ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (247) / 2014

Piotr Gorliński-Kucik,

DOJRZAŁOŚĆ SATANISTY

A A A
Kiedy w drugiej połowie roku 2010 Adam Nergal Darski przebywał w szpitalu lecząc białaczkę, mówiło się, że w obliczu rychłej i nieuchronnej śmierci czyta Biblię, i bliski jest nawrócenia. W każdej plotce jest ziarnko prawdy. Lider Behemoth faktycznie studiował Pismo, ale daleki był (i jest) od powrotu na łono Kościoła. Wręcz przeciwnie. Nergal wciąż bluźni i ma się świetnie. Na początku lutego ukazał się dziesiąty, studyjny album black metalowego zespołu „The Satanist”. Tytuł ma sugerować, że płyta jest artystyczną i światopoglądową kwintesencją postawy jego twórców.

Twórczość Behemoth można podzielić na trzy okresy. Kilka pierwszych płyt bardzo mocno nawiązywało do stylistyki black metalu. Następnie zespół zwrócił się w stronę szybkiego, precyzyjnego, technicznego death metalu („Thelema.6”, „Zos Kia Cultus”). Ostatnie trzy płyty („Demigod”, „The Apostasy” i „Evangelion”) zaprowadziły pomorską formację na szczyty i zbliżyły do „mainstreamu”, także dzięki ogromnej liczbie spektakularnych koncertów oraz flirtu Nergala z mediami. Z jednej strony wciąż technicznie doskonałe, dopracowane pod względem brzmienia w każdym szczególe, a z drugiej strony niezwykle oryginalne i przestrzenne, z intrygującymi kompozycjami i ciekawymi pomysłami (obecność chóru, gitary akustycznej, klawiszy samego Leszka Możdżera). Jednak stylistyka ta ma swoje granice: jest pewien pułap, powyżej który wyjście jest albo niemożliwe, albo bezcelowe. Można było jeszcze wyprodukować ze dwa, lub trzy podobne albumy, ale to z kolei nie leży w charakterze Behemoth. Ich właściwością jest ciągła zmiana i ciągłe poszukiwania.

Być może na zmianę wpłynął też długi czas oczekiwania na płytę (od wydania „Evangelion” do wydania „The Satanist” upłynęło pięć długich lat) oraz – co tu kryć – poważne doświadczenia życiowe, zwłaszcza Nergala. Zapowiadali powrót, i w ten powrót (już po wyzdrowieniu lidera) nikt nie wątpił. Ale powrócić należało z czymś szczególnym, z czymś nowym, innym. I to się udało.

Jaki jest „The Satanist”? Na tak zadane pytanie odpowiedzieć jest niezwykle trudno. Jest to na pewno płyta niezwykle dojrzała i... naturalna. Mniej na niej ścigania się, mocy, prężenia muskułów. Ale właśnie dzięki temu brzmi jeszcze bardziej bezkompromisowo, bo zespół mógł być sobą, nie musiał nic udowadniać. Nagrywanie dziesiątego studyjnego albumu upoważnia do wsłuchania się w siebie, do zdania się na swoje doświadczenie, na eksperymenty. W wywiadach członkowie formacji podkreślali, że w trakcie sesji dawali popłynąć swoim emocjom, instynktowi, dzięki czemu krążek stał się bardziej ludzki (co absolutnie nie przekreśla doskonałej gry oraz świetnej produkcji).

Wszystko to sprawia, że „The Satanist” jest bardzo intensywny na swój szczególny sposób. Riffy bywają wolniejsze, bardziej sugestywne, a przez to mroczne. Czuć na płycie black, death i nawet (zaryzykuję) elementy doom metalu. Solówki płyną, melodie zapadają w pamięć, ale wokal Nergala jest wciąż potężny (choć, jak się zdaję, więcej w nim recytacji, a mniej growlu, przez co teksty są łatwiejsze do zrozumienia niż na poprzednich płytach).

Uwagę zwraca pierwszy singiel, „Blow Your Trumpets Gabriel”, drugi utwór „Furor Divinus”, a także „In the Absence of Light”. Najciekawszą i najdłuższą kompozycją jest „O Father O Satan O Sun!” (choć chyba nie lepszą od „Lucyfera” z „Evangelion”).

Uwaga należy się także tekstom oraz całej „intelektualnej” oprawie albumu. Nergal, jak już wspomniałem, poświęcał się studiowaniu Biblii, ba! jawi się na „The Satanist” jako biblista-amator. Każdy z utworów opatrzony jest cytatem z Pisma. Całej płycie zaś patronuje motto z Izajasza (45,7; tu za Biblią Tysiąclecia): „Ja czynię światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko”. To zasadnicza wymowa całej płyty: Bóg jest twórcą Złego i Dobrego, to on zsyła na nas to wszystko, z czym mamy do czynienia. Sporo w tekstach rozważań na temat Sprawiedliwości, pojawiają się obrazy nasiąknięte apokaliptycznymi wizjami, podmiot tekstów jest zarówno profetą i Szatanem. Nawiązania sięgają tak do Starego jak i Nowego Testamentu. Od zawsze Behemoth mówił o Szatanie, Bogu, chrześcijaństwie, ale często przez pryzmat jakiegoś dyskursu: Historii („Christians to the Lions”, „Chwała mordercom Wojciecha”), systemu Aleistera Crowleya („Thelema.6”) czy Austina Osmana Spare'a („Zos Kia Cultus”). Na „The Satanist” sięgnął do dyskursu najbardziej pierwotnego dla tej tematyki – do Biblii. Innymi słowy: to najbardziej biblijna płyta Behemoth, pełna re- i kontr-interpretacji, specjalnie prowokujących i wyzywających, zmuszających do myślenia i polemiki. A wszystko to podszyte jest buntem, nagłym gestem sprzeciwu, „Veto” (bo czyż Szatan nie był pierwszym buntownikiem?), wezwaniem do kreacyjnego szału, „Furor divinus”: „Raise the dagger Abraham / And slit the throat ov thy only son / Reverse the history ov man / Fuck and reset the world” – co by się stało, gdyby ojciec Izaaka zrobił „inaczej”? By przyjrzeć się tym tekstom z taką uwagą, na jaką zasługują, należałoby poświęcić na to znacznie więcej miejsca.

Warto wspomnieć jeszcze o wykorzystanych przez Nergala fragmentach z Gombrowicza: „Odrzucam wszelki ład, wszelką ideę/ Nie ufam żadnej abstrakcji, doktrynie/ Nie wierzę ani w Boga, ani w Rozum!/ Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka!/ Niech będzie, jak ja, mętny, niedojrzały/ Nieukończony, ciemny i niejasny/ Abym z nim tańczył! Bawił się z nim! Z nim walczył/ Przed nim udawał! Do niego się wdzięczył!/ I jego gwałcił, w nim się kochał, na nim/ Stwarzał się wciąż na nowo, nim rósł i tak rosnąc/ Sam sobie dawał ślub w kościele ludzkim!”. Przytaczam cały fragment, bowiem po pierwsze współgra on doskonale z całym systemem myślowym lidera Behemoth, a po drugie stanowi wskazanie na intelektualne źródła jego refleksji. Zabieg to częsty, ale bodaj po raz pierwszy Darski przywołuje kogoś tak bliskiego „mainstreamowi” (nie, żeby Gombrowicz nie był za to i owo atakowany i nie, żeby nie próbowano usunąć go z listy szkolnych lektur, ale to już inna historia), a przez to z kolei próbuje pokazać, jak sądzę, że „inna”, „buntownicza” myśl jest bliżej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Twórczość Behemoth ma to do siebie, że zespół z każdą kolejną płytą ewoluuje i modyfikuje swój styl, jednocześnie pozostając wiernym sobie i swojej stylistyce. Uwielbiam to uczucie, gdy zaraz po przesłuchaniu nowego albumu zastanawiam się nad tym, jaki kształt przybierze kolejny. W tym przypadku jest tak właśnie. Oto kwintesencja kreatywności: ciągłe odkrywanie nowych sposobów wyrazu. Sądzę, że „The Satanist” stanie się jednym z ponadczasowych dla gatunku albumów, jedną z tych klasycznych płyt, do których ciągle się powraca.
Behemoth: „The Satanist” [Mystic Production, 2014].