Wydanie bieżące

15 maja 10 (250) / 2014

Sara Nowicka, Maciej Gil,

NIE ZAPRASZAMY TWÓRCÓW KINA ŁATWEGO

A A A
Sara Nowicka: Kino na Granicy od lat poświęca sporo miejsca reżyserom, którzy nie są znani szerszej publiczności, ale zostali docenieni przez krytykę. W tym roku widzowie przeglądu mogą zobaczyć retrospektywę Dušana Hanáka, laureata m.in. nagród na Berlinale za film „Ja kocham, ty kochasz”. Reżyser współpracował z cenionym na całym świecie Janem Švankmajerem, a w jego filmach grali polscy aktorzy: Lucyna Winnicka i Roman Kłosowski. Z czego, pana zdaniem, wynika słaba rozpoznawalność Hanáka wśród polskiej widowni?

Maciej Gil: Jego nieobecność na ekranach polskich kin w dawno minionej epoce wiązała się przede wszystkim z tym, że każdy kolejny jego film wędrował na cenzorskie półki: „322” (1969) krótko po premierze, „Obrazy starego świata” (1972) nie weszły na ekrany przez siedemnaście lat, „Ja kocham, ty kochasz” (1980), film z Romanem Kłosowskim, osiem lat stał na półce. Dwa jego dzieła były wówczas pokazywane w Polsce: „Różowe sny” (1976) i „Cicha radość” (1985), pozostałe okazały się po prostu niecenzuralne, więc nie było szansy, aby zostały kupione do bratniego kraju. Po 1989 roku Hanák zrobił dwa filmy. Były to czasy, w których wszyscy zajmowali się sytuacją geopolityczną i budowaniem nowego państwa, a niekoniecznie myśleli o tym, by wymieniać się kulturą. Po obowiązkowej, narzuconej wymianie kulturalnej nastąpiła w tym temacie totalna zapaść, dziura, wobec czego film „Prywatne żywoty” z 1990 roku nie miał szans zaistnieć w Polsce. Zresztą trafił w bardzo zły czas, nie był też zbyt chętnie oglądany w kraju reżysera, gdyż ludzie zajmowali się czymś całkowicie innym niż poszukiwanie ciekawego kina. Ostatni jego film, „Papierowe głowy” z 1995 roku, pojawiał się w Polsce. Było to duże wydarzenie, międzynarodowa koprodukcja, właściwie pierwszy film, który sumował środkowoeuropejskie doświadczenia lat 1945-1989. Milczenie Hanáka przez ostatnich 19 lat spowodowało, że nie jest on przesadnie rozpoznawalnym twórcą wśród polskiej publiczności, ale wśród organizatorów festiwali filmowych, ludzi zajmujących się kinem słowackim, czechosłowackim, środkowoeuropejskim jest to postać znana i doceniana. Dość powiedzieć, że w ostatnich ośmiu latach ma już miejsce trzecia prezentacja jego twórczości w Polsce. Nie jest to więc postać anonimowa, aczkolwiek zasługuje na to, by być bardziej rozpoznawalna. Jego kino oczywiście nie jest łatwe; jest intelektualne, z bardzo mocnym społecznym czy też socjologicznym tłem, ale na przegląd Kino na Granicy nie zapraszamy twórców kina łatwego. Wielkim zaszczytem dla mnie jest to, że Hanák zgodził się tutaj przyjechać i że jako pierwsi w Polsce prezentujemy jego twórczość fotograficzną, której poświęcił się, gdy przestał robić filmy. Mówił mi, że gdyby czuł się lepiej, to bohaterowie jego fotografii staliby się bohaterami jego nowego filmu. Wydaje mi się, że Hanák nie podejmie się już nakręcenia filmu; na razie tworzy fotografie, które ewidentnie są kontynuacją tematyki jego filmów.

S.N.: Czy wiadomo, jak „Różowe sny” zostały przyjęte w tamtych czasach w Polsce? Film ten wydaje mi się jednym z najbardziej przystępnych i, mimo gorzkiej wymowy, przyjemnych obrazów Hanáka.

M.G.: Tak, to bardzo przyjemny i ciekawy film, chociaż też nie obyło się bez problemów z cenzorami, którzy mieli uwagi do tego, że Hanák nie pokazuje wspaniałych socjalistycznych bloków, budowanych wtedy na potęgę, tylko zajmuje się jakąś romską osadą na obrzeżach wsi. Towarzysze zawsze znaleźli pretekst, by coś się nie podobało. Czytałem parę recenzji z polskiej prasy z tamtego okresu i były one pozytywne. Film miał wąską dystrybucję, dla wybranej publiczności i oczywiście był dobrze przyjęty, jest to przecież bardzo interesująca propozycja. Główni bohaterowie grani przez Juraja Nvotę i Ivę Bittovą po latach zrobili ciekawe kariery. Nvota został reżyserem filmowym i teatralnym, bardzo cenionym, a Bittová jest światowej sławy skrzypaczką i pieśniarką. Hanák zawsze miał niezwykłego nosa do współpracowników. Podczas Kina na Granicy po 34 latach reżyser spotkał się z innym swoim aktorem, Romanem Kłosowskim. Obaj podzielili się wspólnymi wspomnieniami z publicznością, co było jednym z bardziej wzruszających momentów przeglądu. To bardzo ciekawe, że główne role w słowackim filmie „Ja kocham, ty kochasz” zagrali wówczas Czeszka, Polak i Serb. Przykład tego filmu pokazuje, jak wielką rolę pełniły i, mam nadzieję, nadal pełnią festiwale filmowe. Rolę Pišty w swoim filmie Hanák zaproponował Romanowi Kłosowskiemu po obejrzeniu filmu „Dziura w ziemi” Andrzeja Kondratiuka na festiwalu w Karlovych Varach. Reżyser miał już pomysł na film; zobaczywszy Kłosowskiego, przepisał scenariusz, myśląc już tylko o nim. Później wysłał paczkę ze skryptem do teatru w Łodzi, którego Kłosowski był dyrektorem i tak doszło do tego, że polski aktor jedną ze swoich najwybitniejszych i zarazem niewielu pierwszoplanowych ról zagrał w filmie słowackim, mało znanym w Polsce.

S.N.: Nie tylko Hanák jest twórcą borykającym się z cenzurą. W sekcji „Biały mazur. Kino kobiet” można na przykład zobaczyć film „Bluszcz” Hanki Włodarczyk, właściwie niedostępny przeciętnemu odbiorcy; również prezentowana na przeglądzie studencka etiuda Agnieszki Holland to dzieło prawie nie do zdobycia.

M.G.: Ale nieobecność tych akurat filmów nie wynika z problemów z cenzurą, a raczej z kapryśnej pamięci widzów. „Grzech Boga” (1969) występuje we wszystkich filmografiach Agnieszki Holland, ale mało kto go widział. Jest to film, który reżyserka zrobiła na trzecim roku FAMU, studiów, które kończyła w trybie niestandardowym dlatego, że jakiś czas przebywała w więzieniu w Czechosłowacji za działalność opozycyjną. Jej ćwiczenie z trzeciego roku zostało zaliczone jako praca dyplomowa. „Grzech Boga” jest perełką krótkiego metrażu; to prawdziwie niezwykłe kino. Główną rolę zagrała młodziutka wówczas Jaroslava Pokorná, która w ostatnim wielkim dziele Holland, serialu „Gorejący krzew” (2013), wcieliła się w matkę Jana Palacha. To fantastyczna rola i fajna klamra spinająca te czeskie tematy i wątki w biografii reżyserki.

S.N.: Możemy to zobaczyć w dokumencie „Powrót Agnieszki H.” (2013) Krystyny Krauze i Jacka Petryckiego.

M.G.: Tak, dokument opowiada właśnie o czeskich latach i, jak się mówi z przymrużeniem oka, o „kryminalistach”, czyli polskich studentach na FAMU, którzy igrali z władzą i odsiedzieli swoje za sprzeciwianie się interwencji wojsk Układu Warszawskiego w 1968 roku. To jest bardzo ciekawy epizod w biografii Holland. Sam dokument jest natomiast fantastycznym filmem, który w bardzo niestandardowy sposób podchodzi do tego tematu. Można się było spodziewać jakiegoś kombatanctwa, wypominania, skarg, ale to nie pasuje do podejścia i klasy pani Agnieszki. Według mnie, jest to niezwykły film o różnych odmianach przyjaźni: studenckich, później zawodowych; cały czas chodzi po prostu o przyjaźń, wielki skarb.

„Bluszcz” to nie jedyna trudno dostępna perełka z panelu „Biały mazur”. Tytuł cyklu „ukradliśmy” z niezwykłej książki Moniki Talarczyk-Gubały, oczywiście za jej zgodą. Dla mnie największą wartością tej książki jest „odkurzenie” zapomnianych autorek filmów. Dzięki lekturze sam poznałem te filmy, co nie było łatwe, ponieważ bardzo trudno je zdobyć. Postanowiłem to kino trochę wypromować. Uznałem, że mam ku temu dobry pretekst, tym bardziej, że filmy pokazujemy z autorskim komentarzem Moniki, a w jednym wypadku z komentarzem reżysera. Może wydać się zaskakujące, że akurat reżyser będzie prezentował film z cyklu „Kino kobiet”, ale myślę, iż on sam się z tego „wytłumaczy”. Twórcą tym jest Laco Adamik, a filmem „Mężczyzna niepotrzebny” (1981), dawno nigdzie niepokazywany, być może dlatego, że jest to dramat aborcyjny.

S.N.: Przejdźmy zatem do kina ukraińskiego. W cyklu „Granice i mury świata”, zamiast zapowiadanej byłej Jugosławii, pojawiła się Ukraina. Wszyscy wiemy, co obecnie dzieje się w tym kraju, jednak kino, które prezentujecie na przeglądzie, dalekie jest od politycznego zaangażowania. Jak wygląda nowe kino ukraińskie?

M.G.: Ten cykl gości na przeglądzie po raz trzeci. Początkowo miał pokazywać te rejony świata, gdzie granice i mury wciąż rosną i mają realny wpływ na życie ludzi; wpływ zawsze negatywny. W tym roku mieliśmy pokazywać ex-Jugosławię i powojenną traumę, co pewnie kiedyś zrobimy, ale z przyczyn oczywistych pojawiła się Ukraina. Dużo mówi się teraz o tym kraju, głównie w kontekście wielkiej polityki. A mamy tam przyjaciół, którzy tygodnie spędzali na Majdanie, kręcili filmy, które, mam nadzieję, też będziemy mogli pokazać za rok, więc z empatii i sympatii chcieliśmy po prostu coś dla nich zrobić. Trudno jednak jest cokolwiek zrobić, kiedy tłuką się mocarstwa. Postanowiliśmy przybliżyć widzom kulturę tego kraju, która jest w Polsce w zasadzie nieznana. Wydaje się trochę książek, ale są to publikacje jedynie trzech czy czterech autorów, takich jak: Serhij Żadan, Jurij Andruchowycz, Taras Prochaśko i Natalia Śniadanko, więc niewiele. Kino ukraińskie jest natomiast nieobecne na ekranach od lat, a szkoda, bo święci ono tryumfy na festiwalach, także tzw. kategorii A. Pokażemy na przykład zwycięzcę festiwalu w Cannes. Myślę, że polskie środowisko filmowe byłoby dumne, gdybyśmy mogli pochwalić się taką nagrodą, a Ukraińcy w ostatnich latach dwa razy wygrali konkurs filmów krótkometrażowych w Cannes, o czym mało kto wie. Tegoroczny cykl był przygotowany bardzo szybko; nie wszystkie filmy, jakie chciałem pokazać, udało się zdobyć. Zabraknie np. pięknego filmu Ewy Nejman „Dom z wieżyczką”, który niedawno wygrał jedną z sekcji konkursowych w Karlovych Varach. Nie wykluczam jednak, że kino ukraińskie zagości u nas na dłużej.

S.N.: Właśnie, pojawił się pomysł, by kino ukraińskie było stałym cyklem Kina na Granicy.

M.G.: Tak, z pewnością jest co pokazywać. Twórczość współczesna wydaje się dosyć skromna i różnej jakości, ale jest jeszcze cała historia kina ukraińskiego, np. świetne filmy nieme, które są teraz rekonstruowane cyfrowo. Działa tam też grupa ludzi, która chce promować to kino, notabene na Ukrainie chętnie promująca też kino polskie, czeskie, słowackie; jest tam fajna publiczność, która chce oglądać takie filmy. Liczę na to, że Ukraina tutaj zagości. Zobaczymy, wszystko na razie jest w sferze planów. Oczywiście tegoroczny cykl to hołd złożony Ukraińcom oraz ich kulturze; mam nadzieje, że publiczność oglądająca te filmy zaduma się nad tym, co tam się dzieje, bo nasi przyjaciele są ciągle niepewni swojego losu i przyszłości. W panelu mamy też film o krymskich Tatarach – wstrząsające losy tego narodu również są mało znane w Polsce.

S.N.: Chciałam też zapytać o historię pojawiającego się od lat madziarskiego akcentu, czyli nowych węgierskich produkcji wplatanych do programu. W tym roku widzowie Kina na Granicy zobaczyli film „Aglaja” (2012) Krisztiny Deák, który przez kobiecą tematykę i osobę reżyserki koresponduje niejako z panelem „Biały mazur”.

M.G.: Można powiedzieć, że to czysty przypadek. „Aglaja” to film koprodukcyjny, rumuńsko-węgiersko-polski, który do dziś nie zagościł na naszych ekranach, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Pokazywany jest jedynie na festiwalach, chociaż też nieczęsto. Madziarski akcent to nasz ukłon w stronę, jak to mówimy, czwartego bastionu wyszehradzkiego. Kino węgierskie bardzo lubimy, aczkolwiek wykracza poza naszą tematykę, dlatego dorzucamy tylko kilka filmów do naszego programu. Czasami jest ich więcej, w tym roku tylko jeden, wyreżyserowany przez kobietę i opowiadający o kobietach. Pretekstem było to, że film jest oparty na fantastycznej literaturze, w Polsce dość dobrze znanej – wszystkie książki Aglaji Veteranyi ukazały się nakładem Wydawnictwa Czarne, więc są w jakiś sposób rozpoznawalne. Film się spodobał, ktoś nawet zapytał mnie, czy nie zrobimy cyklu o cyrku? Kto wie, może zrobimy…

S.N.: Podczas poprzednich edycji można było zobaczyć środkowoeuropejskie kino gatunkowe. W tym roku nie ma takiego cyklu, jest za to „Wielka Wojna 1914-1918”. Czy to kontynuacja panelu, tym razem biorąca pod uwagę kino wojenne, czy może po prostu zrezygnowano z tego pomysłu?

M.G.: Skończyły nam się te najbardziej klasyczne gatunki filmowe. Został melodramat, aczkolwiek próba wybrania filmów tego typu spełzła na niczym: albo byłoby ich masę, albo trzeba byłoby pokazywać rzeczy zahaczające o komedie romantyczne, co zakrawałoby na absurd, chociaż te czeskie czasami są naprawdę całkiem strawne, czego nie można powiedzieć o polskich. W tym roku rocznica zdopingowała nas do tego, żeby pokazać wielką wojnę i rok 1914, który miał zasadnicze znaczenie dla historii regionu, w którym się znajdujemy. Chcieliśmy zaprezentować dwa nurty opowiadania o wojnie: z jednej strony trochę prześmiewczo-nostalgiczny, z drugiej taki, jaki powinien charakteryzować kino wojenne, czyli przestrzegający przed absurdem i brutalnością zbrojnych konfliktów.

S.N.: Dziękuję za rozmowę.

Na fotografii: Maciej Gil, Roman Kłosowski i Dušan Hanák. Zdjęcie: fotoSprinter.pl.