Wydanie bieżące

1 października 19 (67) / 2006

Grzegorz Mucha,

MUSE

A A A
“Black Holes And Revelations”. Helium 3, Warner Bros, 2006.
Muse to jeszcze jeden brytyjski zespół, któremu warto się przyjrzeć. Powstał w 1994 roku na gruzach amatorskiej grupy Rocket Baby Dolls w małej mieścinie Teignmouth w hrabstwie Devonshire. Matt Bellamy (śpiew; gitara, pianino, teksty), Chris Wolstenholme (gitara basowa, śpiew) oraz Dominic Howard (perkusja): tworzyli jeszcze jedną grupkę przyjaciół, która dzięki tworzonej muzyce, zaistniała w Londynie. Nagrali pierwszego singla „Uno”, następnego „Cave”, po których pojawiła się płyta „Showbiz”. Jej producentem został John Leckie, człowiek odpowiedzialny za brzmienie Radiohead na płycie „The Bends”. Dziś mogą się pochwalić znaczącymi na wyspach brytyjskich nagrodami (Brit Awards, „Q”, Kerrang). Szczególnie polubiła ich publiczność koncertowa, czego dowodem są liczne zaproszenia na czołowe europejskie festiwale rockowe.

Mocną stroną grupy są ciekawie kompozycje oraz głos wokalisty. Bellamy należy do tych frontmanów, których zapamiętuje się od razu. Dodam, że takich wokalistów albo się od razu lubi, albo... Przypomina on bowiem Wayne Husseya z The Mission, który przecież doczekał się takiej samej ilości sympatyków, co wrogów. Muse przypomina Mission nie tylko „głosowo”, ale także charakterystyczną, nostalgiczną manierą piosenek. Są w tym bardzo brytyjscy, co akurat uwielbiam, przyznaję jednak że momentami za bardzo popadają w patos. Taka właśnie jest najnowsza płyta „Black Holes And Revelations”. Zawiera jedenaście piosenek, z których każda ma w sobie pewien przyciągający drobiazg. Wyróżnia się znana i przebojowa „Starlight”, która dla mnie jest tegorocznym hitem. Utwór, który porównałbym pod względem typu melodii i swoistej motoryki do świetnego, ubiegłorocznego przeboju New Order „Krafty”. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje też piosenka jakby retro „Soldier’s Poem”, która poprzez partie wokalne nawiązuje do... Queen. Zaciekawia też „Hoodoo”, który w krótkim, piosenkowym czasie zaskakuje zmienną dramaturgią. Mam jedynie nadzieję, że postępujące znaczenie tzw. produkcji w ich muzyce, nie zniszczy ducha zespołu.

A jest to już piąta płyta zespołu. Moim zdaniem dorównująca powszechnie chwalonej „Origin of Symmetry”. Jeśli tamten tytuł przyniósł mu uznanie i ustalił pozycję w rockowym światku, to najnowszy zdecydowanie umacnia pozycję grupy, która teraz może już być pewna swej przyszłości.