Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Anna Zagórska,

O SILE ZAKLĘTEJ W LITERACKICH MINIATURACH

A A A
Siła literackiego słowa tkwi w prostocie, w sublimacji i miniaturyzacji, co udowadnia Patti Smith, autorka „Obłokobujania”, książki właśnie opublikowanej przez Wydawnictwo Czarne.  Smith przekonuje, że kondensacja słów nie oznacza wcale kondensacji, a więc ograniczenia wyobraźni. W pojedynczych zdaniach czy urwanych wypowiedzeniach drzemie gigantyczna moc, która porusza nie tylko autora, ale przede wszystkim czytelnika. Trudno wyznaczyć dukt, którym odbiorca „Obłokobujania” mógłby się – bezpieczny – przemieszczać pośród kolejnych literackich zatrzymań i zawieszeń, pomiędzy delikatnymi, a jednocześnie celnymi, spostrzeżeniami. Równie trudno wskazać jedną oś, która prowadziłaby czytelnika książki Smith. Nie ujmuje to jednak w niczym jej wartości, raczej wzmacnia i potęguje wrażenia odbiorcze.

„Obłokobujanie” to literacka miniaturka. Przed wiekami średniowieczni skrybowie oddawali się z pasją tworzeniu misternych iluminacji, obrazków i zdobień. Kunsztem detalu, nieraz trudno dostrzegalnego gołym okiem, wprawiali w zachwyt czytelników – tych sobie współczesnych, ale i tych oddalonych o dziesiątki, jeśli nie setki pokoleń. Smith podjęła wyzwanie stworzenia nowoczesnej literackiej miniatury – opartej na oszczędnym słowie i wycyzelowanych obrazach (tekstom towarzyszą fotografie). Wydaje się, temu wyzwaniu podołała. Opowiadane przez nią historie, wsparte milczącą siłą obrazu zamkniętego i zaklętego w czarno-białych odbitkach, wywiązują się – przy całej swej oszczędności – z trudnych zadań, jakie stawia się literaturze pragnącej przekroczyć przewidywalność, papierowość, sztampowość. Patti Smith tka z opowiadanych przez siebie historii misterny, ażurowy splot. Spomiędzy nici-słów przebijają promienie słońca, buzuje żar płonącego domostwa, przenika zapach łąki, nad którą płyną dostojne, królewsko-majestatyczne obłoki. Zdania – wycyzelowane, oszczędne, nieraz niemalże porwane – nie mogłyby w pełni istnieć bez tych pozaliterackich uzupełnień, bez wrażeń, zapachów, smaków, które współistnieją w „Obłokobujaniu” wraz ze słowem.

Literackie drobnostki, prozatorskie miniatury wymagają od twórcy wielkiej uwagi i szczególnej ostrożności, Barańczakowskiej chirurgicznej precyzji. Zbędność i zbytek ujawniają się w tak konstruowanych tekstach aż nazbyt wyraźnie, rażą i burzą kruchą, misterną harmonię. Próżno jednak doszukiwać się w książce Smith nadmiernego wygładzenia, semantycznie pustej delikatności. Jej proza pobrzmiewa szorstkością, odbija się echem twórczego nieładu, który – paradoksalnie – tworzy unikalny porządek „Obłokobujania”.

Książki takie jak „Obłokobujanie” są efektem uważnego przyglądania się światu i sobie samemu. Patti Smith z lekkością godną mistrzów pióra zapamiętuję słowami ulotne wrażenia, przebłyski, poszumy, powidoki. Za pomocą lekkiej frazy – choć lekkość to jedynie pozorna, bo drzemie w tym sposobie wysłowienia siła i ciężar mowy istotnej, ważnej, znaczącej – autorka „Obłokobujania” zbiera cienie, smaki i zapachy, przekuwając je w słowa, czerniąc nimi papier najwyższej gatunkowo literatury.

To opowieść o sobie, o najbliższych, o prywatnych doświadczeniach stawania się pełniejszą istotą ludzką – bardziej doświadczoną, zaznajomioną z rządzącymi światem prawami, ale wciąż się temu światu dziwiącą. Oto intymny dziennik otwierający krajobrazy tajemniczego interioru, ale i opisujący elementy świata zewnętrznego. Smith nie porusza jednak spraw oczywistych, nie odnosi się do – strywializowanych i zbanalizowanych – wydarzeń, raczej poszukuje wielkiej wagi w małych sprawach. Z umiejętnościami rzetelnego rzemieślnika słowa nadaje osobisty wymiar światu, któremu przygląda się z taką uwagą od dziesięcioleci. Mimo dojrzałej perspektywy, o której Smith rzetelnie informuje czytelnika już we wprowadzeniu, pozostało w niej sporo z dziecięcego zdziwienia, z młodzieńczego entuzjazmu i otwartości, które tak łatwo utracić wraz z przybraniem niewdzięcznej maski dorosłości.

Z tego nieustannego zdziwienia światem – na poły dorosłego, na poły nurzanego wciąż w jakiejś adolescencji interioru, fascynującej, immanentnej niedojrzałości – rodzi się płynna, klarowna, przejrzysta fraza. Dykcja prozy Smith ma w sobie wiele ze smaków najczystszej poezji. Jej słowa nie tylko opisują, opowiadają i streszczają. Jej słowa urokliwie metaforyzują naszą prostą, szarą, przaśną codzienność. Sprowadzają powszedniość dorosłości na powrót do fascynujących krajobrazów dziecięcej wyobraźni. W jednym z rozdziałów-miniaturek Smith pisze: „Oczarowane codziennością dziecko bez trudu wkracza w świat dziwów (…). Podpatruje, gromadzi informacje, po czym zszywa z ich kawałków pofałdowaną kołdrę prawd – dzikich i barbarzyńskich, właściwie nie mających nic wspólnego z prawdą. Okrutna nagłość tych zdarzeń może dać w efekcie coś pięknego, chociaż często jest to tylko rozdarcie migotliwości, przez które można się wyrwać i wykręcić na zewnątrz” (s. 25).

Książka Smith jest właśnie taką literacką próbą ponownego wkroczenia w rejestry dziecięcego zdziwienia, nadającego sens oraz nieskończone znaczenia sprawom przez dorosłych banalizowanym, trywializowanym, a nawet z obojętnością ignorowanym. „Obłokobujanie” zaprasza do współudziału i współodczuwania owego „rozdarcia migotliwości”, które uwrażliwia na piękno oraz niepowtarzalność pozornie błahych przeżyć, niepozornych skrawków przeszłości zapamiętywanych latami. Smith zdaje się płynąć nad ponurą ziemską powierzchnią. Unosić się, wzbijać ponad gnuśność świata siłą własnej imaginacji i marzeń. Napędzana wizją obłokobujaczy-wełnozbieraczy (niech tajemnicą pozostanie ta fraza, jej odkrycie to jedna z wielu czytelniczych przyjemności, która pojawia się w trakcie lektury) za pomocą słów porządkuje i kataloguje pojedyncze urywki, strzępy i fragmenty otaczającej ją rzeczywistości. Sięga w przeszłość, bada teraźniejszość, dotykiem słów egzaminuje pofałdowanie powłok czasoprzestrzennych. Przygląda się przestrzeni, skrupulatnie opisuje przepływ czasu, by dzielić się z czytelnikiem siłą płynącą z prostoty refleksyjnej obserwacji: „Z tego wszystkiego powstaje obłok. Dlatego niebo przypomina komedię ludzką. Burzliwą promenadę. Przyciąga leniwe oko. Znużonych uspokaja grą ruchów, które zapowiadają nadejście ludzi cichych i prostodusznych” (s. 28).

Znużenie, sen, apatia to jednak tylko złudzenia. Oko Smith rzadko bywa leniwe. Wydaje się, że kolejne frazy są raczej efektem epistemologicznej zachłanności, nieustannego rozedrgania, nieokiełznanej potrzeby dochodzenia do sedna rzeczy, nawet jeśli są to kwestie najprostsze, najbanalniejsze.

O „Obłokobujaniu” pisano, że to obraz namalowany słowami, ale i liryczny punk rock bez autocenzury. W maleńkiej objętościowo książeczce, inkrustowanej czarno-białymi fotografiami, przetykanej wyrazistym splotem krótkich szkiców, notatek, zapisków, Smith pomieściła wiele z bogactwa świata. Zamknęła w słowach niewyrażalność otaczającej nas rzeczywistości i uczyniła to z mocą, która nie pozwala na zamknięcie i odłożenie „Obłokobujania” przed finalnym zdaniem. Smith w skierowanym do czytelnika tekście otwierającym wspomniała: „Ktoś zapytał kiedyś, czy byłabym skłonna uznać »Obłokobujanie« za bajkę. Zawsze uwielbiałam i nadal uwielbiam bajki, obawiam się jednak, że ta książeczka do nich nie należy. Wszystko w niej jest autentyczne i całkowicie zgodne z prawdą. Praca nad nią wyrwała mnie z dziwnej apatii, żywię zatem nadzieję, że »Obłokobujanie« choć do pewnego stopnia napełni także czytelnika podobnie nieokreśloną, niecodzienną radością” (s. 11-12).

W nadziei żywionej przez Smith nie ma ani cienia przesady.
Patti Smith: „Obłokobujanie”. Przeł. Maciej Świerkocki. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014.

"artPapier" objął nad książką Patti Smith patronat medialny.