Wydanie bieżące

15 maja 10 (250) / 2014

Dominik Szcześniak,

BURZLIWIE I Z PASJĄ

A A A
Rychły koniec ciągnącego się przez lata wątku serii wyczuwalny był w kilku ostatnich tomach „Hellboya”. Mike Mignola ustawiał na scenie poszczególnych aktorów, przypominał motywy z początków sagi, a jednocześnie wprowadzał świeże elementy i chętnie udzielał się w opowieściach pobocznych, odbiegających od trzonu historii. W „Burzy i pasji” wszystkie te składniki stworzyły wybuchową miksturę.

We wstępie do albumu (warto dodać, że jednego z najciekawszych w historii zbiorczych wydań tego cyklu) Glen David Gold w bardzo interesujący sposób rozprawia się z ewolucją postaci głównego bohatera, zwracając szczególną uwagę na jego wewnętrzne rozterki. Perspektywa wypełnienia swojego przeznaczenia od zawsze była elementem eksponowanym w budowaniu postaci Diabelskiego Chłopca, jednak dopiero na łamach omawianego tomu doczekała się pełnego rozwinięcia.

Czy Hellboy jest panem swojego losu, czy też decyzje, które podejmuje, są efektem czyichś zabiegów?  Czy lepiej odpuścić czy – będąc świadomym konsekwencji – iść dalej? Czy pić na umór, czy przerzucić się na herbatę? I wreszcie: być albo nie być – oto jest pytanie! Nie bez kozery przywołuję tu Szekspira. Wspomina o nim również Gold, który jedną z decyzji bohatera serii rozpatruje za pomocą porównań do „Hamleta” oraz… piątego sezonu serialu „Buffy: Postrach wampirów”. Gdyby ową tezę przenieść na cały album, pokusiłbym się o stwierdzenie, że dramaturgia „Burzy i pasji” wiele zawdzięcza dziełu angielskiego dramaturga, zaś rozmach opowieści zapożyczono z serialu Jossa Whedona.

Przeplatanka scen, jaką przygotował Mignola, jest bezbłędna i pozwala swobodnie płynąć przez lekturę, mimo naszpikowania jej odniesieniami do wcześniejszych epizodów. Scenarzysta rozgrywa akcję w czasie rzeczywistym, a w przypadku powoływania się na wydarzenia/postaci z przeszłości wprowadza kadr retrospektywny. Takie interludium nie jest na szczęście przegadane i zazwyczaj przedstawia wybraną postać lub scenerię z odpowiednim, konkretnym komentarzem.

Wszyscy w jednym worku – w finale nie mogło być inaczej. „Burza i pasja”, zrealizowana z przytupem, przyprawiona nutką nostalgii, to Armagedon na Ziemi. Rycerze króla Artura wstają z grobów, a królowa wojny Nimue ewoluuje do postaci stwora niewidzianego od początków świata. Bohaterowie, którzy pojawiają się na kartach komiksu, szybko rewidują własne poglądy w obliczu Ragnaröku. Mignola w swej dwutorowej narracji zestawia epicką bitwę o losy świata z kameralną rozgrywką w leśnej chacie. A przy okazji, starym zwyczajem, tworzy nastrój idealnie współgrający z treścią legend.

Wprawdzie we wcześniejszych odcinkach sprawiał się wyśmienicie, ale w „Burzy i pasji” przeszedł samego siebie – głównie dlatego, że mógł w pełni pokazać wachlarz swoich możliwości. Duncan Fegredo rysuje leśne scenerie, angielskie miasteczka, wnętrza kościołów, wszelkiej maści potwory, ale również sceny z frontu I wojny światowej oraz zgliszcza współczesnych miast. Ten komiks w jego wykonaniu to wizualny majstersztyk. Czytelnicy śledzący oryginalne wydania „Hellboya” wiedzą, że (mimo dramatycznego finału) cykl jest kontynuowany. W omawianym tomie dalszy ciąg sugeruje również sam autor, który we w całości zrealizowanym przez siebie epilogu stawia mnóstwo pytań. Ale to już – na szczęście – zupełnie inna historia. Ta, którą śledziliśmy, otrzymała piękny, godny siebie finał.
Mike Mignola, Duncan Fegredo: „Hellboy: Burza i pasja”. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2014.