Wydanie bieżące

15 maja 10 (250) / 2014

Maja Baczyńska, Andrzej Kwieciński,

TRZEBA SIĘ KONFRONTOWAĆ

A A A
Maja Baczyńska: Czy usłyszenie swojego utworu, zwłaszcza po raz pierwszy, zawsze jest czymś wyjątkowym? Czy to się zmienia z upływem czasu?

Andrzej Kwieciński: Usłyszenie po raz pierwszy własnego utworu zawsze jest jak poród. W końcu włożyło się w coś tyle pracy, że trudno mieć do tego dystans emocjonalny. Przy drugim wykonaniu jest już łatwiej, ale pierwsze zawsze wiąże się z wielkim stresem.

M.B.: Był Pan w sezonie 2011/2012 kompozytorem-rezydentem I edycji programu Instytutu Muzyki i Tańca „Kompozytor – rezydent”. Jak Pan wspomina swój udział w programie? Czy tego rodzaju programy są w Polsce potrzebne?

A.K.: Tak, są bardzo potrzebne, bo bez wykonań kompozytor nie może funkcjonować, a program je zapewnia. Myślę, że powołanie IMiT na polskim rynku muzycznym wiele zmieniło. Ten program jest bardzo mocną propozycją dla młodych kompozytorów.

M.B.: Pańska „Sinfonia - Luci nella notte” zamówiona podczas programu „Kompozytor - rezydent” była ostatnio powtórnie wykonana podczas koncertu pod batutą Macieja Koczura, tegorocznego dyrygenta-rezydenta Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina. Skąd pomysł na utwór tak oszczędny w formie, a jednocześnie bogaty w treść? Osobiście odebrałam go jako swoiste „studium szeptów” wykonane przez filharmoników z wielką finezją.

A.K.: To bardzo osobisty utwór – jeden z niewielu w mojej twórczości, który wyraża o wiele więcej niż czysta muzyka. Wydarzyło się parę istotnych spraw, które „zaogniły” mój pomysł na ten utwór. W tym czasie słuchałem bardzo dużo muzyki Dietricha Buxtehudego i Gesualdo Da Venosy, stąd wzięła się inspiracja. Chodziło mi też po głowie „Le Voci Sottovetro” Salvatora Sciarrino. Inspirowały mnie bardzo wyszukane instrumentacje da Venosy, a Sciarrino zawsze był jednym z moich mistrzów. To był okres, gdy po bardzo długim czasie niemocy twórczej musiałem się zmusić, by coś z siebie wyrzucić. Zacząłem odnajdywać siebie i szukać tego, co w muzyce jest dla mnie ważne. Na studiach studiowałem śpiew barokowy – wykonawstwo muzyki baroku i śpiewanie głosem kontratenorowym utworów wczesnobarokowych było dla mnie niezwykle istotne. Niemniej zwykle to, co śpiewałem, odbiegało od utworów przeze mnie komponowanych. Pracując nad „Sinfonią…” starałem się zrozumieć, jak znaleźć połączenie pomiędzy tymi dwoma światami – moją twórczością i ukochanym śpiewem. Dlatego też zainspirowała mnie muzyka tamtego okresu.

M.B.: Powiedział Pan, że jest to utwór dla Pana bardzo osobisty. Pytanie – do jakiego stopnia emocje powinny się przekładać na naszą muzykę? Na ile muzyka współczesna powinna być bardziej intelektualna, a na ile emocjonalna? A może właśnie nie powinno się o tym rozstrzygać?

A.K.: To bardzo ciekawe pytanie, szczególnie w kontekście tej kompozycji. Napisałem cały cykl „Luci nella notte” i jest to jeden z trzech utworów o tak osobistym charakterze. Wolę myśleć o sobie jako o rzemieślniku niż jako o kompozytorze, bo to, co mnie fascynuje w kompozycji, to właśnie rzemiosło – techniczna strona procesu komponowania. Myślenie o sobie jako o artyście i zakładanie, że trzeba zrobić coś wybitnego i coś przekazać, zupełnie mnie nie interesuje. Nie chcę, by moja muzyka była jednoznacznie interpretowana.

M.B.: Jak dalece jest Pan gotów wyjść odbiorcom naprzeciw?

A.K.: Słuchacz jest niezwykle istotny. Piszemy poniekąd dla siebie, ale to jednak słuchacze są najważniejsi. Chcę prowadzić pewną grę z odbiorcami. Bliskie jest mi podejście Witolda Lutosławskiego. Pragnę, żeby moja muzyka była narracyjna i jasna dla słuchacza, lecz jednocześnie niejednoznaczna i oczywista. Nie chciałbym jednak, żeby była niezrozumiała.

M.B.: A czy twórcy do „prostszej” muzyki dojrzewają, czy to się wciąż zmienia?

A.K.: To jest kwestia tego, kim jest kompozytor, czego oczekuje i jakie są jego korzenie. Moja muzyka, zwłaszcza wyżej wymieniony utwór, jest nietypowym przykładem – jest wyjątkowo „prostszym” przykładem (to jest: prosta w formie, w fakturze), inne są bardziej skomplikowane. Ale moja postawa się zmienia – jestem na przykład w stanie znieść jakieś pomyłki, które zachodzą podczas mojego wykonania.

M.B.: Niektórzy z kompozytorów marzą o wyjeździe z kraju, inni sobie tego wprost nie wyobrażają. Jak to było w Pana wypadku?

A.K.: Mieszkam w Holandii od ośmiu lat. Oczywiście każda wyprawa do Polski jest bardzo przyjemna. Zwłaszcza zmiany, jakie zachodzą w kulturze – w sztuce, w muzyce współczesnej – są bardzo pozytywne, czego przykładem są chociażby programy Instytutu Muzyki i Tańca takie jak „Kompozytor – rezydent” czy „Dyrygent – rezydent”. Tego przez lata nie było, to jest niesamowite. Poniekąd Polska staje się taką drugą Holandią, a nawet pod pewnymi względami aktualnie jest lepiej niż w Holandii. Myślę, że każdy kompozytor, jeśli studiuje we własnym kraju, powinien wyjechać – jest to istotne szczególnie dla języka, ale też dla zmiany środowiska. Powinien pojechać tam, gdzie nauczyciele nie będą go „poklepywać po plecach”, gdzieś, gdzie wiele rzeczy mu będzie obce. Takie wyzwania są najistotniejsze dla rozwoju. Bo możemy długo i namiętnie utrwalać się nawzajem we własnej wyższości, ale to nie o to chodzi. Rzecz w tym, żeby się wciąż konfrontować.

M.B.: Ale decyzja o wyjeździe i postawieniu wszystkiego na jedną kartę chyba nigdy nie jest łatwa?

A.K.: Nie wiem, czy postawiłem wszystko na jedną kartę, po prostu wiedziałem, co muszę robić. Szukałem jakiegoś ośrodka, który byłby ciekawy. Hanna Kulenty, do której wówczas chodziłem na lekcje, doradziła mi Hagę, jako że jest tam świetnie i warto pojechać. Zdałem egzaminy… i już.

M.B.: Czy pana podejście do muzyki po wyjeździe się zmieniło?

A.K.: Gdy wyjeżdżałem, w 2005 roku, w Polsce zaczęła się moda na Gérarda Griseya i muzykę spektralną. Co ciekawe, Holandia jest krajem bardzo pod względem muzycznym antyfrancuskim, kultura jest bardzo odmienna od francuskiej, a tymczasem zaraz po przyjeździe trafiłem na kurs muzyki spektralnej, czyli życie wyszło moim ówczesnym poszukiwaniom i fascynacjom naprzeciw. To było dla mnie niezwykle ważne doświadczenie. Napisałem parę utworów, które można nazwać spektralnymi, po czym od spektralizmu odszedłem i… zacząłem szukać siebie.
Fot. Jędrzej Sokołowski.