Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (248) / 2014

Sara Nowicka,

GREENAWAY: OSKARŻAM...!

A A A
„Goltzius and the Pelican Company” to druga część trylogii „Holenderscy mistrzowie”. Pierwsza – „Nighwatching” (2007) – była poświęcona postaci Rembrandta i zagadce kryjącej się w jego obrazie „Straż nocna”, trzecia natomiast, przewidywana na rok 2016, opowiadać będzie historię Hieronima Boscha. Bohaterem nowego filmu Petera Greenawaya jest Hendrik Goltzius (Ramsey Nasr), holenderski rytownik i malarz, który chce pozyskać pieniądze na zakup prasy drukarskiej i możliwość wydania ilustrowanej wersji erotycznych historii ze Starego i Nowego Testamentu. Aby zdobyć fundusze, wraz ze swoim zespołem – Pelican Company – składającym się z pisarzy, drukarzy i innych pomocników, decyduje się przedstawić możnemu margrabiemu (F. Murray Abraham) teatralne inscenizacje biblijnych przypowieści. Spektakle pełne perwersyjnego seksu i przemocy szybko demaskują złudność wolności słowa i tolerancji panujących na dworze alzackiego szlachcica, a sankcje nakładane na poszczególnych członków grupy są równie okrutne, co przedstawiane opowieści.

Najnowszą propozycję angielskiego reżysera można podsumować sloganem: „sto procent Greenawaya w Greenawayu”. Prekursor filmowego postmodernizmu sięga po wszystkie znane z wcześniejszych dzieł elementy, jednocześnie udowadniając, jak bardzo jego sztuce służy rozwój technologii. „Goltzius and the Pelican Company” zachwyca pod względem plastycznym. Dwuwymiarowa kopia filmu daje złudzenie trójwymiarowości, przenikania się kolejnych płaszczyzn obrazu. Innowacja dostrzegalna jest jedynie w wizualnej jakości, w pozostałych warstwach autor, jak na postmodernistę przystało, pełnymi garściami czerpie z kulturowej spuścizny, cytując także własne dzieła.

Greenaway sięga po zapomniany w „Nigthwatching”, za to niegdyś często przez siebie wykorzystywany, zabieg polegający na nanoszeniu słów na obraz. Estetyzacja pisma, traktowanie kaligrafii jako sztuki wizualnej, niekoniecznie służącej nadawaniu komunikatu, w najnowszym dziele angielskiego reżysera pełni także funkcję postmodernistycznej gry z widzem. Goltzius, rozszyfrowując kolejne zamieszczone w Piśmie Świętym słowa, nadaje im coraz to nowe sensy, zwracając między innymi uwagę na fakt, iż słowo „Dog” jest anagramem słowa „God”, co stanowi wstęp do historii odkrycia jednego z grzechów – „stosunku od tyłu”. Już w tym prostym zabiegu ujawnia się wszystko, co tak typowe dla twórczości Greenawaya: prowokacja, erudycja, fascynacja cielesnością, zamiłowanie do gier (nie tylko słownych) i symetrii oraz wkomponowanie w fabułę wykładu na temat kultury lub sztuki. Najnowszy obraz angielskiego reżysera jest też dowodem na to, że najważniejsze kojarzone z nim terminy – barokowość i postmodernizm – nie straciły dla niego znaczenia.

W jednym z wywiadów Greenaway przyznaje, że widzi w baroku podobieństwo do postmodernizmu. Oba te style są, według niego, świadome, autorefleksyjne, bazujące na nadmiarze i iluzji (Mazierska 1992: 93). Są też przez wielu teoretyków nazywane sztuką złego smaku, który również można odnaleźć w kinie Greenawaya, np. w dosadnych przedstawieniach scen erotycznych i innych fizjologicznych aktów, takich jak defekacja zobrazowana w „Goltziusie…” w jednej z pierwszych scen. Warto zwrócić uwagę, że reżyser odziera człowieka z wszelkiej duchowości; jego bohaterowie są jedynie ciałami,  obdarowanymi co prawda intelektem i samoświadomością, lecz zupełnie pozbawionymi duszy i uczuć, kierowanymi wyłącznie biologicznymi popędami.

Greenawayowską fascynację barokiem widać przede wszystkim w umiłowaniu iluzji i nieustannym jej podkreślaniu. Goltzius zwraca się wprost do widza, a fabularną narrację przerywa monologami, w których albo tłumaczy poszczególne zagadnienia z historii sztuki, albo wskazuje na motywacje któregoś z bohaterów opowieści. Angielski reżyser posługuje się także motywem teatru w teatrze, który w bardzo dosłowny sposób odsłania fikcyjność opowieści. Nieprzypadkowe jest też miejsce akcji, która toczy się w jednym pomieszczeniu: postindustrialnej, rozległej hali. Przestrzeń ta pozwala Greenawayowi skonstruować zupełnie sztuczny świat, który nie daje widzowi złudzenia realności. Łączenie ze sobą takich dziedzin, jak malarstwo, film, teatr, literatura i architektura, jest zresztą kolejną cechą charakterystyczną intermedialnych dokonań tego twórcy.

„Goltzius…” to następny element wizualnego uniwersum Greenawaya, stąd też wiele w nim nawiązań do jego poprzednich dzieł. Wspomniana estetyzacja pisma pojawiała się m.in. w „Kontrakcie rysownika” i „Pillow Book”. Goltzius, podobnie jak Rembrandt w poprzednim filmie reżysera, zwraca się wprost do widza, opowiada mu swoją historię; obaj wzbogacają zresztą greenawayowską galerię artystów ukazanych podczas tworzenia, takich jak protagonista „Księgi Prospera” i ogarnięty niemocą twórczą bohater „Brzucha architekta”. Tak jak w pozostałych dziełach, tak i tu każdy kadr jest stylizowany na obraz zamknięty w ramie, dzięki czemu mamy do czynienia z niezwykle oryginalnym rodzajem filmowego malarstwa.

Greenaway kilkukrotnie maskował i ukrywał w swoich dziełach treści dotyczące współczesności. Przykładem jest „Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek”, który przez wielu był odczytywany jako alegoria i krytyka polityki Margaret Thatcher. W „Goltziusie and the Pelican Company” można odnaleźć odniesienia do obecnej sytuacji reżysera. Greenaway jest twórcą, który od wielu lat ma problemy ze znalezieniem funduszy na swoje projekty. Podobnie jak Goltzius zdany na łaskę możnego margrabiego, reżyser zależny jest od wspierających jego pracę producentów. Co ciekawe, grający margrabiego F. Murray Abraham w nowym filmie braci Coen – „Co jest grane, Davis?” – kreuje podobną postać: producenta ignorującego sztukę niedającą szans na zarobek. Oba te filmy są znakami naszych czasów, w których twórcy, cenieni w latach 80. i 90. za swoje autorskie, postmodernistyczne i jednocześnie diametralnie różne od siebie filmy, dziś mają problem ze zgromadzeniem środków pozwalających na realizację kolejnych dzieł.

„Goltzius and the Pelican Company” to dzieło na wskroś greenawayowskie, które może zniesmaczyć i odrzucić nieoswojonych z filmami reżysera widzów, a fanów jego twórczości rozczarować brakiem oryginalności, tak oczekiwanej od autora, co chwila głoszącego zmierzch kina i poszukującego nowego języka filmu. Nie należy jednak zapominać, że powtarzalność jest jedną z głównych cech postmodernizmu w sztuce, co jednoznacznie przekreśla zasadność powyższego argumentu. Odbiorcy pozostaje zatem rozkoszowanie się malarską wyobraźnią Greenawaya i dalsze oczekiwanie na zwiastowaną przez niego wizualną rewolucję.

LITERATURA:

E. Mazierska: „Peter Greenaway”. Warszawa 1992.
„Goltzius and the Pelican Company”. Scenariusz i reżyseria: Peter Greenaway. Obsada: Ramsey Nasr, F. Murray Abraham, Kate Moran, Lars Eidinger, Halina Reijn. Gatunek: film biograficzny / dramat. Produkcja: Chorwacja / Francja / Holandia / Wielka Brytania 2012, 128 min.