Wydanie bieżące

1 marca 5 (245) / 2014

Olga Knapek,

MONOTONNE PRZYŚPIEWKI JONES I ARMSTRONGA

A A A
Płyta Alisson Kraus i Roberta Planta sprzed lat („Raising Sand”) była perełką dla koneserów wszelakich brzmień. Fani Krauss sycili się dźwiękami country, pogłosem południowych historii opowiedzianych w gitarowych narracjach. Wielbiciele Planta mogli cieszyć się restytucją wielkiego brzmienia, jego specyficznych aranżacji i przede wszystkim swobody wokalu. Duety, jakże wówczas modne, sprzedawały się świetnie. Ten opowiadał dodatkowo historie miłosne, radosne, smutne i tragiczne. Nie śpiewali tam o ckliwych romansach, ale o „prawdziwym życiu”, jak to na południu bywa. Długo później nie było na rynku podobnej płyty.

Dopiero zeszłoroczna kolaboracja Norah Jones z Billie Joe Armstrongiem przyniosła podobne efekty. Podobnie kontrastowe zestawienie, co w poprzednim duecie. Norah słynąca ze spokojnych ballad opowiadanych nieco przygaszonym, dziewczęcym wokalem w lekkich aranżacjach weszła nagle w muzyczny mariaż z wokalistą grupy Green Day. Armstrong do tej pory niewiele miał wspólnego ze spokojnym, biesiadnym muzykowaniem. Ich wspólny album „Foreverly” brzmi niczym wspomnienie z letnich, karnawałowych nocy na południu. Nie ma tam szalonych przebojów country, a jedynie nostalgiczne ballady, których osią są stare teksty w nowych interpretacjach. Płyta w zasadzie jest jedynie renowacją albumu z 1958 roku „Songs Our Daddy Taught Us” w wykonaniu The Everly Brothers. Czy takie odgrzewanie starych pieśniczek wyszło dwójce artystów na dobre? Momentami brakuje na płycie tempa. Po kolejnym, smętnym kawałku o matce całującej swoje dzieci na dobranoc, utrzymanym w rytmie wolno sunącego pociągu elektrycznego w dziecięcej bawialni („Lightning Express”) – nabiera się ochoty na mocne przyspieszenie. Takie zaś nie następuje i płyta dalej kręci się nad wyraz powoli. Monotonia kompozycji (choć dobrych) jest zbyt przytłaczająca, by całego albumu wysłuchać w całości. Szybsze kawałki („Silver Haired Daddy of Mine”) nadal nie są dziarskimi przyśpiewkami, których można oczekiwać po takiej kompilacji country.

W efekcie „Foreverly” w istocie jest takim zbiorem utworów, które przypominają smętne, ojcowskie opowieści. Czasem nawet biadolenie wujostwa na rauszu po średniej jakości potańcówce. Wbrew pozorom – nie jest to aż taka wada tego albumu. Jones i Armstrong dobrze trzymają się obranej konwencji i swoje przedstawienie grają po mistrzowsku od początku do końca. Śpiewają wprost idealnie – dwie linie melodyjne są świetnie zsynchronizowane. Co ciekawe, to Armstrong jest tu bardziej liryczny i jednostajny, podczas gdy dziewczęce zawirowania Jones dodają ciekawej pikanterii opowiadanym historiom. Zwłaszcza w utworze „Down in the Willow Garden” realizują charakterystyczny scenariusz historii o miłości i morderstwie, którą świetnie znamy z duetu Nick’a Cave’a i Kylie Minoque. Zamiast dzikich róż mamy tu typową dla aranżacji country wierzbę. Wcześniej wspomniana Alisson Krauss również śpiewała o podobnym wydarzeniu, które swój finał miało właśnie w ciężkiej i mokrej ziemi oplatającej wierzbowe konary („Bury Me Beneath the Weeping Willow Tree”). Ten i wiele innych utworów, jak to na południu bywa – wykonany został w dramatycznej, duetowej synchronizacji. Między innymi właśnie dlatego tak zbieżne wydają się te dwie płyty – Krauss i Planta „Raising Sand” oraz Jones i Armstronga „Foreverly”. Obie kultywują te same toposy, ciągną te same motywy, wyśpiewują w ten sam sposób, że są autorstwa gwiazd wielkiego formatu, które mogą pozwolić sobie na każdą niemal konwencję.

Z jednej strony mamy zatem smętne wspominki w monotonnych rytmach, z drugiej świetnie odegrane schematy, których przyjemnie się słucha. By nie utknąć w niezdecydowaniu czy płyta zwyczajnie „jest fajna” najlepiej słuchać jej z przerwami, w domu. Zdecydowanie nie zabierać jej jako podkładu muzycznego do długich podróży samochodem.
Armstrong Billie Joe, Jones Norah: "Foreverly" [Warner Music Poland, 2013].