Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (49) / 2006

Bernadetta Darska,

UROCZY POZIOM POWTÓRZENIA

A A A
Po przeczytaniu „Głupca” Ewy Schilling mam mieszane uczucia. Co więcej, odczuwam nieodparte wrażenie, że już coś takiego czytałam, że już coś takiego było i że nie trzeba szukać wcale daleko, bo we wcześniejszej twórczości samej autorki. Lekturze „Głupca” towarzyszy więc rozczarowanie. A szkoda...

Szkoda przede wszystkim dlatego, że Ewa Schilling potrafi znakomicie opowiadać o uczuciu, o emocjach, jakie istnieją między dwiema kobietami. Jest w stanie wzruszyć, poruszyć nawet. Nie znaczy wcale, że utraciła tę zdolność w „Głupcu”. Uczucie rodzące się pomiędzy Anką – uczennicą, a Aliną – nauczycielką, jest pokazane bardzo przekonująco. Miłość ta, choć trudna, daje szczęście i ma swoje spełnienie. To z pewnością ogromny plus fabuł budowanych przez Ewę Schilling. Także plus historii lesbijskiej konstruowanej przez nią w „Głupcu” i cecha odróżniająca jej utwory od opowieści gejowskich. U Schilling lesbijki się kochają, u Witkowskiego i Żurawieckiego geje przede wszystkim się pieprzą. Autorka „Akacji” w swoim pisaniu o lesbijskim uczuciu bliska jest pisarstwu Nicole Müller. Opisywana przez nią historia dzieje się na podobnym poziomie emocjonalnym, dotyczy jednak sytuacji poznania i rozpoznania, w przeciwieństwie do „Bo to jest w miłości najstraszniejsze” Müller, gdzie opisane zostaje rozstanie.

Atutem historii opowiedzianej przez Schilling jest wiarygodność, z jaką pokazuje, że lesbijki żyją tak samo jak heteroseksualiści, różnicę stanowi jedynie płeć osób, z którymi uprawiają seks. Można zatem pokusić się o stwierdzenie, że autorka jakby przy okazji prowadzi działalność edukacyjną, próbując w literaturze przewartościować homofobiczne uprzedzenia narosłe wokół lesbianizmu. Związek dwóch kobiet to po prostu związek ludzi, którzy się kochają, chcą razem mieszkać, budzić się obok siebie, jeść razem posiłki, rozmawiać, mieć wspólne radości i smutki. Demony uprzedzeń, jakie zawsze słychać w tle w przypadku innej orientacji seksualnej, w „Głupcu” zostają jakby uśpione, wyciszone, wydają się mniej groźne nawet niż w rzeczywistości. Bohaterki funkcjonują w nadzwyczaj przyjaznym otoczeniu – krąg znajomych akceptujących lesbijstwo, przyjaciółki lesbijki, wyrozumiały ksiądz, przyjazne reakcje tych, którzy się domyślają, rodzina, która akceptuje bądź przynajmniej toleruje. Nieliczne przeciwności właściwie nie naruszają sielankowej atmosfery, a ewentualne nieporozumienia wynikają bardziej z emocji targających Anką i Aliną, z lęku przed wejściem w związek.

To niewątpliwie dwie podstawowe zalety „Głupca”. A niedociągnięcia? Do nich zaliczyłabym zbyt silne upodobanie autorki do posługiwania się kliszami obyczajowymi i stereotypami. Już sam pomysł romansu nauczycielki i uczennicy nie jest niczym odkrywczym. Zwłaszcza, że u Schilling nauczycielka jest stosunkowo młoda, wyzwolona, pełna zapału i pomysłów, natomiast uczennica wyróżnia się na tle swoich rówieśników inteligencją i wewnętrzna pasją. Wystarczy przywołać niedościgniony wzór „Madam” Libery czy popularną wersję z powieści Harnego „Lekcja miłości”. Autorka oparła się tutaj na ewidentnym schemacie. Podobnie motyw byłej narkomanki (koleżanka Anki – Ulka), czy szerzej – zagrożenia narkomanią, jest ostatnio dosyć popularny (tu znowu warto przywołać Harnego), a Schilling, sygnalizując problem uzależnienia, molestowania seksualnego, kazirodztwa, nawet i przemocy domowej, nie idzie w swym opisie dalej niż w powierzchowne publicystyczne opisy wyżej wspomnianych zjawisk.

Na początku książki pojawia się epizod z przeszłości – historia lesbijska z nieszczęśliwym zakończeniem, która w symbolicznym sensie ma stać się sygnałem, zielonym światłem zapalającym się dla Anki i Aliny. Z bardzo podobnym motywem mamy do czynienia w jednej z historii opisanych we wcześniejszej książce Schilling, a mianowicie w „Akacji”. Tak duże podobieństwo trudno usprawiedliwić, zwłaszcza że dramatyczna opowieść z „Głupca” nie mówi niczego, czego autorka nie napisałaby wcześniej.

Ewa Schilling nie unika również szablonów w opisywaniu samego lesbijstwa. Mamy wcześniejszy związek z mężczyzną, którego wspomnienie budzi tylko obrzydzenie, bo przypomina marny pomysł na zabicie w sobie rodzących się skłonności homoseksualnych. Mamy mężczyznę z przeszłości, który nie wierzy, że można być lesbijką, i jest przekonany, że seks z nim jest w stanie uleczyć z lesbijstwa. Mamy rozczarowane małżeństwem mężatki, które odchodzą od swoich mężów, w związku z kobietą odżywają i są nareszcie szczęśliwe. Mamy nauczycielkę Dąbkowską, stojącą na straży tradycji i obyczaju, przykładną żonę, matkę, katoliczkę, która próbuje zmusić Alinę do odejścia z pracy, grożąc ujawnieniem faktu, że Alina jest lesbijką. Okazuje się tymczasem, że podobne skłonności najprawdopodobniej tkwią w samej Dąbkowskiej! Mamy wreszcie spektakularny rodzaj coming outu – zmysłowy taniec Anki i Aliny na szkolnej studniówce.

Powtarzam więc, Ewa Schilling potrafi opisywać uczucia. Robi to bardzo przekonująco. Szkoda tylko, że w eksplorowaniu wątku lesbijskiego utknęła na poziomie powielania tych samych schematów fabularnych. Osobiście chciałabym się dowiedzieć, co dalej. Co dalej z prozą lesbijską? Jestem też ciekawa, jak potoczy się związek Anki i Aliny. Schilling nie wyszła bowiem w swoim opisie poza etap zauroczenia, pierwszej fascynacji. „Głupiec” to historia początku związku i to historia raczej sielankowa. I choć na końcu książki znajdujemy sugestię, że nikt o bohaterkach nie napisze, jeśli im się uda, to tak naprawdę nie wiemy, czy im się powiedzie, czy będą umiały pokonać przeciwności i agresję, z którą kiedyś mogą się spotkać. A właśnie kolejny etap związku wart jest opisania. Schilling w „Głupcu” zatrzymuje się na poziomie klasycznej/baśniowej historii miłosnej: poznały się, pokochały, pokonały przeszkody, żyły długo i szczęśliwie. Czy aby na pewno? Dlatego czekam na taką książkę Ewy Schilling, która opowie mi o tym, na czym „długo i szczęśliwie” polega.
Ewa Schilling „Głupiec”. Korporacja Ha!art, Kraków 2005.