Wydanie bieżące

1 października 19 (67) / 2006

Ryszard Chłopek, Wojciech Brzoska,

KIEDY PISZĘ „ŚMIERĆ”...

A A A
Z Wojciechem Brzoską rozmawia Ryszard Chłopek
Ryszard Chłopek: Wojtku, Bóg często się pojawia w Twojej nowej książce – tytuł „Sacro casco”, motto z Lecha Janerki, no i oczywiście same wiersze. To zresztą dotyczy też wcześniejszych rzeczy, ale w ostatnich kawałkach jest jeszcze bardziej widoczne, niemal na pierwszym miejscu. Właśnie o Twoje relacje z Bogiem chciałem zapytać, bo bohater tej liryki sprawia wrażenie, jakby się na Nim w jakiś sposób zawiódł albo był przynajmniej wysoce nieufny.

Wojciech Brzoska: Ryszardzie, masz rację, bohater moich nowych wierszy z pewnością jest nieufny, ale nieufność ta dotyczy raczej ludzi niż siły wyższej. Zwróć uwagę chociażby na wiersze takie jak „przełamując wiarę”, „wypisz wymaluj” czy „pascha”. Wydaje mi się, że fraza „bóg jest w twoim sercu i naszych rękach” poetycki punkt ciężkości kładzie na czynnik czysto ludzki i to, w jaki sposób człowiek, bądź co bądź istota omylna, nie bez wad i skaz, nieumiejętnie pośredniczy w kontakcie z Bogiem, używając go do swoich małych, przyziemnych celów, często traktując jak kartę przetargową. Z kolei wiersz tytułowy tomu w sposób ironiczny polemizuje z również ludzkim zadufaniem tych, którzy „czują się lepsi, bo wierzą”. Tekst ten dedykowany jest czołowemu poecie „katolickiemu” Wojciechowi Wenclowi, którego kiedyś Piotr Sommer nazwał w jednym z wywiadów „płaskim ideologiem kultury”. Mnie dużo bardziej interesuje, zarówno w poezji jak i w życiu, poszukiwanie i stawianie pytań.

A rzekomy zawód, o którym wspomniałeś, zakłada, że miłość, którą powinno obdarzać się Boga, nie jest miłością bezwarunkową tylko warunkowaną wymiernymi korzyściami, które z niej płyną, prawda? Takie nasze pozaziemskie, a jednocześnie jakże przyziemne ubezpieczenie od wypadków... Śmiertelnych?

R.Ch.: No tak. Chciałem zapytać o Wencla, ale mnie uprzedziłeś. To może zrobię inaczej. Przy okazji tego rodzaju rozmów często pada pytanie o ulubionych poetów, inspiracje i tak dalej. Odwróćmy tego kota zadem w kierunku wody: którzy pisarze Cię w jakiś sposób drażnią, złoszczą, śmieszą lub wywołują jakiekolwiek negatywne skojarzenia czy emocje? No i oczywiście dlaczego tak się dzieje? Wiem, że to trudny temat, więc umówmy się, że nie musisz mówić o żyjących.

W.B.: Stawiasz mnie w podwójnie trudnej sytuacji – o żyjących źle mówić po prostu się boję, bo kto wie, co czyha za rogiem (śmiech), a o zmarłych – wiadomo – wypada ponoć tylko dobrze albo wcale... Jest sporo literatury, która pozostawia mnie obojętnym, która raczej nie wywołuje żadnych emocji. To może być nawet i dobra, sprawnie napisana poezja czy proza, ale wydaje mi się, że w pewnym sensie każdy czytelnik szuka w danym utworze, pomiędzy wersami siebie. Jeśli tekst coś w Tobie otwiera, uświadamia, zaskakuje albo językowo porywa – to świetnie.

Nawet jeśli drażni, wkurza czy złości – też nienajgorzej. Jeśli coś śmieszy, a w założeniu raczej nie miało, wtedy robi się kiepsko, bo budzi raczej politowanie... Bywa też tak, że sam temat, który ktoś porusza, dotyka Cię, bo bezpośrednio dotyczy, natomiast jego artystyczna realizacja (tudzież ideologizacja) zupełnie Ci nie odpowiada. Z tym ostatnim przypadkiem miałem chyba do czynienia, pisząc tytułowy wiersz tomu „sacro casco”, zresztą, jak większość moich tekstów także i ten źródło ma w konkretnym wydarzeniu...

R.Ch.: Większość Twoich tekstów ma źródło w konkretnych wydarzeniach? Właściwie jest to widoczne, chociaż nigdy tak o tym nie pomyślałem. Za to bez wątpienia postrzegam Cię jako poetę, który konsekwentnie od czterech książek realizuje pewien tradycyjny model wiersza. Żeby nie plątać się w fachowe terminy, w których tak łatwo się zagubić, zapożyczę się u Kubusia Puchatka – jest to poezja „wktórejwiadomoocochodzi”. Nie ciągnie Cię czasami w inne rejestry – hermetyczne, neolingwistyczne, bardziej eksperymentalne?

W.B.: Wiesz, wolałbym chyba porozmawiać bardziej szczegółowo o mojej najnowszej książce, ale niech będzie... Prawdę powiedziawszy nigdy nie zastanawiałem się, jaki „model wiersza realizuję”, to raczej „zmartwienie” krytyków... Czy w moich tekstach „wiadomo o co chodzi”? Jeśli tak twierdzisz, to mogę Ci chyba tylko pozazdrościć, bo chwilami sam się nad tym zastanawiam (śmiech). A tak poważnie – w dobie narzekań na brak czytelników związany z hermetycznością tzw. „młodej poezji” właśnie, nie powinienem się chyba tym aż tak bardzo przejmować. Wydaje mi się, że mimo wszystko gdybyś porównał „językowo” mój debiutancki tomik i najnowszy, widać jednak różnicę... A do czego mnie „pociągnie” w przyszłości – któż to wie?

R.Ch.: Zgoda Wojtku, wracamy do „Sacro casco”. Porozmawiajmy zatem o śmierci, skoro już tak dużo panoszy się jej w Twojej nowej książce. Zawsze była ona u Ciebie obecna, jednak teraz ten temat wyraźnie dominuje nad innymi...

W.B.: Rzeczywiście, sporo śmierci „panoszy się”, jak to zgrabnie ująłeś, w „Sacro casco”. Jednak i ona, podobnie jak temat Boga, ujęta bywa często w cudzysłów ironii, chociażby w początkowych wierszach tomu – „po grabki” czy „panendoskopia”... Jakub Winiarski w interesującej recenzji opublikowanej na łamach serwisu „literackie.pl” napisał, że „pod niepoważnymi wersami Brzoski czają się otchłanie powagi, może nawet trwogi. Jego śmiech jest śmiechem Kierkegaarda, który obejrzał właśnie film Woody Allena”. Hmm, cóż, coś chyba w tym jest... Nawet tytułowy wiersz książki „ociera się” o ten temat, ale jego bohater po „zderzeniu ze śmiercią” natychmiast puszcza oko do siebie i czytelnika. Może przed śmiercią uratować nas może (sic!) tylko poczucie humoru, kto wie (śmiech)? A skoro poruszyłem wątek filmowy – w tomiku pojawia się też bezpośrednie nawiązanie do jednego z moich ulubionych filmów – „Przełamując fale” Larsa von Triera... Też już „tradycyjnie”, niejako...

R.Ch.: Zaraz, zaraz. Zanim porozmawiamy o filmach, zatrzymajmy się jeszcze przy śmierci. W opracowywaniu tego motywu bynajmniej nie jesteś osamotniony. Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilku poetów, dla których jest to bardzo ważny temat, wręcz dominujący – Honet, Sarna, Tkaczyszyn-Dycki, Kobierski i pewnie wielu innych. Skąd u Ciebie potrzeba zatańczenia w tym lirycznym danse macabre? Trwoga? Lęk? Twoja data urodzenia prowokuje mnie do pytania o autentyczność emocji, doświadczeń. Bo może to tylko chwyt retoryczny, stwarzający wrażenie owych „otchłani powagi”, na które tak ślicznie złapał się Winiarski? Bo kiedy piszemy „śmierć”, to od razu robi się i patetycznie, i egzystencjalnie, choć Rafał Wojaczek miał w tej materii cokolwiek odmienne zdanie. Może usiłujesz wpisać się w jakiś nurt, który po prostu estetycznie bardzo cię pociąga? Może śmierć jest zwyczajnie „atrakcyjna estetycznie” jako temat?

W.B.: Kiedy ja piszę „śmierć” chyba jednak nie robi się patetycznie, bo każdy poeta pisze „śmierć” inną czcionką, na swój sposób oswaja tę myśl, która musi być bliska każdemu. To przecież temat bardzo osobisty. Czy motywy funeralne opisywane przez starca są bardziej autentyczne niż poetycki danse macabre – pogo odtańczony przez nastolatka – nie mam pojęcia i szczerze powiedziawszy bałbym się podobne sądy wygłaszać... Zresztą – kiedy spojrzymy na daty urodzin wspomnianych przez Ciebie poetów, uświadomimy sobie, iż wszyscy z wyjątkiem Dyckiego reprezentują tzw. „roczniki siedemdziesiąte”, więc teoretycznie też chyba nie powinni mieć jeszcze przepustek-oboli do tej krainy (od)wiecznych, poetyckich łowów... A jednak ich artystyczne wizje, notatki czynione na marginesie śmierci robią wrażenie, prawda? Nie jest to więc chyba kwestia wieku, raczej potrzeby. Reszta jest talentem, chciałoby się dopowiedzieć. Nie usiłuję więc absolutnie wpisywać się w żaden nurt, tak się po prostu dzieje i tyle. Pierwszy wiersz tomu „Sacro casco” zatytułowany „lato, lato (...)” napisałem kilka lat temu tuż po ostatnim, jak się okazało, spotkaniu z moją umierającą wtedy babcią, która znajdowała się już gdzieś na granicy jawy i snu. Ten tekst lewituje też jak gdyby na granicy pamięci i niepamięci, na obraz nałożyła się również zasłyszana w radiu piosenka... Dalej jest już raczej „lżej”, „po grabki” i „panendoskopia” to, takie nieco bardziej (auto)ironiczne obrazki, zwłaszcza ten drugi. U jego podstawy leży jednak także lęk, może nieco śmieszny, nieuzasadniony, ale jednak działający na wyobraźnię. Kolejne teksty związane są bezpośrednią z moim tzw. życiem codziennym i pracą, która coraz częściej przenika do wierszy...

R.Ch.: No właśnie! W związku z pracą i wierszami od razu muszę zadać trzy pytania, choć cały czas pamiętam, że poruszyłeś temat inspiracji filmowych i obiecuję do nich wrócić. Przyznam, że kiedy pierwszy raz mi powiedziałeś, gdzie pracujesz, to aż gwizdnąłem z zachwytu. Oczywiście gwizdnąłem bardzo wewnętrznie i na wszelki wypadek niczego nie dałem po sobie poznać. Pomyślałem sobie wtedy, że areszt to takie miejsce, gdzie każdy osadzony to osobny poemat, dramat, powieść, a być może fraszka lub satyra. Że to miejsce niezwykłe dla poety ze względu na koncentrację w jednej przestrzeni trudnych i „złych” losów. Poza tym „żywoty” przestępców to temat wciąż dla literatury dziewiczy – gdzieś tam kołacze mi się „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego (odwoływałeś się do niej w jednej z poprzednich książek) oraz „Powszechna historia nikczemności” Borgesa, ale to chyba wszystko... Motywy więzienne faktycznie są bardzo częste w „Sacro casco”, jednak pojawiają się w formie bardzo językowej – jako zdania, metafory, porównania. Sama opowieść czy zdarzenie nie przenika. Nie ukrywam, że jest to źródło jakiejś mojej frustracji związanej z lekturą Twojej ostatniej książki. Ale też jest to wyraz Twojej przemiany jako poety, o której to przemianie zresztą wcześniej wspominałeś. Kiedy porównuję „Blisko coraz dalej” z „Sacro casco” uderza mnie wyraźne odejście od opowiadania, redukcja sytuacji lirycznej do minimum. Wcześniej mówiłeś też, że większość Twoich tekstów bierze początek w konkretnych zdarzeniach. Tak, ale już przy literackim obrobieniu tych wydarzeń obcinasz je same, a pozostawiasz sam liryczny komentarz. To oczywiście nie dotyczy wszystkich tekstów, ale taka jest ogólna tendencja. Rozgadałem się bardzo, ale właśnie o te trzy rzeczy chciałbym zapytać: o motywy więzienne, o odejście od „opowiadactwa” oraz o przemianę Twojej poezji.

W.B.: Po kolei, więc... Motywy więzienne rzeczywiście jakiś czas temu zaczęły „ostrożnie” pojawiać się w moich wierszach, w „Sacro casco” jest kilka tekstów związanych bezpośrednio z miejscem, w którym od kilku już lat pracuję. Masz rację, to miejsce izolacji skupia wiele negatywnych, „złych”, pokręconych i dziwacznych losów, bo przecież trafiają tam ludzie bardzo różni, którzy na małej (coraz niestety mniejszej) przestrzeni muszą jakoś egzystować. Każdy z osadzonych to osobny dramat, to fakt. Nigdy jednak nie podjąłbym się chyba opisania któregokolwiek z nich w formie wiersza, to raczej „tematy” na opowiadania, może powieść. To są po prostu fabuły, historie, dla których „opisania” konieczne są inne, dużo dłuższe niż wiersze formy... Na razie, prawdę powiedziawszy, nie odczuwam takiej potrzeby, może kiedyś w przyszłości..? Poza tym – odkąd pamiętam, w literaturze zawsze najbardziej interesowały mnie frazy, zdania, wersy, dużo bardziej niż fabuły. Do tej pory jeśli sięgam po prozę, to zachwycam się nie opowiadaną w niej historią, która ma dla mnie znaczenie raczej drugorzędne, zachwycam się językiem właśnie, melodią frazy, jej „poetyckością”. Tak działo się między innymi podczas lektury genialnego „Sercątka” Herty Müller. A wracając do więziennych inspiracji – ostatnio częściej pisałem wiersze z perspektywy osobistego odosobnienia, bo w ciągu ostatniego roku sporo jesiennych i zimowych miesięcy spędziłem na swoistym „wygnaniu” w szkole oficerskiej w Sulejowie i Kaliszu. „Stamtąd” właśnie pochodzą wiersze „meldujemy frontujemy wyglądamy tak samo jak się czujemy” i „**(dwie gwiazdki)”.W zeszłym roku wraz ze znajomymi nakręciłem też krótką, kilkunastominutową poetycko-więzienną impresję filmową zatytułowaną „Scrafitto”, która ukazała się na płycie DVD jako dodatek do „Kursywy” (nr 3/2005).Ostatnio zresztą, muszę się pochwalić, film miał swój pokaz podczas międzynarodowego festiwalu kina niezależnego FILMOWA GÓRAeuropa w Zielonej Górze, będzie też pokazywany w tamtejszej regionalnej telewizji TVP 3. Tak zdaje się, zupełnie nieświadomie, doszliśmy do zapowiadanego wcześniej przez Ciebie tematu filmowych inspiracji...

R.Ch.: I bardzo dobrze. Tym bardziej, że przed chwilą postawiłeś mi przy temacie inspiracji filmowych jeszcze jeden znak zapytania, ale za to taki, który w tym momencie najbardziej mnie intryguje. Mówisz, iż nie interesuje Cię fabuła, że zajmuje Cię bardziej zdanie, brzmienie, fraza, metafora. Skąd w takim razie u Ciebie te nieustanne odwołania do filmów? W końcu film, to przede wszystkim opowieść. Może w jakiś sposób jednak tęsknisz za snuciem historii? A może traktujesz obraz jako język bardziej „kompetentny” niż słowo, lepiej radzący sobie z fabułą? A może szukasz w filmach czegoś jeszcze innego i właśnie tym czymś próbujesz podzielić się z czytelnikiem?

W.B.: Faktycznie, sporo tych filmów w moich wierszach, ale i tak nie przebiję Grzegorza Olszańskiego, autora „Kronik filmowych” (śmiech). Sięgając pamięcią do poprzednich tomików: moje ulubione „Niebo nad Berlinem”, „Lokator”, „Przypadek”, „Listonosz”, „Jazda” teraz jeszcze „Przełamując fale”... Wiesz, dla mnie film to głównie dialogi i zdjęcia, które tworzą klimat, też niekoniecznie fabuła. Lubię filmy „przegadane”, z fantastycznymi dialogami jak „Niebo...”, ale także piękne, malownicze, szerokie kadry rodem z „Jazdy”. Lubię kino „szarpane” albo „rytmiczne”, afabularne, rwane... W końcu reżyserzy dzielą się ponoć na „pisarzy” i „malarzy”, coś w tym jest... Zwróć uwagę, że jako poeta też chyba bardzo często myślę „obrazami”, a bohaterów niektórych moich wierszy filmy po prostu „dopadają” gdzieś nagle, dość nieoczekiwanie i ja każę im w nich grać – nie mają wyjścia (śmiech). A wracając do „obrazów”, „kadrów” – od dwóch lat coraz intensywniej interesuję się fotografią, to też chyba nie przypadek...

R.Ch.: Wojtku, przyznam, że przystępując do wywiadu z Tobą myślałem o tematach bardziej ogólnych, dotyczących samej – użyję tego słowa, choć ono nie jest właściwe – „filozofii” czytania i pisania. Dość szybko skierowałeś rozmowę na samą książkę. Nie czuję niedosytu, bo to, o co chciałem zapytać, i tak się pojawiło – samo, spontanicznie. Jednak teraz zadam pytanie, które już grzechocze w mojej głowie od momentu owej zmiany koncepcji wywiadu – skąd taka potrzeba omawiania właśnie wydanej książki? Żywisz obawę, że czytelnik może sobie nie poradzić z materią tekstów i czujesz się w obowiązku oprowadzić go po nich? Może przeczytawszy „Sacro casco” już po wydaniu książki, odniosłeś wrażenie, że czegoś Ci w niej brakuje, więc chcesz to dopowiedzieć?

W.B.: Nie, nie. To pewnie raczej coś pomiędzy entuzjazmem z jednej strony, a niepewnością z drugiej powoduje we mnie te egotyczne odruchy. Entuzjazmem, bo przecież każdy autor w niedługim czasie po wydaniu na świat swojego literackiego „dziecka” przeżywa mocno ten fakt, jest taki moment, że książka przez chwilę przesłania mu resztę rzeczywistości, do tego stopnia jest nią zaaferowany... Potem na szczęście wszystko powraca do tzw. normy. A niepewność, o której wspomniałem, dotyczy odbioru, parafrazując Andrzeja Sosnowskiego – „książka wychodzi z domu i nigdy nie wraca”, jednak jako autor chciałbym się nią jeszcze przez moment „zaopiekować”, stąd pewnie wynikają te moje dość „rozpaczliwe” i może nie do końca potrzebne próby mówienia „na marginesie”... A w czytelników wierzę, oczywiście, jak najbardziej...

R.Ch.: Patrzę teraz na ostatnią stronę okładki, gdzie znajduje się zdjęcie wykonane przez Pawła Lekszyckiego. Widnieje na nim Twoja twarz, bardzo smutna, na dodatek za kratkami. W pierwszym momencie pomyślałem – udany żart. Ale potem zaczęły mi przychodzić do głowy różne skojarzenia. Poeta zatrzaśnięty w swojej książce, swoich wierszach? Poeta oddzielający się od świata swoimi tekstami? Kto go tam zamknął? Dlaczego? Sam się zamknął? Uciekał? Szukał schronienia? To jest pułapka? Pułapka rzeczywistości czy pułapka języka? A na fotografii z pierwszej strony okładki widzę drzwi, jednak te są wyłamane, pokonane. Leżą sobie bezradne na jezdni (chyba) obok jakiejś kałuży i już nikogo zamknąć nie mogą. To przejście od otwarcia do zamknięcia bardzo mnie intryguje...

W.B.: Bardzo interesujące to wszystko, co powiedziałeś, hmm... Faktycznie – leżące na ziemi drzwi na otwarcie książki i „zamknięcie” (w celi) na jej zamknięcie, brzmi podejrzanie, prawda? O tym otwarciu i „zamknięciu” przyznam, że nie pomyślałem, ale bardzo ciekawe są Twoje interpretacje... Tę fotografię na pierwszej stronie okładki zrobiłem swego czasu bodajże niedaleko dworca w Bytomiu i wybrałem z bardzo wielu fotek, które miałem do dyspozycji... Drzwi z dyskretnie zarysowanym znakiem krzyża pośrodku leżące obok kałuży, która odbija niebo, chmury... Intuicyjnie czułem, że klimat tego zdjęcia, smutku, jak powiedziałeś „bezradności” z jednej strony, ale z drugiej przewrotnie ironiczny idealnie koresponduje z wierszami z tomiku. Poza tym – już na tym zdjęciu to, co niebiańskie, „boskie”, odbija się w tym, co ziemskie, te dwa porządki przenikają się przecież nawzajem także i w „Sacro casco”. No i jeszcze ten krzyż, może słabo widoczny, ale jednak – można go dostrzec. Taki absurdalny, ale i jakże symboliczny „obrazek” „leżał” na ziemi, po prostu, wystarczyło po niego sięgnąć, to też chyba trochę jak z niektórymi wierszami...

Smutny poeta-więziennik, który na co dzień funkcjonuje po tej „właściwej” (?), wygodniejszej stronie krat, a teraz daje się „uwięzić”... Zdjęcie z tyłu okładki, które zrobił mi kiedyś w Galerii Wilson Paweł Lekszycki, to też oczywiście żart, ale i zmiana perspektywy spojrzenia, w książce bohater moich tekstów doświadcza świata z różnych stron. Wszystko ma przecież swój awers i rewers, powierzchnię i głębię...

R.Ch.: ...I wszystko podobno ma też początek i koniec. No pewno dotyczy to naszego wywiadu, który tutaj nie bez pewnego smutku pozwolę sobie zamknąć. Dziękuję za rozmowę.


Sierpień - wrzesień 2006 roku