Wydanie bieżące

15 maja 10 (250) / 2014

Przemysław Pieniążek,

FACET W CZERNI

A A A
Był Amerykaninem co się zowie, ale lubił podkreślać swoje europejskie korzenie. Ponoć ród Caesche (herbowe motto: „Nadejdą lepsze czasy”) wywodził się od królowej Ady – siostry Malcolma IV, potomka Duffa, pierwszego króla Szkocji. Z kolei pierwszym „Cashem”, który postawił nogę na Nowym Kontynencie, był William, który przez Atlantyk przewoził z Glasgow przyszłych osadników. Znudzony nieustanną żeglugą osiadł w 1667 roku w hrabstwie Essex (w stanie Massachusetts), dając tym samym początek amerykańskiej linii tego zacnego rodu. Powyższa opowieść może być rzecz jasna fikcją. Faktem jest natomiast, że John Ray przyszedł na świat 26 lutego 1932 roku w Kingsland w stanie Arkansas jako jedno z siedmiorga dzieci Carrie Rivers i Raya Casha.

Ojciec Johnny’ego imał się najróżniejszych zajęć: pracował w tartaku, był drwalem, kładł tory kolejowe. Gdy sytuacja finansowa stawała się trudna, senior polował na wiewiórki, oposy lub króliki, stanowiące ważny element rodzinnej diety. Słabowity, wątłej budowy chłopak od małego obeznany był z trudem życia na farmie, by w odpowiednim czasie awansować z nosiwody na pełnoetatowego zbieracza bawełny. Nie był specjalnie popularny wśród miejscowych dzieciaków, posiadając wiernego przyjaciela, powiernika i obrońcę w swoim starszym bracie, Jacku. Nic dziwnego, że jego tragiczna śmierć odcisnęła na Johnie sile piętno, które długo nie pozwalało o sobie zapomnieć.

W zasadzie tylko matka wierzyła, że jej niepokorny syn (regularnie palący od dwunastego roku życia oraz nie szczędzący sobie erotycznych przygód od czasu, gdy stracił dziewictwo w wieku lat piętnastu) posiada wokalny talent, w którego rozwoju miały pomóc lekcje śpiewu. Jak czas pokazał, wydatek się opłacił, choć zanim Johnny został zawodowym muzykiem, z niejednego pieca chleb jadł. Był akwizytorem sprzętów domowych, pracował w fabryce samochodów w Michigan, prowadził także nasłuch radiowy dla stacjonujących w Niemczech amerykańskich Sił Powietrznych (ponoć to on przechwycił pierwsze informacje o śmierci Stalina).

W autobiografii Casha nie mogło zabraknąć wspomnienia początków jego kariery, w tym płytowego debiutu ukazującego się w Memphis nakładem wytwórni Sun, promującej takich artystów jak Elvis Presley, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis czy Roy Orbison. Przywołując okoliczności powstawania pierwszych hitów (vide: „I Walk the Line”), Johnny chętnie opowiada o swojej współpracy z szefem studia, Samem Phillipsem, dzięki któremu nabrał wiary w swoje możliwości wokalne oraz zapamiętał, jak ważne jest zachowywanie wierności samemu sobie.

Równocześnie autor skrzętnie wyjaśnia, dlaczego zdecydował się na opuszczenie dotychczasowej wytwórni, odnajdując nową przystań pod szyldem Columbia Records, gdzie bez problemu mógł uwolnić się od przyciasnego wizerunku muzyka country, zwracając się ku utworom spod znaku gospel. W ramach (nie zawsze) sentymentalnej podróży do przeszłości Cash rekonstruuje okoliczności pierwszego spotkania ze swoją przyszłą żoną June oraz nawiązania współpracy z jej macierzystą formacją, folkowym bandem Carter Family, który od czasu wydanego w 1963 roku krążka „Blood, Sweat and Tears” regularnie wspierał charyzmatycznego muzyka.

Sukces „więziennych” longplayów, słynne występy w zakładach karnych Folsom i San Quentin oraz prowadzenie własnego programu telewizyjnego to szczytowe punkty na sinusoidzie popularności Johnny’ego Casha, który między pierwszą połową lat siedemdziesiątych a dziewiątą dekadą minionego stulecia nie osiągał spektakularnych sukcesów, sporadycznie trafiając na listy przebojów, w przedbiegach wypadając z wyścigu najlepiej sprzedających się albumów. Ale dla jedynego w swoim rodzaju „faceta w czerni” (zresztą w książce autor skrupulatnie wyjaśnia symboliczny wymiar hołubionego przez siebie koloru) chude lata nigdy nie były powodem szczególnego zmartwienia. Cash niezmiennie robił swoje, okazjonalnie łącząc siły z Waylonem Jenningsem, Williem Nelsonem oraz Krisem Kristoffersonem w ramach formacji Highwaymen.

Renesans muzyka rozpoczął się wraz z podpisaniem na początku lat dziewięćdziesiątych  kontraktu z American Recordings. Wtedy Cash trafił pod producenckie skrzydła samego Ricka Rubina. Wśród kilku zrealizowanych wspólnie projektów na szczególną uwagę zasługuje wydana w 2002 roku czwarta odsłona serii „American”,  gdzie (obok przeróbek „Personal Jesus” Depeche Mode czy „In My Life” Bitelsów) znalazł się cover kawałka „Hurt” z repertuaru Nine Inch Nails, do którego powstał przejmujący teledysk zasłużenie uhonorowany statuetką Grammy.

Autobiograficzne refleksje muzyka zapuszczają się także w rejony budzące chwilami mało chlubną przeszłość. Małżeństwo z Teksanką Vivian Liberto (matki jego czterech córek) w dużej mierze rozpadło się zarówno z powodów wiecznej nieobecności w domu wykonawcy hitu „Ring of Fire”, jak i postępującego uzależnienia Casha od amfetaminy, barbituranów oraz alkoholu. Kolejne sukcesy w walce z nałogiem (terapie w klinice Betty Ford) i tym boleśniejsze powtórne upadki (na początku lat osiemdziesiątych powrót do picia oraz prochów mających złagodzić ból zoperowanego oka i połamanych przez strusia żeber) nie opuszczały artysty przez długie lata, który zawsze mógł liczyć na ukochaną June – poślubioną w 1968 roku matkę jego jedynego syna.

Carter, zanim została oblubienicą Casha, doskonale znała jego ciemną stronę, w której dominowały samotność, egoizm, frustracja, fałsz i przywiązanie do narkotyków. Szczęśliwie dla wszystkich, ale przede wszystkim dla samego siebie, artysta w porę uporządkował swoje życie duchowe, w czym niemałą zasługę miał transgresyjny pobyt w jaskini Nickajack, z której Cash (wedle własnych słów), poddając się woli Boga, miał wyjść jako zupełnie nowy człowiek lub pozostać w niej na zawsze. Wnikliwa lektura Pisma Świętego zainspirowała muzyka do podróży do Izraela, gdzie angażując wszelkie dostępne środki (także finansowe) zrealizował w 1966 roku film „Gospel Road” poświęcony życiu Jezusa Chrystusa, komponując również ścieżkę dźwiękową wydaną na płycie siedem lat później.

Owocem biblijnych studiów była również powieść „Man in White”, w której autor wyprowadzał zaskakujące paralele między swoim życiem a losami świętego Pawła z Tarsu, jak również dużo późniejsze „The Spoken Word New Testament” – zarejestrowany na czternastu kasetach magnetofonowych audiobook, na którym legendarny muzyk czyta księgi Nowego Testamentu w wersji Biblii Króla Jakuba. Johnny Cash nawet w najczarniejszych godzinach swojego życia nie utracił wiary, pozostając żarliwym i bardzo świadomym chrześcijaninem, otwarcie mówiącym o swoich religijnych przekonaniach także w mediach, które przeważnie nie były z tego faktu zadowolone.

Spisana przy współpracy redaktora Patricka Carra „Cash. Autobiografia” to nie lada gratka dla fanów laureata Narodowego Medalu Sztuki, opowiadającego o swoich bliskich, przyjaciołach (ze szczególnym uwzględnieniem Roya Orbisona) oraz kompanach z zespołu, o specyfice życia w trasie, współpracy z Elvisem Presleyem i Bobem Dylanem, najlepszych koncertach i występach, o których wolałby zapomnieć. Nie unika także newralgicznych tematów dotyczących występu przed amerykańskimi żołnierzami w Wietnamie A.D. 1969 czy traumatycznych chwil podczas Wigilii w 1982 roku, kiedy do jamajskiej samotni Cashów wtargnęli uzbrojeni przestępcy.

Napisana prostym, przystępnym językiem (niwelującym dystans na linii autor-czytelnik) książka – wzbogacona o materiał fotograficzny oraz przegląd dyskografii J.C. – dobrze oddaje charakter jej autora: refleksyjny, pełen zrozumienia dla ludzkiej natury, ale i pokładający głęboką ufność w czuwającą nad wszystkim boską opatrzność. Przy okazji Cash sygnalizuje, że do jego opowieści mogą wkraść się pewne półprawdy (wszak pamięć już nie ta), co jednak doskonale współgra z żywionym przez muzyka przekonaniem, że szczerość ma wiele poziomów. Lektura wspomnień „faceta w czerni” ukazuje nieco popękany, choć wciąż nieźle zachowany autoportret spełnionego ojca i dziadka, wybranego do Country Music Hall oraz Rock and Roll Hall of Fame artysty, jak również wyjątkowego szczęściarza, wdzięcznego za wszystko, co go w życiu spotkało. 

June Carter odeszła do wieczności 15 maja 2003 roku. Johnny Cash dołączył do niej niespełna trzy miesiące później, 12 września, umierając w Nashville z powodu cukrzycowych powikłań. „Kocham drogę. Kocham życie cygana. W dużej mierze po to właśnie żyję, w jakimś stopniu to utrzymuje mnie przy życiu. Gdybym nie mógł przemierzać świata i śpiewać na żywo swoich piosenek zwykłym ludziom, którzy chcą ich słuchać, myślę, że usiadłbym przed telewizorem i zaczął umierać. W tej chwili jednak ta droga się kończy. Oddałem jej wszystko, co miałem, ale wymagała więcej, więc wystarczy. Wracam do domu” (s. 134). Niezapomniany „facet w czerni” już tam jest. Nam pozostała jego muzyka, w większości przypadków należąca dziś do kanonu popkultury.
Johnny Cash: „Cash. Autobiografia” („Cash: The Autobiography”). Przeł. Adam Pluszka. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014.