Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (247) / 2014

Krzysztof Grudnik,

PRZEKLEŃSTWO POCHODZENIA

A A A
Poprzedni album Miyaviego zatytułowany został „Samurai Sessions”. Sam artysta mówi o sobie, jako o „samurajskim gitarzyście” (samurai guitarist). Mam świadomość metaforyczności tego określenia, jednak spróbujmy na chwilę wziąć je dosłownie. Otóż w brutalnym świecie feudalizmu, Miyavi nie mógłby zostać samurajem, z tego samego powodu, z jakiego Masutatsu Oyama nie mógł zostać kamikaze w czasach II wojny światowej: pochodzenia. Choć matka Miyaviego jest Japonką, to jego ojcem jest Koreańczyk. Tradycja uniemożliwiłaby gitarzyście zostanie cesarskim gwardzistą.

Piszę o tym dlatego, że to, co stałoby na przeszkodzie Miyaviego do daisho, stanęło również na jego drodze zachodniego artysty. Wielkim gestem ze strony Miyaviego była rezygnacja z jedynie wschodnich estrad. Tamtejszy rynek muzyczny jest bardzo lukratywny. Odejście od visual kei'owego zespołu Dué le quartz i kolejne lata muzycznej i scenicznej przemiany były posunięciem niezwykle śmiałym, projektem bardzo odważnym, ale – niestety – skazanym na porażkę.

Nad Miyavim ciąży fatum pochodzenia. O ile Natalii Kukulskiej udało się zaistnieć przez chwilę w popowym świecie, o tyle Shazza nie zrobiłaby kariery na jazzowej scenie. Miyaviemu zaś bliżej do Shazzy. To krzywdzące porównanie jest mimo wszystko zasadne. Choć japoński artysta nie nosi już fryzur godnych Violetty Villas i makijażu, który zawstydziłby Marilyna Mansona, to jego grupa docelowa niewiele się, niestety, zmieniła.

Powiedzmy to jasno: Miyavi jest wspaniałym muzykiem. Przeszedł długą drogę, w trakcie której odnalazł swój unikalny styl. Połączył japońską tradycję muzyczną z zachodnim stylem grania na gitarze. Jego technika, polegająca między innymi na ograniczeniu piórkowania na rzecz klangu (slappingu, techniki polegającej na uderzaniu w struny kciukiem, używanej zwykle przy grze na gitarze basowej) i jednoczesnym wykorzystywaniu pudła gitary dla wydobycia dźwięków perkusyjnych, jest unikalna i zachwycająca. W połączeniu z żywiołowym temperamentem artysty tworzy istny wulkan energii o dużym potencjale scenicznym... który zostaje zupełnie niedoceniony przez publikę.

Sala krakowskiego klubu Studio wypełniona była po brzegi. Kolejka przed wejściem do klubu była imponująca. Jej przyczyna – mniej. Zgodnie z zasadami Studia, osoby niepełnoletnie musiały przedstawić odpowiednią zgodę prawnych opiekunów do udziału w imprezie. A wśród publiczności grupa osób nie mogących wylegitymować się dowodem przeważała. Młode fanki Miyaviego nie mogły się doczekać ujrzenia swego idola. Ujrzenia właśnie, bo usłyszenie przeszło gdzieś na dalszy plan. Dla tych młodych odbiorców sztuka okazała się dalece mniej ważna, niż artysta. Piskom, krzykom i tupotom nie było końca. Każda przerwa między utworami była gehenną. To pół biedy, bardziej rozczarowujące było zachowanie takiej publiczności w trakcie kolejnych numerów. Każda partia solowa stanowiła pretekst do krzyków jeszcze głośniejszych, do pisków jeszcze przenikliwszych. Ubóstwienie azjatyckiego gitarzysty szło w parze z totalnym brakiem szacunku dla muzyki.

Miyavi nie był tu bez winy. Choć niejednokrotnie apelował do publiczności o „wczucie się w muzykę”, to jednocześnie opisana reakcja fanek sprawiała mu wyraźną przyjemność. Do tego przecież przyzwyczaiły go dalekowschodnie sceny. Toteż przerwy pomiędzy utworami przeciągały się. Miyavi wygłaszał komunały (fanki krzyczą), próbował powiedzieć kilka słów po polsku (fanki wrzeszczą). Czas, który mijał w przerwach między jednym a drugim kawałkiem wystarczyłby na połowę drugiego koncertu. Atmosfera była ciężka, przyjemność płynąca z doświadczania muzyki – drogo okupiona.

Wszystkie ostatnie eksperymenty gatunkowe Miyaviego (inspiracje bluesem, popem, hip-hopem), jego imponujący warsztat i urzekająca technika na niewiele się zdały w koncertowym boju. Myślę, że przegrał z własnymi fankami, które momentami rzeczywiście zagłuszały swojego idola. Nie mogąc (z racji braku kompetencji ale i fizycznej zdolności) usłyszeć bogactwa jego aranżacji, postanowiły je zignorować. Jestem przekonany, że gdyby Miyavi zaczął grać cokolwiek, bez ładu i składu, ale – na przykład – pozbył się koszuli, fanki wychodziłyby ze Studia jeszcze bardziej rozanielone. Skłania to do smutnej refleksji, że skoro Miyavi nie może uwolnić się od wschodniej, j-rockowej (czy nawet j-popowej) kultury koncertowej, to sympatykom jego muzyki pozostają tylko płyty.

Miyavi. Klub Studio, Kraków, 23 marca 2014.