Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Karolina Obszyńska,

ZADARA CZYTA DZIADY

A A A
„Dziady” w Teatrze Polskim we Wrocławiu to inscenizacja koronnego polskiego dramatu, po raz pierwszy zrealizowana w całości, bez cięć tekstu. Części I, II  i IV oraz wiersz „Upiór” wystawiono premierowo 15 lutego na Scenie Grzegorzewskiego, a całość, wraz z częścią III, zobaczymy dopiero w 2016 roku.

Zadara czyta „Dziady” w sposób, w jaki odczytaliby je Szekspir albo Goethe. Wiele tu magii i mnóstwo fantastyki, nie tylko symbolizowanej przez zjawy i mary. To perspektywa Gustawa sprzed lat i każdego „ginącego w niebie” Gustawa XXI wieku; to także czytanie Zosi, Józia i Rózi, księdza, ale też współczesnej młodzieży. Każdy z bohaterów jest integralną częścią dramatu i mówi własnym językiem, pozwalając tym samym rozkwitnąć całemu zespołowi Teatru Polskiego z Porczykiem, Boroń, Kiljanem, Cichym i Petrykatem na czele oraz nieustępującym im wcale dzieciom zatrudnionym na potrzeby spektaklu. To po prostu „Dziady”, jakie napisał Mickiewicz, uniwersalne, polifoniczne i ponadczasowe. Zadara udowodnił, że najgorsze, co można zrobić tak wielkim dziełom, to pociąć je na kawałki, a widzom spragnionym klasyki zaserwować ochłapy tekstu, które reżyserowi miały złożyć się w spójną interpretację. Odczytanie Michała Zadary wydaje się w pełni dostępne dla zróżnicowanej publiczności – zarówno tej, która „Dziady” zna, jak i tej, która po nie nigdy nie sięgnęła. Pozostawienie dzieła w jego wersji pierwotnej otwiera mnóstwo ścieżek porozumienia z widzem, nie narzucając mu jednej określonej interpretacji.

Do lasu z hukiem wjeżdża chór młodzieńców. Mają małego fiata, głośne radio i boją się ciemności. Zaczyna się pierwsza część, w której Anna Ilczuk jako dziewica oddaje się rozważaniom na temat istoty połączenia zakochanych. Ciemny las jest doszczętnie zaśmiecony – oto pierwszy sygnał, że reżyser nie chce zabierać widzów do czasów Mickiewicza, ale raczej pchnąć jego tekst w ramy XXI wieku. Jest to zarazem najmniej spektakularny akt; być może dlatego, że w świadomości widza ta część dramatu wydaje się najmniej znacząca. Natomiast część kolejna to spotkanie zapaleńców poszukujących w tym samym lesie śladów pozaziemskich istot. Wyrysowane sprayem pentagramy, śpiewy przy ognisku, wywoływanie duchów za pomocą metalowego krzyża – w scenie tej reżyser nie tylko posłużył się współczesną stylistyką kostiumów i nowoczesnymi technologiami, lecz także udało mu się wytworzyć nastrój swoistego dystansu. Aktorzy grają, stosując ironię, przywdziewają maski luzaków, pod którymi jednak kryje się strach przed obcymi zjawami. Całość nocnych obrzędów to wielkie show, wciągające widzów i nakazujące przyglądać się cieniom, które tylko przesuwają się po ścianach. Nie widzimy wiele, bo dziady odprawia się przecież nocą. Jest więc ciemno, środek lasu, słychać pohukiwania ptaków. Zbliżenia przestraszonych twarzy oglądamy wyłącznie na telebimach, które nasuwają skojarzenia z amerykańskim „Blair Witch Project”. Dynamiczne ruchy kamery pobudzają nerwową atmosferę, a doskonałe formy lalkowe (ruchome ptaki, baranek i motyle) potęgują wrażenie realności.  

Przewodnikiem tej zabawy, literackim Guślarzem, jest fantastyczny Mariusz Kiljan – bliski szalonemu guru, wariatowi, przewodnikowi sekty, któremu zupełnie przypadkiem udaje się osiągnąć znacznie więcej, niż się spodziewał. Zabawa wymyka się spod jego kontroli, kiedy w ciemnym lesie pojawiają się pierwsze mary: Józio i Rózia (Michał Stawiski i Julia Leszkiewicz) – dzieci, które „nie zaznały goryczy ni razu”. Dziecięce duchy przerażają, Widmo Złego Pana inscenizowane przez wymownego Edwina Petrykata jest makabryczne, a Zosia Sylwii Boroń to poirytowana duszyczka, w oryginalnej konwencji wiejskiej femme fatale. W ciemności, rozświetlanej raz po raz buchającym ogniem, pośród wrzasków, dochodzi do konfrontacji, w której żywi i martwi muszą dzielić wspólną przestrzeń. Spod pierwszej warstwy interpretacyjnej „Dziadów” wyłaniają się kolejne, tchnące popkulturą, karykaturą, w końcu autoszyderstwem.

Chatka księdza z każdej strony otoczona jest przez las – drzewa stoją w miejscu, ale dom swobodnie się obraca, potęgując wrażenie ogromu ciemnego boru. Jest to skromny, drewniany domek, o wnętrzu stylizowanym ni to na górską chatę, ni na posiadłość sprzed epok. Mickiewiczowskie „dziatki” noszą jednak kolorowe dresy, a las przestaje być miejscem magicznym, kiedy romantyczny kochanek potyka się w nim o kolejne worki ze śmieciami. Oto fantastyczny świat – sceneria ostatniej części, z popisowym numerem Bartosza Porczyka w roli Gustawa. Szczęśliwie aktor daleki jest od modelu romantycznego kochanka, tragicznego w swoim ziemskim umieraniu. To raczej filozof, świadomy mocy, która go wyniszcza, poszukujący recepty. Zdarzają mu się huśtawki nastrojów i melancholijne wtręty, ale również zamierzone żarty z ukochanej, która sugeruje mu o sobie „zapomnieć”. Porczyk brawurowo zinterpretował tekst Mickiewicza.

Nie ma w tej inscenizacji żadnej bariery językowej, romantyczne „poemata” nie drażnią, nie wydają się patetyczne, z innej epoki. A jednak ich wartość merytoryczna i silny romantyczny ładunek pozostają nietknięte. „Dziady” Zadary nie są nudną lekturą, nie trącą myszką, ale zyskują kolejne, nowe warstwy znaczeniowe. Reżyser otworzył tekst „Dziadów” na wielość możliwych reinterpretacji, oddając je w ręce widzów w postaci niemal pięciogodzinnego, imponującego show. Spektakl dostarcza rozmaitych wrażeń – od przerażenia i zaniepokojenia, po wzruszenie, śmiech, radość i współczucie. Jest przy tym niezwykle przyjemny dla oka, zaskakujący łatwością i wymownością inscenizacji, do której nie dotarli poprzedni adaptatorzy „Dziadów”. Z pewnością stanowi to również zasługę scenografii Roberta Rumasa.

Romantyczny utwór, choć mógłby być reinterpretowany nawet jako efekciarski, na poły irracjonalny i oniryczny, a na poły ironiczny, niesie wielkie przesłanie, jeśli tylko nie poszarpie się go na kawałki. Zachować treść –  od tego założenia wyszedł Zadara i to okazało się najlepszym, co teatr mógł zrobić dla tego dramatu. Cieszy mnie szacunek reżysera do wielkiej literatury, do widzów i do oczekiwań, jakie Polacy mogliby stawiać inscenizatorowi tak ważnego dla nich dzieła. Cieszy mnie także wysoka frekwencja w Teatrze Polskim podczas każdego kolejnego dnia grania spektaklu.
Adam Mickiewicz: „Dziady”. Reżyseria: Michał Zadara. Scenografia: Robert Rumas. Obsada: Bartosz Porczyk, Anna Ilczuk, Janka Woźnicka, Mariusz Kiljan, Monika Bolly, Marian Czerski, Jakub Giel, Rafał Kronenberger, Cezary Łukasiewicz, Dagmara Mrowiec, Michał Mrozek, Edwin Perykat, Wojciech Ziemiański, Marta Zięba, Jakub Giel, Bogusław Danielewski, Adam Szczyszczaj, Wiesław Cichy i in.  Premiera: 15 marca 2014, Teatr Polski, Scena im. Grzegorzewskiego.