Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (248) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

DUSZNO, DUSZNIEJ, RODZINA

A A A
„Oooklahoma, where the wind comes sweepin’ down the plain…”. Wiatr hula po równinach Oklahomy, a razem z nim hulają emocje. Nie przynosi jednak oczyszczającego deszczu, raczej wyżera, prowadzi do pustynnienia zarówno ziemi, jak i ludzkich wnętrz. Nasuwają się na myśl „Jałowa ziemia” i „Wydrążeni ludzie” – tytuły najsłynniejszych poematów T.S. Eliota, którego cytuje jeden z bohaterów „Sierpnia w hrabstwie Osage”. Potwierdza się obserwacja psychologów społecznych, że ze wzrostem temperatury skorelowany jest wzrost agresji, czyli gdy rozum się roztapia, budzą się demony. Nie te z modnych ostatnimi czasy „wampiryczno-zombicznych” filmów fantasy, lecz znacznie mroczniejsze, kryjące się w każdym człowieku, każdej przeciętnej rodzinie. „- Przywiozłaś ją [swoją córkę] do domu wariatów! - Tutaj się wychowałam. - To wiele wyjaśnia”. Uśmiech, który pojawia się po tych słowach na ustach widza, po chwili zastanowienia znika.

„Domem wariatów” okazuje się posiadłość Westonów, do której na wieść o niespodzianym zniknięciu ojca rodziny, ekspoety i praktykującego alkoholika Beverly’ego (Sam Shepard), zjeżdża cała familia. Świadomie nie napisałam „głowy rodziny”, tą bowiem jest niewątpliwie żona wspomnianego, kostyczna Violet (kreowana przez fenomenalną Meryl Streep), pomimo nieuleczalnego nowotworu jamy ustnej nieustannie paląca papierosy (notabene, podobnie jak Freud). Dawno dorosłe córki – Barbara (dorównująca Streep Julia Roberts), Karen (Juliette Lewis) oraz Ivy (Julianne Nicholson) – przybywają do starego domu z własnymi rodzinami i całym dobrodziejstwem inwentarza: problemami, rozczarowaniami, frustracjami, tajonymi animozjami… Sama nieprzystawalność ich charakterów (jedna – rozgoryczona, arogancka i niwecząca swoje małżeństwo, druga – rozrywkowa trzpiotka, trzecia – zahukana i „nijaka”) wywołuje napięcia. Wiadomo, motyw krańcowo odmiennych temperamentów, priorytetów i wyborów wśród rodzeństwa to w kinie żadna nowość (w różnych konwencjach spotkamy go choćby w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana czy „Chaosie” Xawerego Żuławskiego), a w „Sierpniu…” nakładają się na niego złożone relacje między generacjami, krewnymi i znajomymi… Przez oka owej sieci uwikłań stopniowo wysypują się pokrywane milczeniem zaszłości i sekrety, w czym największy udział przypada Violet, tnącej językiem jak skalpelem i demaskującej tych, którzy starają się jeszcze zachowywać pozory. Gromadne spotkanie przeradza się w przegląd siedmiu grzechów głównych: od pychy i gniewu przez nieumiarkowanie w jedzeniu (leków – vide pani domu), nieczystość, chciwość, zazdrość aż po lenistwo, jeśliby tak interpretować niechęć do wzięcia odpowiedzialności za życie swoje oraz innych. Atmosfera staje się coraz bardziej duszna, afekty gęstnieją w niej do postaci kamieni i równie boleśnie ranią. Nawet po kulminacyjnej konfrontacji uspokojenie będzie pozorne, wszyscy sukcesywnie zmierzają do (auto)destrukcji.

Czy nie ciśnie się na usta pytanie: skąd my to znamy? Krytycy zgodnie rozpoznają w filmie Johna Wellsa zapożyczenia z naturalistycznego teatru amerykańskiego spod znaku Eugene’a O’Neilla czy Tennessee Williamsa, tym bardziej zogniskowanie fabuły na zjeździe rodzinnym wydaje się ograne, bo wszak zebranie wielu osób przy wspólnym stole pozwala na wyjątkowe zagęszczenie interakcji (por. np. „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego), aczkolwiek odnoszę wrażenie, że wychodzące z ludzi w podobnych sytuacjach słabostki i hipokryzja ukazywane są przeważnie w tonacji komediowej, a wręcz satyrycznej („Poznaj moich rodziców”, „Cztery gwiazdki”). Jeśli miałabym szukać dla „Sierpnia…” pokrewieństwa nie tylko tematycznego, ale również gatunkowego, to film ten przypomina mi nieco tragigroteskowość „Happiness” Todda Solondza, natomiast nie nazwałabym go tragikomedią czy komediodramatem, a już w żadnym wypadku komedią obyczajową – co znajdziemy w opisie dystrybutora. Powrócę do tej kwestii, na razie powiem tylko, że nie całkiem pasowałyby tutaj słowa Michaiła Lermontowa: „I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne”. Groteska nie prowokuje do śmiechu (chyba że histerycznego). Można się jednak poniekąd zgodzić z innym rosyjskim klasykiem, według którego wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, ale każda nieszczęśliwa jest nieszczęśliwa na swój sposób. Mimo podjęcia sztampowego motywu znamię swoistości w „Sierpniu w hrabstwie Osage” z pewnością widać.

Zastanawiam się, czy można o tym filmie napisać coś oryginalnego na tle licznych recenzji, które w lawinowym tempie zalały Internet od momentu premiery. Recenzji w większości pochlebnych, choć zazwyczaj dostrzegających pewne pęknięcie. Otóż słaba strona (ale może też „siła rażenia”) omawianego obrazu wiąże się z faktem, że stanowi on ekranizację sztuki teatralnej Tracy’ego Lettsa, w 2008 roku wyróżnionej Pulitzerem i zyskującej aplauz zarówno krytyki, jak publiczności w różnych rejonach świata. Łatwo zgadnąć, iż na pomysł adaptacji wpłynęła spodziewana lukratywność takiego posunięcia, w końcu srebrny ekran ma znacznie szerszy krąg odbiorców. Rzecz jasna, transpozycja w inne medium pociąga za sobą liczne zagrożenia, dlatego „gwoli bezpieczeństwa” scenariusz powierzono autorowi dramatu, a na dodatek zatrudniono tzw. gwiazdorską obsadę, z Ewanem McGregorem, Chrisem Cooperem i oczywiście z Roberts i Streep na czele. Bez wątpienia najlepiej wyszły na tym same aktorki, słusznie nominowane do Oscara; straciła może reszta obsady, przyćmiona blaskiem obydwu gwiazd, chociaż w „Sierpniu…” znajdziemy parę postaci o dużym potencjale (np. pulchna, wyżywająca się na synu za własne błędy ciotka Mattie Fae – w tej roli Margo Martindale). Niektóre inne – córka Barbary (Abigail Breslin) czy Steve (Dermot Mulroney), narzeczony Karen – to raczej typy (posępna zbuntowana nastolatka, podstarzały lowelas), aczkolwiek na drugim planie niezbędne. Za to wspomniane odtwórczynie głównych ról udowodniły, że nie zamierzają spocząć na laurach i ciągłe pracują na swoją renomę.

Nietrudno usprawiedliwić krok Beverly’ego, raczej dziwi długie tolerowanie neurotycznej, despotycznej żony. Trzeba przyznać, że w rolach „żelaznych dam” Streep czuje się świetnie. Bohaterce wprawdzie do damy daleko, za to niczym Margaret Thatcher sprawuje rządy silnej ręki i trzyma wszystkich w karbach, narzucając się im i sarkastycznie pokazując, gdzie ich miejsce. Pojawienie się konkurencji jest dla niej ciosem, ale przecież doskonale rozumiemy, dlaczego Barbara była ulubionym dzieckiem rodziców. Tocząca się między nimi walka pokoleń i wizji świata (?) oznacza w istocie walkę o dominację. „Ja tu teraz rządzę!” wystarcza za komentarz. Wcielając się w sfrustrowaną i wybuchową kobietę po przejściach, która w znienawidzonej matce odkrywa alter ego, Roberts chyba nawet nieprzychylnych jej widzów przekonała, że jest niczym wino, a żeby zapaść w pamięć, nie potrzebuje makijażu ani szerokiego uśmiechu.

Na tym zjawiskowym tandemie film jako całość z jednej strony zyskał, z drugiej stracił. Zyskał, bo ów duet rekompensuje pewne mielizny, dłużyzny czy ślepe zaułki fabuły; stracił, bo odbiorca sam może się poczuć osaczony. Riposty bywają tyleż błyskotliwe, co kuriozalne, a przejaskrawienie chwilami w istocie daje wrażenie oglądania domu wariatów. Cieszę się, że ktoś poza mną dopatrzył się analogii do świetnej „Rzezi” Romana Polańskiego, choć tam sceneria jest jeszcze bardziej kameralna: wszystko koncentruje się na dramacie słów i postępujących za nimi coraz żałośniejszych i bardziej szalonych gestów. Jasne, hiperbolizacja stanowi w obu przypadkach pochodną teatralnej genezy filmu i sama Violet jest postacią teatralną, ale można by dywagować, do którego miejsca sięga popis, a gdzie zaczyna się karykatura. Na pewno, gdyby nie niewątpliwy talent Streep, kreacja ta osunęłaby się w kicz.

Spotkałam się z opinią, jakoby o sukcesie „Sierpnia…” zadecydował realizm, wszakże jest to co najwyżej „realizm groteskowy”, „prostota” chyba również może być rozumiana głównie jako kameralność oraz brak epickiego rozmachu, Wells bowiem unika plenerów, skupiając się na klaustrofobicznie dusznym domu, co zresztą stanowi pozostałość scenicznego wyostrzenia konfliktu. Mimo nieuchronnego dystansu wobec bohaterów wypada sobie uzmysłowić, że meandry psychologicznych zależności między Westonami obnażają podstawowe pytania: o wpływ okoliczności na nasze życie, o to, do jakiego stopnia jesteśmy za nie odpowiedzialni. Kłania się poczciwy, Taine’owski determinizm: klimat, rasa i moment dziejowy. Nie chodzi wyłącznie o podzwrotnikową spiekotę Oklahomy, lecz także o uwarunkowania wrodzone oraz wychowanie; problem okoliczności historycznych pojawia się we wspomnieniach Violet. Oto pytanie: na ile na charakterze seniorki zaciążyła jej matka, czy z kolei jej córki zaprzepaściły szansę, jaką otrzymały od rodziców, którzy sami z trudem wydobyli się z biedy? Czy można bez końca przerzucać winę na innych? Wszyscy są tu niedojrzali, nie tylko Karen.

Co się tyczy miejsca, za niezwykle istotny trzeba uznać wątek „tutejszej” Indianki, opiekunki zatrudnionej przez Beverly’ego tuż przed zaginięciem. Violet traktuje ją przedmiotowo i nie bez uprzedzeń („Może jest Indianką, ale robi genialną szarlotkę”), a docenia jako człowieka dopiero w sytuacji ostatecznej. Ktoś stwierdził: szkoda, że ten wątek nie został rozwinięty. A może rzecz właśnie w tym, by Johanna (Misty Upham) – cicha obserwatorka, obecna tylko w tle, empatyczna – była przeciwwagą dla ogólnego rozgardiaszu? Podobnie znamienny w swej niepozorności wydaje się mural z Indianinem w pióropuszu na odrapanej ścianie. Czy nie mamy tu skontrastowanych dwóch kultur z całym ich podejściem do życia?

Najważniejsze są jednak bodaj zagadnienia ponadczasowe: obcość i niewiedza o sobie sióstr, zarzucających sobie nawzajem cynizm, a w swojej odmienności tak do siebie podobnych; lęk przed przegranym życiem, starzeniem się i śmiercią, lęk, który tłumi się agresją. Wszyscy są tu nieudaczni, nie tylko Mały Charlie.

„Pomiędzy ideę / I rzeczywistość / Pomiędzy zamiar / I dokonanie / Pada Cień” – pisał Eliot. W „Sierpniu…” cień kładzie się na każdym działaniu, nawet najśmielszym. Władcza Violet jest rzekomo niezależna, odpycha ofertę pomocy, lecz nie radzi sobie z chorobą i strachem. Czy jedynie leki powodują jej „wariactwa”? Siła pani Weston okazuje się pozorem, podobnie jak elegancka peruka zasłaniająca smętne kłaki na jej głowie. Wszyscy są tu bezbronni. „Dokąd, kurwa, uciekasz?! Nie ma dokąd” – krzyczy Barbara do matki. Opuszczając kino, możemy – za sprawą owego wyolbrzymienia, popisowych kwestii duetu Streep-Roberts i podkreślania roli upału – sądzić, że owa klatka jest sztuczna i tłamsi jedynie na ekranie…

Na widowni towarzyszyły mi osoby w wieku 50+. Pewna starsza pani spała w najlepsze, a po seansie podsłuchałam przypadkiem, jak poważnym tonem tłumaczyła koleżance, że budziła się tylko na krzyki, bo kłótnie przy stole ma u siebie domu, więc po co oglądać je w kinie. Owo zabawne wyznanie negliżuje patos moich powyższych spostrzeżeń, z drugiej zaś strony w trywialny sposób oddaje głębszy i mroczny sens „Sierpnia…”, sens, który chcielibyśmy z siebie wyprzeć. To nie rodzina Westonów byłaby nadzwyczaj toksyczna czy dysfunkcyjna – problem okazuje się pospolity, a w filmie po prostu steatralizowany. Bo w gruncie rzeczy, wbrew Dostojewskiemu, wszystkie rodziny są do siebie bardzo podobne w nieszczęściu.
„Sierpień w hrabstwie Osage” („August: Osage County”). Reżyseria: John Wells. Scenariusz: Tracy Letts. Obsada: Meryl Streep, Julia Roberts, Ewan McGregor, Juliette Lewis, Abigail Breslin i in. Gatunek: dramat. Produkcja: USA 2013, 121 min.