliście. A jeśli los Was skrzywdził i do tej pory nie mieliście okazji przeczytać żadnej z jego prac, to szybko nadróbcie zaległości, bo Jason to twórca wybitny.

Jakieś dwa tygodnie temu wpadł mi w ręce ostatni zbiór jego krótkich opowieści komiksowych „Athos in America” potwierdzających, że Norweg nadal jest w mistrzowskiej formie. Nie wiem, czy Jason przeprowadza selekcję materiału, niemniej tomik ten zwala z nóg i nie znajduję w nim jakichkolwiek słabych punktów. Zdaje się, że odruchowo nazwałem ten album „tomikiem”... ale określenie to idealnie pasuje do antologii jego prac. Miniatur Jasona – mimo iż od strony formalnej są niezwykle komiksowe – w pierwszej kolejności wcale nie porównałbym bowiem z twórczością tuzów opowieści graficznych. Są one raczej niczym wiersze i opowiadania Charlesa Bukowskiego, którego notabene Jason uwielbia, lub jak poezja Marcina Świetlickiego, którego kochałby, gdyby miał szansę poznać jego twórczość. Albo – pobawmy się w karkołomne metafory – jak nocna wycieczka po fajki na stację benzynową, która może być bardzo urokliwa, ale równie dobrze może się źle skończyć, gdy napotkamy podpitych kibiców lokalnej drużyny (całkiem możliwe, że będących fanami „Jana Hardego”), którzy zabiorą nam kasę, a my wrócimy z podbitym okiem do domu, gdzie czeka na nas krzycząca dziewczyna. To oczywiście tylko przykład, bo osobiście nie dałbym sobie zabrać pieniędzy (gdyż ich nie mam), a moja dziewczyna nie krzyczy (albo robi to bardzo rzadko). Niemniej metafora ta wydaje się odpowiednia w tym kontekście, gdyż podobnie postępuje Jason, który w szorcie „A Cat From Heaven” sportretował siebie jako apodyktycznego, rozstrojonego psychicznie artystę, który bije swoją kobietę, straszy fanów nożem i wizualizuje sobie własną tragiczną śmierć. Tym samym stworzył jeden ze swoich najzabawniejszych i najlepszych komiksów, z którym (mimo iż nie biją żon i nie straszą nikogo nożem) utożsami się zapewne wielu czytelników.

W innej historii, posługując się kliszami rodem ze starych horrorów, autor opowiada o naukowcu, który podtrzymuje przy życiu głowę swojej zmarłej (?) żony, popełniając przy tym kolejne zbrodnie, by zdobyć materiał do eksperymentów i przywrócić kobiecie upragnione ciało. Z tych pozornie błahych gatunkowych schematów Jason na kilku zaledwie stronach utkał genialną metaforę toksycznego związku. Jego komiksowa twórczość jest jak nasza egzystencja odbita w krzywym zwierciadle: zabawna i groteskowa, ale też gorzka i przytłaczająca. Nieraz stricte obyczajowa, sprawiająca wrażenie autobiograficznej, innym razem podstępnie ubrana w kostium  gatunku (najczęściej z pulpowymi konotacjami, np. noir czy opowieści grozy), ale zawsze boleśnie trafna i prawdziwa. Pełno w tych historiach zdrad i smutku, ale przy tym są opowiedziane z niesamowitą gracją i znakomitym poczuciem rytmu.

Jak już wspomniałem, Jason, mimo iż jest człowiekiem z zewnątrz, świetnie radzi sobie na zachodnich rynkach. Swój status osiągnął w zupełnie inny sposób niż nasz człowiek w Gwardii  Imperialnej, znakomity rysownik Piotr Kowalski, twierdzący, że droga do zagranicznej kariery prowadzi przez mozolne wyrabianie warsztatu, dopasowywanie się do komiksowego stylu zerowego i sprzyjanie masowym gustom. Jason jest bezkompromisowy. Chociaż wcześniej próbował różnych stylów, już dawno znalazł idealny, prosty środek do opowiadania swoich historii. Jego postacie to bardzo szablonowo rysowane animorfy, a i narracja obrazem (wszystkie plansze są po prostu podzielone na cztery kadry) pozbawiona jest formalnych fajerwerków. Nie mam pojęcia, jak to osiąga, ale w schematycznych twarzach swoich bohaterów – często porównywanych do Bustera Keatona – potrafi wyrazić wszystkie emocje świata. A język komiksu opanował do tego stopnia, że mimo oszczędności wizualnych środków narracji umie snuć wielowątkowe historie. Chociaż jest starym wyjadaczem, jego twórczość nadal wygląda niczym produkt głębokiego undergroundu, co zupełnie nie przeszkadza Jasonowi w byciu niekwestionowanym mistrzem komiksu.

Ostatecznie, mimo dzielących ich różnic, mam jednak wrażenie, że Kowalski i Jason korzystali z podobnej recepty na sukces. Polski rysownik w wywiadzie udzielonym „Kolorowym Zeszytom” (http://kolorowezeszyty.blogspot.com/2010/04/433-komiks-to-ciezka-harowa-wywiad-z.html), nobilitując komiks mainstreamowy, powoływał się na słowa jednego z członków Pink Floyd, który powiedział, że „(…) bardzo łatwo jest skomponować długi, pompatyczny i trudny w odbiorze utwór. Natomiast stworzenie prostego, chwytliwego kawałka, który ludzie będą nucić, prowadząc samochód, jest prawdziwym wysiłkiem”. Kowalski trafił w sedno, idealnie portretując przy tym twórczość Jasona, który co prawda nie tworzy komiksu środka, ale zdecydowanie pisze chwytliwe kawałki… tyle, że w stylu Toma Waitsa. Dokładnie takie: http://www.youtube.com/watch?v=bVaQN240G80. Bo w gruncie rzeczy chwytliwe kawałki można pisać na wiele sposobów.
Jason: „Athos in America”. Wydawnictwo Fantagraphic Books. Seattle 2011.