Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Sławomir Iwasiów,

MÓW, SOŃKA, MÓW

A A A
Pewnego dnia Igor, młody reżyser teatralny z Warszawy, zatrzymuje się na odludziu. Psuje mu się samochód, a jedyną osobą na horyzoncie jest starsza kobieta, Sonia, mieszkająca w Królowym Stojle, małej wsi na białostocczyźnie tuż przy granicy z Białorusią. Sonia zaprasza Igora do domu i zaczyna opowiadać o swoim życiu. Igor, słuchając tej gawędy, wymyśla zarys sztuki teatralnej... Fabuła nowej książki Ignacego Karpowicza jest od początku właśnie tak prosta i w pewnym sensie urzekająca niczym, zdawałoby się przypadkowe, zetknięcie dwóch osób. Jednakże z każdą stroną lektura wciąga coraz bardziej, ponieważ poznajemy nowe wątki, postaci, zdarzenia, pasujące do całości jak elementy przemyślanej układanki.

Sonia i Igor pochodzą – przynajmniej tak się może zrazu wydawać – z dwóch różnych światów. Ona mieszka w skromnej wsi na krawędzi Polski, on przyjechał ze stolicy mercedesem. Ona żyje w przestrzeni między kulturami, mówi po białorusku, po polsku, a właściwie – po swojemu. On zachowuje się jak człowiek z innego wymiaru, nawet jego język brzmi jakoś inaczej, obco (Sonia w myślach nazywa go z lekką drwiną „królewiczem”). Ona jest stara i nie ma złudzeń, że życie będzie trwało wiecznie, on jest młody lub za młodego chciałby się jeszcze uważać. Niby wszystko ich różni – a zwłaszcza doświadczenia, status społeczny i wrażliwość – choć, co Karpowicz z wolna odsłania, również całkiem sporo łączy. Ona chce opowiadać o sobie, a on ma potrzebę, żeby słuchać.

Pod wpływem tego niespodziewanego spotkania Sonia wspomina wydarzenia z przeszłości – głównie młodość na wsi, drugą wojnę światową oraz romans z Joachimem, niemieckim żołnierzem. Jest w jej relacji z Igorem-słuchaczem ukryty sens współczesnej autobiografii: każdy ma potrzebę podzielenia się taką czy inną, lepszą lub gorszą, bardziej lub mniej prawdziwą historią swojego życia. Wystarczy jedynie znaleźć odbiorcę. Sonia opowiada, bo, jak zauważył Douwe Draaisma, „życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”. Bohaterka z każdym dniem ma coraz więcej do opowiedzenia, a za mało czasu i brak słuchaczy, którzy – można się domyślać – albo odeszli z wiekiem, albo nie są zainteresowani. Ponadto Sonia musi stawić czoła innym problemom: jej historia jest niejednoznaczna, niekoniecznie łatwa do zaakceptowana, niepoprawna – historycznie, politycznie, kulturowo. Podczas wojny związała się z Niemcem, miała z nim dziecko, które potem wychowywała u boku innego mężczyzny. Kim jest Sonia? Kobietą niepewną swojej tożsamości? Zdrajczynią? Przypadkową ofiarą zbiegów okoliczności? Jej własna, mała historia boli z każdym słowem, daje o sobie znać w każdym zdaniu: kiedy wspomina narodziny syna, i kiedy opisuje śmierć Joachima, zabitego przez jej brata widłami, i kiedy mówi o mężu, który mimo „zdrady” okazywał jej miłość. Być może właśnie przez ten ból relacja Soni wydaje się szczera?

Z okazji do wysłuchania prawdziwej, wzruszającej opowieści korzysta początkowo nieco cyniczny Igor, któremu zależy na dobrym materiale na sztukę. Karpowicz przedstawia go z dużą dozą ironii. Przekroczywszy próg domostwa Soni, reżyser zaczyna snuć fantazje na temat sukcesu sztuki, którą – zainspirowany zasłyszanymi opowieściami – mógłby wystawić na deskach teatru. To nie wszystko – Igor, zanim jeszcze poznaje tajemnice bohaterki, kalkuluje, jak tu przekuć narrację w złoto: „I machnął różdżką: słońce wygasło, na widowni ucichły szmery, zaraz premiera, punktowy reflektor wydobywa z mroku zgarbioną postać. – Dawno, dawno temu – mówi Sonia, a zgromadzeni poddają się jej głosowi, wpatrują w jej twarz, historia Soni wyrzuca ich poza nawias czasu, a potem owacja na stojąco (Igor trusio staje obok aktorki staruszki, głowę pochyla ku czubkom swoich butów ze skromnością nieco zbyt fotogeniczną); przynajmniej kwadrans trwają oklaski, damy mdleją, kawalerowie nie wstydzą się łez w oku i na policzku wypielęgnowanym. Sukces” (s. 18).

Przede wszystkim – prawdziwe historie nie zaczynają się od słów „Dawno, dawno temu...”, co komplikuje opowieść Soni, sztukę Igora i oczywiście powieść Karpowicza. Nie wiadomo, w którym momencie ta narracja z powieściowej przeradza się w metapowieściową, z auto/biograficznej przemienia się w autotematyczną. Na końcu książki czytamy: „Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych miejsc, osób, zdarzeń i drugiej wojny światowej jest zamierzone, a także kompletnie nieuprawnione” (s. 200) – narracja może być zatem i relacją, i zmyśleniem, zarówno prawdą, jak i fałszem. Warto pamiętać, że sam pisarz pochodzi z okolic, w których dzieje się akcja „Sońki”, więc nie jest to tak „kompletnie nieuprawniona” narracja.

Poza tym „Sońka” to w dużej mierze zdecydowana i celna drwina z tak zwanej warszawki – z artystów karmiących się cudzymi nieszczęściami, żerujących na losach innych ludzi, psujących proste historie zbyt zagmatwanymi formalnie dziełami sztuki, które w gąszczu cytatów i nawiązań niejednokrotnie gubią wartościowe przesłanie. Karpowicz zdaje się niejako przestrzegać przed zbyt łatwym wykorzystywaniem i interpretowaniem „historii opartych na faktach”.

I jeszcze jeden wątek wydaje się interesujący, tak w przytoczonym wyżej fragmencie, jak i w całej powieści – w pewnej chwili sztuka teatralna, którą wymyśla Igor, zaczyna żyć własnym życiem, a samo życie, w nieco modernistycznym motywie, rozpływa się w przestrzeni sceny. Nie wiadomo, na ile reżyser zmyślił narrację Soni, a na ile był wierny jej słowom – prawda zapewne leży gdzieś w połowie drogi między kuchnią w skromnej chacie, gdzie słuchał opowieści, a teatralną sceną, gdzie świętował artystyczny sukces.

Mimo wszystko Karpowicz nie poprzestaje na drwinie i satyrze, choć Igor bywa zabawny, jak wtedy, gdy sam się wzrusza „genialnymi” pomysłami. Bohater odkrywa jednak, chyba pod wpływem szczerości Soni, swoje drugie, głęboko schowane oblicze – przypomina sobie, że przecież pochodzi z niedalekiej białostockiej wsi (jak Karpowicz), gdzie wychowywał się oddychając tym samym, co Sonia powietrzem, mówiąc tym samym, co ona językiem. Jest to zatem także opowieść o życiu w kulturze pogranicznej, polsko-białoruskiej, o byciu ukształtowanym przez obyczaje i język tej kultury. Igor przez długi czas wstydzi się białoruskiego języka, ukrywa go przed światem, podobnie jak wyrzeka się swego prawdziwego imienia brzmiącego Ignacy. Pod wpływem uroku Soni staje się Igorem/Ignacym, dostrzega dwoistość własnej tożsamości. Widzi także, że historia starej kobiety jest po części jego historią: „Z każdym skończonym dniem opowieści Soni wydawał się sobie starszy i cieńszy, pergaminowy i łuszczący się jak farba olejna, jak gdyby jakiś niebieski rachmistrz dodawał te dni do rachunku jego życia, odejmując od rachunku Soni” (s. 53).

Znalazło się w tej książce miejsce na przynajmniej kilka ważnych współczesnych wątków kulturowych, by wymienić tylko auto/biografię, wojenne migracje czy (re)konstruowanie tożsamości. Znamy skądinąd te „miejsca, osoby, zdarzenia”, te zagmatwane dzieje Europy Środkowo-Wschodniej, które u Karpowicza wyraża motyw „romansu z Niemcem”. W najnowszej literaturze trudne związki mają swoje reprezentacje – „Eine kleine” Artura Daniela Liskowackiego (pierw. wyd. 2000) czy „Południcę” niemieckiej pisarki Julii Franck (pol. wyd. 2010). Podobną problematykę, pograniczności i tożsamości, zaprezentowała niedawno Brygida Helbig w powieści „Niebko” (2013), której bohaterowie, przesiedleńcy ze Wschodu, Niemcy z pochodzenia, rozpoczynają nowe życie w polskim Szczecinie. Nie ma w tych książkach – w ich historiach i fikcjach – łatwych pytań i odpowiedzi. Bo co to znaczy być Polakiem/Polką? Na czym polega „niemieckość”? Czy po białorusku można powiedzieć to samo, co po polsku? Jak wygląda życie międzykulturowe, przygraniczne, transgraniczne? Podobnie w powieści Karpowicza – losy Soni, niby proste, niekoniecznie oznaczają, że historia i kultura minionego wieku była zbiorem nieskomplikowanych życiorysów i łatwych decyzji tych, którzy te życiorysy wypełniali treścią.

Przy tym Karpowicz zajmuje się nie tylko opowiadaniem kresowej historii, ale także rozważa okoliczności, w jakich ta historia powstawała i wciąż powstaje: „Nieraz czuł, że opowieści Soni odbiera coś cennego. Czuł się jak kustosz w muzeum cudzych wspomnień, jak horolog przy rozłożonym mechanizmie. Dopiero gdy się przełożyło te wspomnienia na własne doświadczenie, wyłaniało się coś zrozumiałego, równocześnie jednak jasne stawało się, że po drodze coś umykało (s. 108). Bohaterowie powieści spotykają się, jak wspomniałem na wstępie, przez przypadek i zaczynają, można by rzec językiem Paula de Mana, „od-twarzać” przeszłość – nie tylko przedstawiają rzeczywistość, ale też sami stają się jej twórcami.
Ignacy Karpowicz: „Sońka”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2014.