ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (49) / 2006

Janusz Paliwoda, Mirosław Nahacz,

MNIE SIĘ W OGÓLE NIE SPIESZY

A A A
Z Mirosławem Nahaczem rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: W programie Kazimiery Szczuki „Wydanie Drugie poprawione” powiedziałeś, że po książkach opartych na Twojej biografii, i dość łatwych w odbiorze, chciałeś napisać powieść trudną, która będzie dla czytelnika wyzwaniem? Skąd się wzięła w Tobie taka potrzeba?

Mirosław Nahacz: Może nie chodziło nawet o to, że chciałem napisać książkę trudną. Chciałem napisać książkę, która wymaga pewnego wysiłku od czytelnika. Może ta potrzeba wzięła się stąd, że ja sam ostatnio lubię czytać książki, które wymagają na samym początku kontraktu między czytelnikiem a pisarzem. W tym sensie, że decydujesz się na coś, co nie jest łatwe, ale może zaowocować w ten sposób, że książka może cię „uderzyć”. To, co chciałem przekazać, jest trudne do opisania i nie da się tego zrobić inaczej, jak właśnie w konwencji, która wymaga od czytelnika ciągłej uwagi, ponieważ jeżeli tej uwagi nie będzie, czytelnik może się zgubić. Ale z drugiej strony, chciałem, żeby czytelnik miał uczucie zagubienia. Załóżmy sobie, że chcesz napisać taką książkę. Jeśli zaczniesz o niej myśleć i układać fabułę, to w pewnym momencie trochę się zgubisz. Bo na tym opiera się też pewne doświadczenie psychodeliczne. Po doświadczeniu psychodelicznym, kiedy już nic nie masz w organizmie, nie możesz pomyśleć tak sobie, od początku do końca, co się z tobą działo, zawsze w pewnym momencie to myślenie jest złamane. I chciałem, żeby w tej książce na poziomie narracji i fabuły też było coś takiego. Że wiesz... myślisz sobie o tym bohaterze, śledzisz jego drogę i nie wiesz do końca, co się z nim dzieje. Ale mam nadzieję, że to nie powoduje odrzucenia, jak czasami słyszę od krytyków.

J.P.: „Bocian i Lola” raczej czytelnika wkręca niż odrzuca, bo udała Ci się sztuka, która udaje się nielicznym. Otóż przełożyłeś doświadczenie psychodeliczne, halucynogenne na język literacki. Musiała to być niezła harówa. Ani razu się nie zgubiłeś?

M.N.: Tę książkę pisałem dwa lata; pierwszy raz pracowałem w ten sposób, że ciągle coś miałem w głowie, wracałem do tego i zmieniałem. Ta powieść miała chyba z cztery wersje. I wszystkie różniły się od siebie totalnie. Na samym początku „Bocian...” był zupełnie o czymś innym, szczególnie jego druga część. Potem nastąpił szereg wersji, próbowałem odkryć, jak chcę dalej poprowadzić tę historię, jak chcę ją wyjaśnić. Te dwa lata to była męka. Ja już nie mogłem wracać do tej książki, ale z drugiej strony nie mogłem nic innego pisać. Pracowałem zupełnie inaczej niż w przypadku dwóch pierwszych powieści. „Osiem cztery” napisałem w trzy tygodnie, „Bombla” w miesiąc czy dwa. Chociaż potem nad „Bomblem” też długo siedziałem. Ale przy „Loli” praca była bardzo wycieńczająca i chwilami myślałem, że jej nie skończę. Ale mi się udało. Jestem bardzo zadowolony i po raz pierwszy po napisaniu książki odczuwałem taką, wiesz, jednoznaczną satysfakcję, czułem, że nic nie spieprzyłem.

J.P.: Wrócę jeszcze do Twojego nieszczęsnego występu w programie Szczuki... Prowadząca ciągle powtarzała, że „Bocian...” to bełkot...

M.N.: To było bardzo dziwne spotkanie, bo jej argumenty były dla mnie czymś oderwanym, wziętym z kosmosu. Ona na przykład mówiła o niespójności. Jest tyle strasznie pojebanych książek, które są piękne. Dla mnie taką powieścią jest „Tęcza grawitacji” Pynchona. Przecież wszystkie książki Dicka (śmiech), one są totalnie niespójne. „Ubik” też jest niby strasznie niespójny. A to są przecież książki, które mają siłę! Albo na przykład filmy Lyncha. Także w ogóle nie wiedziałem, jak z tym argumentem polemizować. Poza tym mam silnie poczucie, że choć moja powieść wzbudza w czytelniku wrażenie niespójności, ona sama strukturalnie jest spójna, bo ja w to włożyłem bardzo dużo wysiłku. W tej książce żadna rzecz nie dzieje się przypadkowo. Żadna! Ale to jest też nie do wychwycenia przez zwykłego czytelnika. To też dla mnie samego było bardzo zabawne: umieścić w książce mnóstwo wskazówek, labiryntów i zobaczyć, co się potem stanie.

J.P.: Czytając „Lolę”, zdałem sobie sprawę, że bardzo dużo łączy ją z „Osiem cztery”. W obu powieściach mamy paczkę kumpli, którzy eksperymentują z narkotykami. Z tym, że w pierwszej swojej książce opisujesz powierzchownie psychodeliczne doświadczenia bohaterów, zatrzymujesz się na pewnym etapie, a w „Bocianie” już poszedłeś na całość...

M.N.: Ale zauważ: kiedy skończyłem pisać „Bociana”, to zacząłem myśleć, o czym napisałem dwie poprzednie książki, o jakimś wspólnym mianowniku. Masz rację, aż mi jest miło, że wyłapałeś taką rzecz. Ale chodzi o to, że w „Bomblu” mój bohater cały czas jest przekonany, że stoi sobie normalnie na przystanku i czeka, aż nadejdzie dzień. Zupełnie nie wie, dlaczego ten dzień nie nadchodzi i dlaczego czas się zatrzymał. Mój bohater nagle znalazł się w jakiejś wyrwie rzeczywistości. W finale „Bombla” okazuje się, że on sam nie żyje. Że być może Bombel nie żyje już od pierwszych chwil i dlatego zaczyna mówić, bo przypomina mu się całe życie, wszystkie jego najważniejsze momenty, które zaczyna opowiadać. A na końcu okazuje się, że przylatują anioły i unoszą go do nieba. To jest też opowieść o tym, że być może to, co jest dookoła nas, nie jest takie do końca prawdziwe. Odnośnie twojego pytania: być może ono bierze się stąd, że ja „Bociana i Lolę” zacząłem pisać wtedy, kiedy zacząłem pisać „Osiem cztery”. Pierwszy rozdział wyglądał zupełnie inaczej, ale stanowi pewna bazę, od której się potem odbiłem.

J.P.: Najmocniejsza scena w twojej powieści rozgrywa się w Galerii Handlowej. Z okazji otwarcia nowej rzeźni został zarżnięty cielak, którego rozkawałkowano i rozdano publiczności. Jak na to wpadłeś?

M.N.: Pomysł wykorzystania starożytnego rytuału zarżnięcia cielaka do opisu galerii przyszedł mi do głowy bardzo intuicyjnie. Kiedy czytałem o starogreckich rytuałach, pomyślałem, że pokazanie zarżnięcia cielaka w takim miejscu, jakim jest galeria, będzie bardzo mocne. Te procesy, które są najważniejsze w rytualnym mordzie, wydawały mi się bardzo ciekawe do strawestowania procesów zachodzących w obrębie Galerii Handlowej. Wiesz, rozdział „Galeria” jest takim tworem strukturalnie ułożonym. Bohaterowie wchodzą coraz niżej i na samym dole jest zamarznięte jezioro, jest lodowisko. Zaczerpnąłem to z „Boskiej Komedii”. Kiedy Dante schodzi na samo dno piekieł, widzi zamarznięte jezioro i diabła, z którego ust wychodzą trzy twarze: Judasza i zabójców Cezara. A mój bohater widzi na samym dole billboard z trzema twarzami i też mu jest ciągle zimno. Nagle trafia na ten mord. Czułem, że jeśli tak zbuduję tę scenę, to będzie bardzo mocna.

J.P.: Kiedy wdzierasz się w rzeczywistość, to znaczy opisujesz Galerię Handlową, Stadion Dziesięciolecia czy pokaz mody, zmieniasz język. Jest on bardziej przejrzysty, prosty, zrozumiały. Dlaczego?

M.N.: Chciałem oddać niekoherencję: są pewne fragmenty bardzo zrozumiale opisane, bo jeśli masz Galerię i Stadion Dziesięciolecia, to one muszą stanowić bardzo zrozumiałą całość, żebyś ich nie mógł razem połączyć. Jeśli poszczególne rozdziały byłyby rozdrobnione i byłyby zupełnie niezrozumiałe, to wtedy nie miałbyś takiej jasności przy ich porównywaniu. Rozumiesz, to musiały być takie wyraźne bryły, które stają obok siebie, ale między którymi nie ma żadnego tunelu. Tak jak mój bohater nie wie, dlaczego z jednego miejsca wpada w drugie. Tak samo ty musisz najpierw zrozumieć, o co chodzi w jednym miejscu, potem musisz zacząć czytać następny fragment. Starałem się, aby te opisy były bardzo „wkręcające”. Rozumiesz? Że jak czytasz o Galerii, to zupełnie się „wkręcasz” w ten opis i za chwilę przypominasz sobie, że przecież ten bohater przed chwilą był w zupełnie innej rzeczywistości. I tu chodzi o ten sam mechanizm, o którym Ci mówiłem, którego doświadczasz jak najbardziej fizycznie, kiedy sam funkcjonujesz w rzeczywistości i przenosisz się z miejsca na miejsce. Poza tym, kiedy ja to wszystko opisywałem, to też było trochę inne pisanie, bardzo emocjonalne. Starałem się wyobrazić sobie w głowie własne uczucia z czasu, kiedy tam byłem, i bardzo szybko je opisać. Potem to obrabiałem jeszcze wielokrotnie, ale sam trzon był napisany na takim rock’n’rollowym spidzie.

J.P.: Nie tylko to pisałeś na spidzie, bo cała Twoja książka jest psychodeliczna. Żeby ją zrozumieć, trzeba się bardzo namęczyć. Skąd na przykład wziąłeś „zmieniacze czasu”? Kartki, które macza się w roztworze a potem się połyka. Co to w ogóle jest?

M.N.: To jest trochę bardziej skomplikowane. Ich pierwowzorami są wszelkie dostępne psychodeliki, grzyby halucynogenne, ogrom substancji, które legalnie można kupić w aptece. Większość społeczeństwa nie wie, że użyte w inny sposób, niż jest napisane na ulotce, powodują totalnie dziwne stany. Mógłbym bardzo długo o tym opowiadać. Jest taki środek w aptece, który służy do irygacji pochwy. Tak, to jest bardzo śmieszne, totalnie groteskowe. Ale to jest jeden z najbardziej mocarnych psychodelików, z którymi miałem styczność. To działa przez trzy dni, a przez następne trzy miesiące powraca w krótkich „flashbackach”. W aptekach można dostać masę rzeczy, które można kupić bez recepty. To był pierwowzór „zmieniaczy czasu”. A sam „zmieniacz czasu”, podejrzewam, naprawdę nie istnieje, bo to jest raczej niemożliwe, żeby móc skondensować fabułę książki, historię i w ogóle ducha powieści w czymś chemicznym. Nie wiem, jak na to wpadłem. Być może pomysł wziął się stąd, że strasznie lubię czytać i dużą wagę przywiązywałem do doświadczeń psychodelicznych – te dwie rzeczy stopiły mi się w głowie. Książka, jeżeli jest dobrze zbudowana, jeśli ma rozbudowaną historię i drobiazgowo opisuje świat, totalnie mnie wchłania. Potem, nawet kiedy ją odkładam, to moje myśli też są nią naćpane. Cały dzień chodzisz i myślisz sobie, co się z tym bohaterem dzieje. Myślisz sobie o stworzonym w niej świecie. Część mechanizmu, z którym mamy do czynienia w przypadku narkotyku, nakładała mi się na część mechanizmów czytania. I postanowiłem to zmiksować. Trafiłem na rewelacyjny komiks „Esencja”, w którym też jest o tym mowa. O szalonym naukowcu, który potrafi syntezować książkę do narkotyku. Jak wypijałeś płyn, to znajdowałeś się w książce, to znaczy ją poznawałeś. W „Bocianie...” chodzi trochę o coś innego. „Zmieniacz czasu”, w którym wcześniej była rozpuszczona historia, potem przerzucał Cię jakby w tę historię. Łączył twoją rzeczywistość z historią, którą wchłonąłeś w siebie.

J.P.: Jednym z głównych bohaterów Twojej książki są właśnie historie. Bob na przykład naczytał się Ludluma i twierdzi, że ktoś chce go zabić. Twoi bohaterowie żyją swoimi historiami, przenoszą się z historii w historię. Ale, tak już abstrahując od „Bociana”... Czy można żyć historiami, rzeczywistością kogoś innego, być w czyjejś głowie?

M.N.: Nie wiem, ale przypomina mi się teraz rewelacyjna powieść Cervantesa „Don Kichote”. Ona przecież opowiada o człowieku, który tak strasznie długo czytał książki, aż końcu mu się pojebało w głowie. Wyszedł do świata, a czytane historie zadziałały jak taki projektor, wyświetliły mu na rzeczywistości to, co wcześniej wchłonął. Nie wiem, czy można żyć historiami innych. Pani Bovary. To jest też kobieta, która naczytała się dużo książek i potem stara się to projektować w życie. Myślę, że (pauza), że nie wiem (śmiech). To jest pytanie, na które jest mi bardzo trudno odpowiedzieć, bo nie wiem, czy jesteś w stanie żyć historiami innych ludzi. Z drugiej strony wiem, że historie jak najbardziej wkraczają w życie. Bo kiedy przed pięcioma laty czytałem książki beatników, to chciałem być taki jak oni. Chciałem być dekadenckim pisarzem, który pali dużo papierosów, zażywa dużo narkotyków. To, co czytasz i co oglądasz, wnika w ciebie i cię zmienia. To jest moment, w którym zaczynasz żyć historią, którą ktoś inny wymyślił.

J.P.: Znajomi, którym czytałem fragmenty „Bociana...”, komentowali chórem: „ale się gościu musiał najarać”. Najdziwniejsze jest jednak to, że Twoi bohaterowie tylko jeden raz zażywają kokę. Powołałeś do życia nowy narkotyk, „zmieniacz czasu” właśnie. W „Osiem cztery” zażywanie dragów jest wszechobecne i namacalne, a w „Bocianie” nie. Jedynie przekładasz doświadczenia halucynogenne na język literacki...

M.N.: Nie do końca tak jest. Bardzo chciałem napisać taką książkę, która dla każdego czytelnika będzie czymś innym. Dla jednego będzie to historia o poszukiwaniu „Loli”, dla innego powieść o tym, jaki świat jest niespójny, dla jeszcze innego będzie to książka o umieraniu. Ale na pewno nie chciałem napisać powieści, która byłaby tylko o narkotyku. Pewne stany narratora biorą się stąd, że chciałem zamienić w literacki opis doświadczenie psychodeliczne, ale nawet nie w narkotyk. Tylko samo doświadczenie psychodeliczne, moment, kiedy twoje „ego” się rozmywa i nie wiesz, co się dzieje. Nie wiesz, czy ty, to jesteś ty. Nic nie wiesz. O to właśnie chodzi. Ale to na pewno nie jest książka o narkotykach, to nawet nie jest książka o doświadczeniu psychodelicznym. Tylko pewne fragmenty, pewne stany mojego bohatera są transplantacją doświadczenia psychodelicznego w umysł, w ciało czy w osobę mojego narratora. Poza tym doświadczenie psychodeliczne możesz mieć, jak nie śpisz trzy noce. Bez narkotyków.

J.P.: Motywem przewodnim twojej powieści jest rozpad rzeczywistości. Ale często pojawia się również zapowiedź katastrofy. Czy chciałeś przestrzec ludzkość, że jeżeli będzie zaśmiecać planetę, wchłaniać hipermarketową papkę i pożerać coraz więcej, to w końcu zwymiotuje, a rzeczywistość nie wytrzyma tego nadmiaru i eksploduje?

M.N.: Bardzo ładnie opowiedziałeś to, o czym chciałem napisać. To wszystko, o czym teraz mówimy, że wszyscy ludzie, którzy siedzą teraz dookoła, mają strasznie dużo myśli w głowach. Każdy z nich jest osobnym światem. Przez ulice niedaleko nas przejeżdżają setki aut na minutę. Każdy człowiek w samochodzie do czegoś zmierza. Każdy z nich ma myśli. Dzieje się tak strasznie dużo rzeczy, wszystko drga. I mam taką obawę, że w pewnym momencie coś może nie wytrzymać, pasek klinowy się urwie i cała maszyna wybuchnie. A poza tym ta obsesja końca, którą chciałem umieścić w mojej książce, jest taką obsesją, którą ja sam mam. Ona towarzyszy mi od wielu lat. Mam sny o wybuchu atomowym. Tak jak zresztą napisałem w książce. Coś takiego mam przynajmniej parę razy w miesiącu. Żyjemy w takim świecie, który sami możemy rozwalić i to nie powoduje w nas praktycznie żadnego lęku. Bo my o tym nie myślimy i nie mówimy. Nie mówimy o tym, że gdzieś na świecie jest kilka przycisków. Wystarczy nacisnąć, wystartują rakiety i wszystko się skończy. Dla mnie to jest coś niesamowitego. Ja mam takie silne poczucie, że ludzie, którzy mnie otaczają, żyją w dziwnym stanie schizofrenicznego rozszczepienia. Z jednej strony mają swoje życie, a z drugiej strony nie myślą o sobie w jakiejś takiej globalnej perspektywie. Gdybyśmy wszyscy sobie uświadomili, na jakim świecie żyjemy, to wszyscy powinniśmy albo zwariować, albo stać się super dobrzy dla siebie.

J.P.: Powiedziałeś kiedyś, że „Osiem cztery” nie jest żadnym manifestem pokolenia, że to jest książka o twoich kumplach, ale przecież wielu młodych ludzi identyfikowało się z twoimi bohaterami. Czy jest szansa na to, że odnajdą siebie również w postaciach „Bociana...”?

M.N.: Podejrzewam, że zupełnie nie, bo wątpię, żeby wielu szesnasto-siedemnastolatków przeczytało „Bociana i Lolę” i żeby ta historia stała się ich własną historią. Myślę, że raczej „Osiem cztery” jest książką, z którą ktoś może się utożsamiać. Bardzo często spotykałem ludzi, których wcześniej nie znałem. Mówili, że super, że napisałem taką książkę i że zapisałem myśli, które oni mają w głowie. Wiesz, to jest zajebiście miłe. To jest jedno z najmilszych doświadczeń, jakie może mieć pisarz, kiedy ktoś obcy do ciebie przychodzi i mówi, że ta historia, którą ty stworzyłeś, odegrała dla niego wielką rolę. Niemniej jednak, pisząc „Osiem cztery” nie miałem ochoty na tworzenie żadnego manifestu pokoleniowego. Nie miałem ochoty na opisanie całej generacji. Miałem ochotę po pierwsze stworzyć historię, a po drugie chciałem opisać moich znajomych. Dla mnie ta książka ma strasznie sentymentalne znaczenie. To jest jak taki album z obrazkami. Jak go otwieram, to przypominam sobie, kim byłem, jak miałem osiemnaście lat.

J.P.: Do napisania „Bombla” zainspirowała cię m.in. twórczość Hrabala. A co czytałeś przed „Osiem cztery”, może „Ćpuna” Burroughsa albo „Narkotyki” Witkacego?

M.N.: Tak, ale to są... ja już nie pamiętam, które czytałem po których. Krytycy też mają tendencję do strasznej przesady, i w ogóle piszą jakieś totalne bzdury. Po „Bocianie i Loli” jeden z krytyków porównał mnie do Burroughsa i potem się okazało, że wszyscy piszą, że „Bocian i Lola” powstała pod totalnym wpływem Borroughsa. Ja oczywiście czytałem wcześniej „Nagi lunch” i inne jego książki, na przykład „Ćpuna” i „Pedała”. Ale wiesz, prawdziwą fascynację tym autorem przeżywam dopiero teraz, gdy ukazał się nowy numer „Literatury na świecie”. Wracając do pytania, to... Nie wiem, czy tak naprawdę do napisania „Bombla” zainspirował mnie Hrabal, raczej opowieści, które usłyszałem. Zainspirował mnie pierwowzór Bombla, który żyje teraz w Gładyszowie, i sama rzeczywistość mnie zainspirowała. Potem, kiedy go pisałem, to mogłem korzystać z przeczytanego. Pamiętałem, jak Hrabal tworzył swoje opowieści, co on robił, żeby one się wydawały zimne i smutne, i żeby jednocześnie bawiły. Ale ja myślę, że to się dzieje na takim bardzo nieuświadomionym poziomie. Zawsze jest tak, że jeśli coś czytasz, to potem ta opowieść z ciebie wychodzi, gdy piszesz. A nie pamiętam, co czytałem, pisząc „Osiem cztery”.

J.P.: Niektórzy recenzenci „Bombla” zachwycają się Twoim absolutnym słuchem literackim. Skąd się u Ciebie wzięła niezwykła umiejętność przetwarzania zasłyszanych historii w melodyjną i rytmiczną prozę?

M.N.: Nie mam pojęcia, skąd się wzięła. Czuję się teraz trochę zakłopotany... Ale mogę Ci powiedzieć, że kiedy pisałem „Osiem cztery” i „Bombla”, to dużą wagę przywiązywałem do tego, żeby ta proza miała melodię. I jest bardzo prosty sposób na wychwycenie, czy ona ma melodię, czy nie. Trzeba ją przeczytać na głos po prostu. Kiedy czytałem ją na głos, to czułem, że w pewnym momencie coś nie trybi. No więc zmieniałem spójniki albo jakieś drobne rzeczy żeby jednak trybiło. Ale to była taka intuicyjna praca, że piszesz coś i albo się tobie podoba, albo nie. A wtedy bardzo ważna rzeczą było dla mnie, żeby... to miało w sobie żywą mowę, szczególnie przy „Bomblu”, kiedy cały czas wiedziałem, że ten koleś stoi na przystanku i do siebie mówi.

J.P.: Twoi bohaterowie szwendają się na samym zadupiu rzeczywistości, na marginesie transformacji ustrojowej, a od pewnego czasu w literaturze modny jest antykonsumpcjonizm...

M.N.: Dla mnie pojęcie antykonsumpcjonizmu jest czymś totalnie abstrakcyjnym i irracjonalnym w naszej rzeczywistości. To jest pojęcie wydmuszka, które strasznie niewiele znaczy, no bo żyję w tej rzeczywistości i palę papierosy, i korzystam z tych dóbr. Strasznie lubię chodzić do kina. O antykonsumpcjonizmie można mówić, może to jest początek do jakiejś głębszej dyskusji a’propos systemu i w ogóle złego Babilonu. Jestem za młody, nie pamiętam tego, jak było wcześniej, żeby móc za bardzo wkręcać się w antykonsumpcjonizm. Żyję w tej rzeczywistości i bardzo lubię z niej korzystać. Ale tak jak ja chcę, a nie tak, jak ktoś mi dyktuje. A opis w galerii jest po prostu opisem tego, co się dzieje z ludźmi w momencie, gdy jeżdżą z wózkami i kupują, ale nie wydaje mi się, żeby antykonsumpcjonizm był w tym rozdziale najważniejszy.

J.P.: Ale w literaturze modny jest?

M.N.: Zastanawiam się, czy jest modny. Shuty napisał „Zwał” i media się tym zainteresowały. I to tyle.

J.P.: Ale trzeba jeszcze dodać „Czwarte niebo” Sieniewicza. No właśnie roczniki siedemdziesiąte są w natarciu. Dostają nagrody, Nike, Paszporty Polityki. Kiedy trofea zaczną zdobywać pisarze z Twojego pokolenia?

M.N.: Mnie się w ogóle nie spieszy. Kurcze, mam takie poczucie, i to być może jest bardzo próżne, że mam 21 lat, napisałem „Bociana i Lolę”, piszę czwartą książkę, ale mam strasznie dużo czasu jeszcze. Po „Bocianie i Loli” zacząłem bardzo wierzyć w swoją prozę. Przedtem miałem dużo wątpliwości, czy rzeczywiście powinienem dalej pisać, czy nie. Jestem pewien, że tak, bo czuję, że chcę coś powiedzieć innym ludziom o tym świecie. Ale nie wiem, kiedy pisarze z mego pokolenia będą zdobywać nagrody (śmiech). Bardzo się nad tym nie zastanawiam. Być może wtedy, kiedy ludzie, którzy wychowywali się w podobnych czasach, jak ja, będą za to odpowiedzialni. Ale może tak być wtedy, kiedy napiszę czwartą książkę. Nagle się spodoba, a może nie. Nie wiem. Dorota Masłowska (jej drugiej książki nie czytałem), której pierwsza książka zupełnie nie jest tym, o czym piszą roczniki siedemdziesiąte, odniosła niebywały, totalny sukces.

J.P.: Czy możesz zdradzić, o czym będzie Twoja czwarta książka i kiedy się ukaże?

M.N.: Nie bardzo mogę. Nie wiem, kiedy się ukaże, bo jeszcze jej nie skończyłem. Chciałbym ją skończyć w przeciągu najbliższego półtorej roku (pauza). No, ale niestety nie mogę za bardzo powiedzieć, o czym ona jest, bo jeszcze nikomu o tym nie mówiłem. Zawsze, kiedy pisałem, podkładałem to moim znajomym... To będzie bardzo duża epicka historia, będzie miała w sobie wiele innych historii.

J.P.: Dziękuję za rozmowę

Warszawa, 6 listopada 2005