Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (247) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

HAWKING W SKORUPCE ORZECHA

A A A
Zakładam, że Czytelnicy rozpoznali aluzję do tytułu książki słynnego kosmologa wydanej w Polsce jako „Wszechświat w skorupce orzecha” (kontynuacji bestsellerowej „Krótkiej historii czasu”) – tytułu nawiązującego do Wielkiego Wybuchu, a zarazem obrazującego syntetyczny charakter owej niespełna 100-stronicowej pozycji. Niewiele obszerniejsza okazuje się, nomen omen, „Moja krótka historia”, czyli gorąco wyczekiwana autobiografia genialnego naukowca. Gdy wreszcie ukazała się na naszym rynku, niejednemu sprawiła zawód; natrafiłam wręcz na pretensje recenzenta, zdaniem którego telegraficzny styl, kojarzący się z notką w Wikipedii (?), nie konweniuje z tak bogatym życiorysem, szczególnie że chodzi o dzieło „bądź co bądź literackie” (notabene, słowa te potwierdzają pełną nobilitację gatunków niegdyś nazywanych paraliterackimi). Oczekującym po „prywatnym” Hawkingu epickiego rozmachu wypadałoby przypomnieć, że autor – od wielu lat niemal kompletnie sparaliżowany – może komunikować się jedynie za pomocą programu komputerowego sterowanego ruchami policzka i generować wypowiedzi w tempie, jak sam wyjaśnia, trzech słów na minutę. Tym bardziej należy docenić ów wysiłek ogarnięcia własnego życia, który staje się pracą zdecydowanie żmudniejszą niż normalna „praca pamięci”.

Czy dowiadujemy się o życiu eminentnego astrofizyka czegoś nadzwyczajnego? Rozczarują się spragnieni sekretów, sensacyjnych wyznań à la celebrities; istotnie, Hawking zawładnął masową świadomością niczym ikona popkultury (o czym świadczy chociażby występ w „The Simpsons”), lecz przede wszystkim należy do garstki koryfeuszy ludzkości nie zapoznanych, ale za życia otoczonych nimbem sławy, co tłumaczy bez zadęcia i z dystansem: „Częściowo wynika to stąd, że naukowcy, poza Einsteinem, nie osiągają popularności gwiazd rocka, a częściowo stąd, że pasuję do stereotypu niepełnosprawnego geniusza” (s. 140). Ów analityk kosmicznych „osobliwości” sam stanowi pewnego rodzaju osobliwość, będąc równocześnie wybitną umysłowością i nietuzinkową postacią. Wiedząc, iż po książkę niewątpliwie sięgną czytelnicy już o nim słyszący i jego osobą zaciekawieni, nie stara się o chwytliwy wstęp jako zapowiedź atrakcyjności dalszej treści, rozpoczyna tradycyjną genealogią. Nic dziwnego, że w toku lektury niektórych może zrazić ostateczne rozłożenie akcentów.

Z jednej strony więcej pisze Hawking o chłopięcej fascynacji kolejkami elektrycznymi niż o pewnych doniosłych wydarzeniach z dorosłego życia (choć już te dziecięce zainteresowania interpretuje przez pryzmat późniejszych dociekań badawczych), z drugiej wszakże niekiedy „Moja krótka historia” sprawia wrażenie kolejnego popularnonaukowego wykładu, z których zasłynął autor. Podróże – mimo unieruchomienia na wózku – oraz spotkania ze światowymi przywódcami, niecodzienne doświadczenia typu lot w stanie nieważkości czy relacjonowanie igrzysk paraolimpijskich w Londynie traktuje lakonicznie (acz to skondensowane wyliczenie ma siłę wyrazu), natomiast rozwodzi się (jeżeli o tak skrótowym ujęciu można w ten sposób powiedzieć) o swoich teoriach. Staje się to jednak usprawiedliwione, kiedy zrozumiemy jego postawę, przekonanie, że zaszczyty są zaledwie pochodną tego, co rzeczywiście ważne, czyli poznawania wszechświata, jego praw najbardziej elementarnych. Aczkolwiek w szkolę fizykę Hawking uważał za nudną, bo… „łatwą i oczywistą” (!), niemniej to ona wespół z astronomią „dawały nadzieję na zrozumienie tego, skąd się wzięliśmy i dlaczego tu jesteśmy” (s. 36). Ma poczucie, iż w ciągu jego życia (i z jego udziałem) sporo posunęło się naprzód, toteż pragnie podzielić się z innymi ekscytacją postępem wiedzy i zaintrygowaniem zagadkami kosmosu. Takie proporcje treści stosuje świadomie, zauważając rozczarowanie części odbiorców nawet „Krótką historią czasu”, po której spodziewali się oni opisów zmagań z chorobą. Co prawda w autobiografii niemało miejsca poświęca np. kłopotom mieszkaniowym oraz nieobcym mu od dzieciństwa przeprowadzkom, wspomina o dramatycznych okolicznościach młodzieńczej wyprawy na Bliski Wschód czy funkcji sternika w studenckim klubie wioślarskim, generalnie jednak możemy tu mówić o autobiografii intelektualnej, résumé jego poszukiwań i dokonań naukowych, z którymi życie autora ściśle się splata. Zwłaszcza że innego rodzaju aktywność jest w jego wypadku mocno ograniczona.

Niezwykłość Hawkinga bierze się wszak stąd, że stanowi żywą ilustrację rozdźwięku między ciałem a umysłem – zdiagnozowana u 21-latka choroba prowadziła do stopniowego zaniku kontroli mięśni oraz skazała naukowca na wózek inwalidzki, ratująca zaś życie tracheotomia całkowicie pozbawiła go mowy, ale nie ponadprzeciętnej myśli; można stwierdzić, że tylko jego umysł pozostał wolny. Astrofizyk nie zamierzał skapitulować i dać się sprowadzić do roli dożywotniego pacjenta, dzięki uporowi i optymizmowi pokazując, jak zachować godność pomimo wszystko. Dlatego też o chorobie mówi beznamiętnie i zdawkowo (acz dosadnie: w trakcie pierwszego pobytu w szpitalu przez dwa tygodnie „poddawano mnie najróżniejszym torturom”), rozpisując się o tym, co go zajmuje. Bynajmniej rozdzialiki „kosmologiczne” nie są nudne – Hawking rozważa m.in. szanse podróżowania w czasie – choć wielu zainteresują bardziej kulisy powstania i wydania kultowej „Krótkiej historii…”, wobec których wykazuje on dużo właściwej sobie rezerwy, wyznając np.: „Pochlebiło mi porównanie mojej książki do »Zen i sztuki oporządzania motocykla«”. Wbrew pozorom słowa te zawierają nie tylko ironię, gdyż dalej wyjaśnia: „Mam nadzieję, że tak jak »Zen…« daje ona czytelnikom poczucie, że nie muszą być odcięci od wielkich pytań intelektualnych i filozoficznych” (s. 114). Małego Stephena ciągnęło do rówieśników ze środowisk nieinteligenckich, stąd może ta zdolność do wykraczania poza hermetyczny dyskurs fizyki oraz przystępnego wykładania abstrakcyjnych zagadnień.

Ponieważ Hawking na rzecz tego, co abstrakcyjne, nie utracił wyczucia tego, co atrakcyjne, w jego autobiografii znajdziemy zabawne wtręty z dozą autoironii, np. w związku z faktem, iż nigdy nie przepadał za tzw. królową nauk, pisze: „Prowadziłem kiedyś zajęcia ze studentami w Cambridge i sam wyprzedzałem ich w matematyce tylko o tydzień kursu” (s. 35). A choć pojawia się parę przytyków pod adresem rodzinnego kraju („Anglicy nigdy się do żadnych intelektualistów nie przyznawali”), stosunków w Oksfordzie i Cambridge, konserwatywnego brytyjskiego systemu edukacji segregującego i selekcjonującego uczniów, to wszak przejawia momentami iście angielski humor; natomiast już jego indywidualną cechą jest inklinacja do dziwacznych zakładów z innymi naukowcami. Przy okazji opisu środowiska naukowego (tu także akcent warszawski) odsłania autor panujące w nim relacje: gwoli przykładu, gdy jeszcze jako doktorant w połowie lat 60. na bazie obliczeń zakwestionował publicznie pewną nową teorię grawitacji, „Hoyle był wściekły. Próbował założyć własny instytut i groził, że jeśli nie dostanie pieniędzy, wyjedzie do Ameryki, przeprowadzającej akcję »drenażu mózgów«. Myślał, że ktoś mnie podpuścił, żebym pokrzyżował mu plany. Dostał jednak instytut, a później mnie w nim zatrudnił, więc najwyraźniej nie żywił do mnie urazy” (s. 54).

Szkicowy ten życiorys – w którym myśl niczym reflektor wybiórczo uwypukla zdarzenia – zostaje przeto okraszony anegdotami i odnosimy wrażenie, iż Hawking puszcza do nas oko, co skądinąd jest jednym z ostatnich ruchów, które może jeszcze wykonać… Ponoć rozmowa z nim bez komputera wygląda obecnie właśnie w ten sposób, że podniesienie brwi oznacza „tak”, a opadnięcie ust – „nie”. Wziąwszy pod uwagę ową trudną do wyobrażenia sytuację, można wybaczyć brak rozlewności oraz fakt, że pewne fragmenty książki powtarzają się we wcześniejszych publikacjach astrofizyka. Wzbogacają zaś wydawnictwo rozliczne fotografie obrazujące różne okresy i obszary jego życia, a podpisane w pierwszej osobie, dzięki czemu można doświadczyć intymnego kontaktu z autorem, który jakby pokazuje rodzinne albumy. Notabene, na temat życia prywatnego mówi względnie sporo, ciepło wyrażając się o obydwu żonach, które opiekowały się nim i niejednokrotnie ratowały mu życie. Czytelnicy mimo to czujący niedosyt powinni wiedzieć, że na szczęście Jane Hawking napisała w 1999 r. książkę dotyczącą ich długoletniego związku, ale co ważniejsze, tuż przed autobiografią kosmologa opublikowano w Polsce także biografię Kitty Ferguson „Krótka historia Stephena Hawkinga” – wbrew tytułowi 400-stronicowy, acz porywający tom, uzupełniający i poszerzający kwestie, które mniej więcej równolegle naukowiec zawarł we wspomnieniach, zarówno jeśli chodzi o sprawy osobiste (np. oddanie głosu samej Jane tłumaczącej, czemu zdecydowała się poślubić niepełnosprawnego chłopaka niezapowiadającego się na światowej sławy fizyka i poświęcić trosce o niego), jak i o teorie Hawkinga oraz jego medialną karierę, a monografia ta okazuje się bardziej nasycona ciekawostkami i barwniejsza.

Czy zatem na tle owej biografii autobiografia wypada blado i warta byłaby polecenia jedynie koneserom gatunku? Otóż w książce Ferguson powściągliwość wspomnień Hawkinga zyskuje uzasadnienie: podobnie jak od początku walczył on z chorobą, tak i na starość nie chce się nad sobą roztkliwiać ani chwalić. „Człowiek, którego powierzchowność szokuje i wywołuje współczucie, z radością zabiera nas w podróż do miejsc, gdzie powinny znajdować się granice czasu i przestrzeni… Tylko że tych granic tam nie ma” – konstatuje autorka, a nasuwa się myśl, że dla jej bohatera one również nie istnieją. Rzecz jasna, daje to pozytywny bodziec niepełnosprawnym, chociaż trzeba pamiętać, iż wiele możliwości (np. komentowanie w TV paraolimpiady) otwarła przed Hawkingiem sława (popularno)naukowa; tym bardziej jednak jego dokonania winny zawstydzać zdrowych. A przecież i on doznał załamania, usłyszawszy, że zapewne nie dożyje ukończenia doktoratu, niemniej w ostatecznym rozrachunku choroba stała się swego rodzaju błogosławionym przekleństwem, „Moja krótka historia” odkrywa zaś, co pozwoliło mu przezwyciężyć kryzys i jak czerpać zadowolenie z obranej drogi, może być więc pozycją inspirującą, choć do przeczytania w parę chwil.

Nie dajmy się wszakże zwieść pozorom – warto przeczytać ją wnikliwie. Jak twierdzi córka astrofizyka (skądinąd pisarka), oprócz przechowywania w głowie nieprawdopodobnej ilości informacji jej ojciec posiada też zdolność „dostrzegania istotnych szczegółów i wygłaszania zwięzłych uwag, które potrafią całkowicie odmienić twój sposób myślenia”. Jego wypowiedzi okazują się przeto równie celne, co cenne, a lapidarność nie wyczerpuje sensu zastosowanej przeze mnie w tytule metafory. Oto w „Jądrze ciemności” Conrada czytamy: „Opowiadania marynarzy odznaczają się prostą bezpośredniością i cały ich sens pomieściłby się w pękniętej łupinie orzecha. Lecz (…) według niego [Marlowa] sens jakiegoś epizodu nie tkwił w środku jak pestka, lecz otaczał z zewnątrz opowieść, która tylko rzucała nań światło – jak blask oświetla opary – na wzór mglistych aureoli widzialnych czasem przy widmowym oświetleniu księżyca”. Podobnie sens „Mojej krótkiej historii” wydaje się nie tyle zamknięty w jej środku, ile otaczający tę opowieść, a chociaż sam Hawking sprawia wrażenie zamkniętego w swym bezwładnym ciele niby w skorupce orzecha, to przecież myślą sięga widmowych „przesłań” płynących ku nam z kosmosu.

Tak jak czytelnicy chcieliby dowiedzieć się o nim jeszcze wielu rzeczy, tak też on utrzymuje, że nadal wielu rzeczy chciałby się dowiedzieć, jeśli chodzi o tajemnice uniwersum. Niedawno przyznał, iż jego najbardziej znana teoria czarnych dziur jest nie do przyjęcia w dawnej wersji i należy ją zrewidować; chodzi zasadniczo (na mój humanistyczny rozum) o pytanie, czy jakakolwiek informacja może umknąć z tzw. horyzontu zdarzeń, czyli uniknąć całkowitego wchłonięcia przez czarne dziury. Sam bez wątpienia ten horyzont anihilacji pokonał, czego dowodem „Moja krótka historia”. Pomimo świadomości ludzkich ograniczeń jest Hawking optymistą nieustającym w poszukiwaniu „Teorii Wszystkiego”, a jego autobiografię bardziej niż do literatury dokumentu osobistego dałoby się zaliczyć do beletrystyki o tyle, że traktuje przede wszystkim o wyobraźni, będącej wszak głównym komponentem tej drugiej. Bo też owa książka mogłaby rozpoczynać się tak, jak rozpoczął autor jeden ze swoich wykładów: „Nazywam się Stephen Hawking: jestem fizykiem, kosmologiem i, po trosze, marzycielem”.
Stephen Hawking: „Moja krótka historia”. Tłum. Agnieszka Sobolewska. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2013.