Wydanie bieżące

1 maja 9 (249) / 2014

Artur Zaborski,

IRAN JEST WSZĘDZIE

A A A
Wydarzenia: 32. Fajr
Współczesne kino irańskie oscyluje między eksponowaniem lokalnej specyfiki a biernym naśladownictwem Zachodu. Filmy cierpiące na pierwszy syndrom mają znaleźć poklask za granicą, na drugi – wśród ojczystych widzów. Niestety, jedne i drugie w większości nie trafiają do nikogo. W zalewie tandety broni się jedynie garść twórców niezależnych i zachowujących dystans wobec panujących mód.

Młodzi reżyserzy próbujący sił w kinie artystycznym nie umieją wyjść poza obszar, który zawłaszczyli dla siebie ich ojcowie w latach 90. XX wieku i w pierwszej dekadzie XXI stulecia. Nie ma w Iranie charakterystycznego buntu młodych pokoleń; jest za to strach przed wychylaniem się i niechęć do szukania własnej formy wypowiedzi. W programie 32. Fajr znalazło się mnóstwo filmów, które do znudzenia kontemplowały tradycyjnie żyjące rodziny w małych miejscowościach. Skupiona na detalu kamera sennym wzrokiem przypatrywała się symbolom lokalnej specyfiki – bosym stopom, wytartym chafiye, znoszonym hidżabom. Źle pojmowany realizm początkujący twórcy próbują wynieść do rangi sztuki na fali sukcesów irańskich filmów Abbasa Kiarostamiego, Jafara Panahiego czy Majida Majidiego. Ograne tematy irytują, a pozbawione pomysłów scenariusze zniechęcają do śledzenia karier ich autorów.

Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy Irańczycy próbują naśladować Hollywood. Ograniczony sankcjami krajowy rynek nie pozwala im nawet nabyć materiałów potrzebnych do tworzenia efektów specjalnych. Te powstają więc metodą chałupniczą i w najlepszym razie wypadają pokracznie, w najgorszym – prowadzą do tragedii. Najczęściej dyskutowanym w kuluarach festiwalu tematem był wypadek, który wydarzył się na planie filmu „Meerajiha” reżyserowanego przez Masouda Dehnamakiego. Pięć osób zginęło tam, ponieważ do realizacji sceny użyto prawdziwych materiałów wybuchowych, z braku dostępu do pirotechnicznych (film opowiada o wojnie między Irakiem i Iranem w latach 80. XX wieku). Irańczycy wciąż zastanawiają się, jaka jest prawdziwa przyczyna tej tragedii – wypadek, nieuwaga czy ingerencja „góry”? Ostatnia opcja wydaje się o tyle mało wiarygodna, że obraz miał mieć premierę właśnie na Fajr. A festiwal jest rządową imprezą – pretekstem jej zaistnienia stało się upamiętnienie islamskiej rewolucji z 1979 roku.

Przesiew filmów godnych uwagi jest tu o tyle utrudniony, że za dobór programu odpowiada wyjątkowo brutalna i niesprawiedliwa komisja, złożona z cenzorów. To właśnie z tego powodu w harmonogramie projekcji znalazły się filmy tak nieudolne i miałkie, jak „A Meteor Made of Light” Mohammada Rezy Islamlou. Stylizowany na dokument obraz podejmuje aktualną tematykę polityczno-historyczną (okupacja południa Bejrutu przez Syjonistów), prowadząc do jasnej konkluzji – tylko wiara w Allaha prowadzi do wyzwolenia. Takich tytułów było więcej, ale nie warto tracić czasu na ich wspominanie.

Trzeba natomiast sprawiedliwie zaznaczyć, że tegoroczna edycja festiwalu i tak różniła się od poprzednich. Odkąd na czele Iranu stoi prezydent Hasan Rouhani, w sferze kultury zdaje się panować rozluźnienie. Trudno nawet wyobrazić sobie, by w czasach przeczulonego Ahmadineżada w ramach festiwalu mógł zostać zaprezentowany film taki jak „Red Carpet”. To dzieło naczelnego komika Iranu, szalenie popularnego dzięki sitcomom Rezy Attarana, w bezlitosny sposób rozprawiające się z kompleksami i stereotypami, w które wpędzają się i umacniają sami Persowie. Twórca igra z ogniem. Pal sześć żarty z programu nuklearnego czy pozycji kobiety w muzułmańskim świecie, ale już scena, w której główny bohater – aktor, jadący na festiwal w Cannes – śpi na ulicy, okrywszy się irańską flagą, wywołała poruszenie wśród bardziej wrażliwej części widowni. Projekcja tego filmu była jedną z nieczęstych okazji doświadczenia wielkiej mocy kina w kwestii innej niż artyzm. W tym miejscu warto przypomnieć, że irańskie kina (jak i wszelkie możliwe inne miejsca publiczne) „przyozdabiają” portrety ajatollahów. Oglądanie „Red Carpet” w towarzystwie spozierającego ze ściany groźnym wzrokiem Chomeiniego dodało zupełnie nowych wrażeń i dopisało projekcji nowy kontekst.

Film Attarana wpisuje się w nurt tych obrazów, które bez upiększeń mierzą się z irańską rzeczywistością. W „Red Carpet” duma Persów została wielokrotnie zraniona, a ich wyobrażenia o potędze własnego kraju i szacunku, który budzą za granicą, brutalnie obśmiane. W podobnym tonie utrzymany jest także najlepszy film festiwalu – tragikomiczny „Snow” Mehdiego Rahmaniego. Jego bohaterami są członkowie rodziny z klasy średniej. Żyją w jednorodzinnym domu na północy Teheranu (a więc w bogatej części metropolii), ale razem wyglądają dobrze tylko na zdjęciach. Rodzina u Rahmaniego przechodzi bowiem kryzys – i to podwójny. Członkowie familii nie umieją ze sobą rozmawiać i toną w długach. Właśnie okazało się, że ich dom przejął bank i to akurat w dniu zaręczyn córki. Powodzenie tychże staje się wspólnym celem, który ma na nowo zjednoczyć rodzinę. Ale reżyser nie ma wątpliwości, że zjednoczenie to jest tylko pozorne. W istocie każdy pracuje tu na siebie. Wartości wspólnoty to jedynie piękny mit; taki sam, jakim stało się samo pojęcie „rodziny” w Iranie. „Snow” można więc potraktować jako zerwanie maski ze społecznego oblicza Irańczyków.

Wiele masek zerwała także mistrzyni irańskiego kina – Rakhsana Bani Etemad. Sześćdziesięcioletnia reżyserka pokazała na festiwalu film „Tales”, mozaikową opowieść, na którą składa się siedem nowel. Bohaterami tychże są mieszkańcy Teheranu, osoby w różnym wieku, znajdujące się na różnych szczeblach drabiny społecznej. Wspólnym mianownikiem opowieści, poza miejscem zamieszkania postaci, jest kierat życia w stolicy. Bani Etemad jawnie odwołuje się do wydarzeń, które odbiły się szerokim echem także na świecie (stłumione strajki w teherańskiej fabryce, pracujące bez rękawiczek ochronnych przy transfuzji krwi pielęgniarki, które zarażały pacjentów wirusem HIV w jednym ze szpitali, czy też – szerzej – rosnącą grupę narkomanów), ale to, co w jej filmie osobne i wyjątkowe, to sposób, w jaki twórczyni patrzy na te zjawiska: niebywale krytyczny, ale i przepełniony miłością do kraju i jego mieszkańców. „Tales” to jeden z najpiękniejszych przejawów patriotyzmu, jakie zaserwowało nam w ostatnich latach kino.

Osobny pozostał także film „Today” Seyeda Rezy Mirkarimiego. To niezwykle intymna historia bezdzietnego taksówkarza, który w wyniku skomplikowanych wydarzeń zostaje wzięty za męża poturbowanej kobiety w zaawansowanej ciąży. Mężczyzna nie próbuje wyjaśnić tej sytuacji. Jego intencje wydają się czyste, a działania instynktowne, motywowane  współczuciem, chęcią niesienia pomocy. Nic nie jest tu jednak takie, jakie w pierwszej chwili się wydaje. Zło tylko pozornie ma oczywistą genezę, a dobro popycha do niewiarygodnie okrutnych postępków. „Today” to przejmujący koncert postaw, emocji i konfliktów, który rozbrzmiewa w głowie na długo po projekcji.

Z racji politycznego nacechowania teherańskiego festiwalu, Irańczycy – widzowie i twórcy –  niechętnie w nim partycypują. Fakt ten smuci o tyle, że to właśnie z niego mogliby się dowiedzieć, jaka jest recepta na sukces w kinie. 32. Fajr potwierdził starą prawdę: ani zapatrzenie się w dorobek ojców, ani fascynacja tworami speców z Zachodu nie są jego istotą, a skupienie na sobie samych. Tylko w ten sposób, tworząc dzieła osobne i lokalne, osiąga się wyżyny uniwersalizmu. Bo Iran jest wszędzie.

Autor jest redaktorem naczelnym portalu Stopklatka.pl.