Wydanie bieżące

1 maja 9 (249) / 2014

Damian Preis,

SZTUKA WYSUBLIMOWANEGO CUKIERNICTWA

A A A
Najnowsze dzieło Wesa Andersona przypomina kunsztowne cukiernictwo, pojawiające się zresztą w kilku scenach „Grand Budapest Hotel”. Każda warstwa odsłania inny smak, ujawnia rękodzielniczą precyzję, może nie mistrza, ale z całą pewnością więcej niż sprawnego rzemieślnika, a na dodatek syci oko feerią barw i wymyślnych kształtów. Krótko mówiąc: mucha nie siada.

Fabuła jest nieskomplikowana, a mimo to od początku ujmuje popisem wyobraźni. Zresztą i to nie wydaje się oczywiste, ponieważ twórca raczy nas historiami ułożonymi szkatułkowo. Oto pisarz opowiada o tym, jak kiedyś poznał właściciela hotelu, pana Moustafę (F. Murray Abraham). Ten z kolei wspomina, jak kiedyś sam był boyem hotelowym i w jaki sposób wszedł w posiadanie hotelu. Postacią, wokół której koncentruje się zawierucha wydarzeń, jest Gustave H. (Ralph Fiennes), posiadający rozległe kontakty wśród gości, jak sam podkreśla, przyjeżdżających do Żubrówki (wymyślonego przez Andersona państewka) dla jego towarzystwa. Akcja rusza z kopyta, kiedy jedna z klientek (Tilda Swinton) Gustava umiera, zapisując mu w testamencie bezcenny obraz, na który czyhają jej krwiożerczy krewni. Bohater ukrywa podarunek, ale synowie matrony nie odpuszczają tak łatwo, będą deptać mu po piętach i nie zawahają się przed niczym, aby odzyskać utracone dobro. W tarapatach pomaga Gustavowi wierny towarzysz Zero.

„Grand Budapest Hotel” rozpoczyna się się jak komedia kryminalna, a może kryminał komediowy, lecz bogata galeria postaci (zagranych zresztą przez wyśmienitą obsadę, w skład której weszli m.in.: Adrien Brody, Edward Norton, Harvey Keitel, Willem Dafoe, Jeff Goldblum, Saoirse Ronan, Leya Seyodux, Jude Law) sprawia, że opowieść wchłania i inne wątki, rozgałęzia się w rozmaite konwencje, od pastiszu, poprzez film grozy, po melodramat.

W filmie Andersona uwagę przykuwają zaskakujące rozwiązania – wyrażone nie poprzez fabułę, ale scenografię i rekwizyty, które ani przez chwilę nie pozostają bez wpływu na przebieg wydarzeń, choć trzeba przyznać, że mało kto myśli o nich w takich kategoriach, jak reżyser i scala z pozoru sztampowe elementy w sprawnie działającą orkiestrę. Czechow byłby dumny. W połączeniu ze starannie zaplanowaną, dopieszczoną w najmniejszym detalu kompozycją i barokowym przepychem, otrzymujemy dzieło nieaspirujące co prawda do duchowej czy intelektualnej uczty, ale dające dużą, nieobciążoną w żadnym momencie poczuciem straty czasu frajdę. Można ją jeść łyżkami.
„Grand Budapest Hotel” („The Grand Budapest Hotel”). Scenariusz i  reżyseria: Wes Anderson. Obsada: Ralph Fiennes, Tilda Swinton, Adrien Brody i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: USA 2014, 100 min.