Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Zuzanna Sokołowska,

UTAJONE OBRAZY MARY ELLEN MARK

A A A
Richard L. Gregory w książce „Eye and Brain. The Psychology of Seeing” próbuje rozwikłać zagadkę doświadczenia wzrokowego. „Pytanie do filozofów brzmi: czy możemy coś poznać, zanim to spostrzeżemy? Pytanie do psychologów brzmi: czy możemy postrzegać, zanim nauczymy się postrzegania?” (Gregory 1966: 68) – zastanawia się autor, gubiąc się w domysłach i przeczuciach. Tymczasem odpowiedzi na frapujące badacza zagadnienia może bezpośrednio udzielić fotografia, która łączy w sobie zarówno wzrokową obecność, jak i to, co pozornie ukryte, niedostrzegalne.

Beaumont Newhall wprowadził do języka fotografii pojęcie latent image – „obraz utajony”. Obraz ów to jeden z procesów powstawania fotografii tuż po naświetleniu. Reakcja ta dla ludzkiego oka jest niewidoczna, dopóki film lub papier nie zostanie zanurzony w wywoływaczu. „Obraz utajony istnieje, chociaż jeszcze go nie widzimy. Kiedy zatem wywołujemy obraz, ujawniamy jedynie to, co już zostało zapisane” (Michałowska 2007: 9) – doskonale podsumowuje ten proces Marianna Michałowska. Fotografia to praktyka umiejętności patrzenia, rejestrująca także to, co niewidoczne, tajemne. Zatem, odpowiadając na wątpliwości Gregory’ego, można stwierdzić, że istnieje możliwość poznania przed spostrzeżeniem. Granica ta mieści się właśnie w formie utajonego obrazu. Co więcej, rozszerzając znaczenie tego pojęcia, można byłoby spróbować umieścić je w kontekście obrazu niechcianego, wypartego ze świadomości.

W tę fotograficzną strategię doskonale wpisuje się Mary Ellen Mark – specjalistka od trudnych tematów, dla której tabu nie istnieje. Jej czarno-białe zdjęcia rejestrują fragmenty rzeczywistości najchętniej poddające się niepamięci i wizualnemu niedowładowi. Artystka fotografuje prostytutki, narkomanów, transwestytów, ludzi chorych i wykluczonych, z empatią rejestrując ich wizerunki. Bo Mark interesuje po prostu człowiek – nieważne, czy jest to gwiazda filmowa, dziecko czy przypadkowy przechodzień. Z nieukrywaną fascynacją i szacunkiem artystka fotografuje ludzi, którzy staną na jej drodze. Nie ukrywa się przy tym za obiektywem. Emocjonalnie angażuje się w każdą wykonaną fotografię, co sprawia, że jej prace tchną autentyzmem. Tym samym Mark buduje socjologiczny portret współczesnego świata, w którym dominuje strategia wyparcia wszystkiego, co realne. A na kształt realizmu wykreowanego przez artystkę składają się przemijanie, choroba, starość i kłujące w oczy widmo nieuchronnej śmierci.

Przygoda Mary Ellen Mark z fotografią zaczęła się bardzo wcześnie. Mając 9 lat, przyszła artystka wykonała swoje pierwsze zdjęcie kultowym już aparatem Kodak Brownie, jednakże największymi pasjami jej młodzieńczych lat stały się malarstwo, rysunek, a także aktywność fizyczna – w liceum była cheerleaderką. Dopiero w trakcie artystycznych studiów z dziedziny historii sztuki i malarstwa zorientowała się, że fotografia może stać się idealnym medium opisującym dualizm rzeczywistości, a co najważniejsze, jej największą obsesję, mianowicie: choroby psychiczne oraz wszelkiego rodzaju zaburzenia osobowości i seksualności. W ten oto sposób absolwentka University of Pennsylvania stała się jedną z najlepszych na świecie artystek w dziedzinie fotografii, niemal zawsze docenianą za swoje prace przez środowisko krytyków i widzów.

Zdjęcia Mark są czarno-białe, dalekie od nadmiernej estetyzacji. Wypełniają je przede wszystkim dzieci. W związku z tym nie sposób nie porównać jej twórczości z kadrami Diane Arbus. Nie są to wszak na pewno zdjęcia polane lukrem słodkiej niewinności. Wręcz przeciwnie, Mark traktuje swoich bohaterów jak dorosłych. „Zawsze czułam, że dzieci i młodzież nie są »dziećmi«, są po prostu małymi ludźmi. Patrzę na nich właśnie jak na małych ludzi i albo ich lubię, albo nie” (Mark 2014) – opowiada artystka. Tę „dorosłość” widać na jej czarno-białych kadrach – dzieciaki ostentacyjnie bawią się swoją seksualnością, palą papierosy i próbują znieść ból dojrzewania.

„Mali ludzie” z jej zdjęć nie uśmiechają się. Poddani trawiącym od środka emocjom, smutno, a zarazem bezczelnie spoglądają w obiektyw, próbując rozgryźć tajemnicę rodzącej się właśnie dojrzałości, z którą nie potrafią się zmierzyć. Widz bez najmniejszego skrępowania obserwuje kontrast pomiędzy delikatnością a dziwacznym rodzajem obsceniczności, która obezwładnia. Nastrój niezwykłych zdjęć artystki, rodem z powieści Jeffreya Eugenidesa „Przekleństwa niewinności”, to przeczucie zbliżającej się katastrofy, destrukcji osobowości i wszechogarniającego szaleństwa. Bez wątpienia nie można odmówić Mark niezwykłego daru obserwacji, mieszczącego się gdzieś między dokumentem a uświadomioną sztuką.

W zupełnie innym tonie utrzymane są zdjęcia transwestytów, których z upodobaniem rejestruje Mark. Z czułością i zaciekawieniem, niemającym nic wspólnego z niezdrową fascynacją, artystka kadruje dualizm języka ich ciał, czyli męskość i kobiecość. Jedną z najbardziej zapadających pamięć odbitek jest zdjęcie artystki z 1968 roku pt. „Transvestite in Her Hotel Room”. Mężczyzna w blond peruce, która narzuca skojarzenia z Marilyn Monroe, leży nagi w hotelowym łóżku. W pełnym makijażu i ze spuchniętymi ustami, opiera rękę o głowę w geście zmęczenia i rezygnacji. Artystka pokazuje intymność i płynność seksualności w jej naturalnej postaci. Mark nie krytykuje, nie ocenia, nie przypina żadnych etykietek – angażuje się cała sobą w sytuację, której jest świadkiem, usilnie wnikając poprzez fotografie w sens istnienia każdej jednostki, zwłaszcza tej, która funkcjonuje na obrzeżach społecznego życia. To właśnie na tym zdjęciu udaje się artystce uchwycić kontrasty ludzkiej osobowości, która nie powinna ulegać nadmiernej kategoryzacji, tak bliskiej wykluczeniu. „Myślę, że każdy fotograf ma swój sposób patrzenia na świat. Jest on związany z tym, jaki temat go interesuje i jak chce go pokazać. Ja po prostu pozwalam mówić ludziom poprzez moje zdjęcia” (Cymer 2014) – mówi Mary Ellen Mark.

Twórczość artystki nie ogranicza się tylko do fotografii pozornie przypadkowych ludzi. Kadruje ona także postaci ze świata filmu, muzyki, polityki i sportu. Woody Allen, trzymając czarny parasol w dłoni, daje się sfotografować na swoim balkonie na Manhattanie, Tori Amos, rozpostarta na kanapie, delikatnie uśmiecha się w stronę Mark, a Sean Penn zostaje przyłapany w przebieralni w makijażu i z niedbale zaczesanymi włosami. Są to kadry nadzwyczaj łagodne, pozbawione niepokojącego, ostrego tonu, widocznego na większości jej realizacji. Mark fotografuje gwiazdy w taki sam sposób, jak pozostałych bohaterów, nie umieszczając ich na piedestale. Z właściwymi sobie wdziękiem i empatią snuje swobodną narrację o pasji, rodzinnych więzach i przyjemności codziennego życia.

Na plakacie promującym film „Ned Kelly” (1970) pojawił się interesujący cytat: „Nie dostrajaj własnego umysłu. Usterka leży po stronie rzeczywistości”. Mary Ellen Mark obnaża tymczasem słabości ludzkiego rozumowania, a zwłaszcza spojrzenia, które wyklucza, skazuje na społeczny niebyt. Tajemnica jej niezwykłych zdjęć tkwi w prostocie i naturalności. Nadwrażliwa osobowość artystki sprzyja nawiązaniu bliskiej relacji, jaka powstaje między fotografowanymi ludźmi a jej obiektywem, przed którym odsłaniają oni najintymniejsze zakamarki własnej świadomości. Pytana o sukces swoich zdjęć odpowiada: „Najlepszą radą, jaką mogę podzielić się z młodymi fotografami, którzy zaczynają swoją karierę, jest nie tracić z oczu  własnych celów  i podążać za głosem serca” (Mark 2014). Brzmi naiwnie? Zdecydowanie nie, ponieważ bezusterkowość umysłu niemal zawsze wynika z bezwzględnej szczerości własnego sumienia.

LITERATURA:

A. Cymer: „Między portretem a socjologią zdjęcia. Mary Ellen Mark”, www.swiatobrazu.pl/miedzy-portretem-a-socjologia-zdjecia-mary-ellen-mark-11656.html.

R.L. Gregory: „Eye and Brain. The Psychology of Seeing”. London 1966.

M. Michałowska: „Obraz utajony. Szkice o fotografii i pamięci”. Kraków 2007.

M.E. Mark: www.maryellenmark.com/index.html.