Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

POŻĄDANIE UMYSŁU, CZYLI DIALOG KREATYWNY

A A A
Gdy przed paroma laty natrafiłam na powieść „Zestaw do śmierci”, postanowiłam bliżej zainteresować się jej autorką i z tego banalnego przypadku wzięła początek moja osobista, pozanaukowa fascynacja Susan Sontag. Bynajmniej nie chodzi o adorację idolki, z którą w pełni bym się zgadzała; przeciwnie – niekiedy mnie drażni i pod pewnymi jej poglądami się nie podpisuję, lecz wciąż stymuluje do analiz, kwestionowania komunałów, wynajdywania argumentów… I te prywatne polemiki stanowią bodaj najwłaściwszy wyraz uznania dla owej nietuzinkowej intelektualistki – nie zależało jej wszak na wianuszku wyznawców, tylko na prowokowaniu do myślenia.

Dowodzi tego również świeżo wydany wywiad rzeka, przeprowadzony z nią w 1978 r. dla „Rolling Stone” przez Jonathana Cotta, znajomego Sontag, który poznał ją jeszcze jako student, kiedy pracowała na Uniwersytecie Columbia. 35 lat temu na łamach wspomnianego kultowego czasopisma zamieszczono zaledwie jedną trzecią ich rozmowy, natomiast książka zawierająca pełną wersję ukazała się dopiero w październiku zeszłego roku; stwierdzić zatem można, że przekład otrzymaliśmy w okamgnieniu, co nie dziwi, skoro wydawnictwo Karakter już od pewnego czasu systematycznie, w edytorsko wycyzelowanej serii, przybliża polskiemu czytelnikowi eseje i dzienniki Amerykanki. Bez wątpienia ta nowa pozycja daje równocześnie głęboki i szeroki wgląd w jej umysłowość, zachęcając do sięgnięcia po inne teksty Sontag; co prawda tom nie poraża obszernością (140 stron w charakterystycznym zwężonym formacie), niemniej pomiędzy okładkami zawiera się cała galaktyka treści – chociaż Cott parokrotnie nakierowuje interlokutorkę na niedawne doświadczenie nowotworu i terapii oraz związany z nim esej „Choroba jako metafora”, a także na nową książkę „O fotografii” i zbiór opowiadań „I, etcetera”, w toku rozmowy, niczym z kłącza, rozwijają się samodzielne pędy wątków…

O bezpodstawnej dychotomii myślenia i czucia, ale zarazem o powszechnym wrażeniu „uwięzienia w ciele”. O starzeniu się i stereotypach dotyczących wieku, które prowadzą do usuwania (się) ludzi starych w cień. O nieufności wobec metafor jako blokad myślenia. O macierzyństwie z jednej, a perspektywie dziecka z drugiej strony. O różnicy między epifanią a fragmentem. O warunkach towarzyszących pracy pisarskiej Sontag i jej celach. O ideałach kontrkultury i zgubnym antyintelektualizmie tejże. O imperatywie niesprowadzania świata do własnych wizji. O krytyce filmowej. O uniwersalizmie, o którym wydaje autorka „Miłośnika wulkanów” opinię nieszczególnie poprawną politycznie: „Nie podoba mi się ta liberalna idea, że wszyscy należymy do jednej wielkiej człowieczej rodziny i jesteśmy właściwie tacy sami. Sądzę, że istnieją realne różnice kulturowe i bardzo ważne jest to, by być na nie wrażliwym”, acz uzasadnia ją konkretnie: „Przestałam więc walczyć o to, by Wietnamczycy otworzyli się na mnie i wykonali jakiś gest, który świadczyłby o ich szczerości, bo zrozumiałam, że mają inne sposoby jej okazywania niż my” (s. 101).

Jeszcze o szlachetności oraz empatii. O tym, jak rock’n’roll dosłownie odmienił życie Sontag. O oczarowaniu właściwie nieznanymi nad Wisłą pisarzami amerykańskimi. O mitach narosłych wokół różnych miast i o „geografii moralnej”. O potrzebie obrony kultury wysokiej i literatury modernistycznej przed dyskredytacją. O marihuanie. O niezbędności poświęcenia życia rodzinnego i towarzyskiego w celu stworzenia czegoś wybitnego. O relacjach pomiędzy doświadczeniem, myśleniem i pisaniem, jak też między miłością a seksem. O bezsenności („zamiast liczyć owce, wymyślam antologie”). O tzw. pisarstwie kobiecym i gettoizacji, do której przyczyniają się m.in. tezy Helene Cixous („[…] wybory poetki, prozaiczki czy malarki zależą od tego, jakie upodobała sobie tradycje, oraz od […] doświadczeń, z których […] część może mieć coś wspólnego z byciem kobietą, lecz nie musi to o niczym przesądzać” [s. 81]). O gwieździe Dawida jako autoportrecie Sontag. O „wypożyczaniu” przez nią siebie tekstowi. O tym, żebyśmy jako społeczeństwo przyzwalali na zachowania marginalne i niestandardowe, „zamiast stawać się coraz bardziej zbiurokratyzowani, (…) opresywni i autorytarni” (s. 45).

O autobiografizmie i fantazjach na temat świata. O agresywności fotografii (zważmy, że to spostrzeżenie sprzed epoki wszędobylskich aparatów cyfrowych). O transseksualizmie. O pisaniu jako zrzucaniu z siebie idei, a więc ciągłym wychodzeniu poza siebie. O poczuciu wstydu w kontraście do poczucia winy. O emancypacji jako kwestii nie tyle równych praw, ile równej władzy. O polskim akcencie w lekturze, która na kilkuletniej (!) Sontag wywarła niezatarte wrażenie. O nihilistycznej podszewce współczesnej kultury Zachodu. O zmianach inspiracji czytelniczych. O niechęci powracania do korzeni i pragnieniu nowych początków. Wreszcie o wierze w nieoczekiwane, „szczeliny w rzeczywistości”…

Tematów dotkniętych przez rozmówców wskazać by można znacznie więcej i chociaż przeważnie wysnuwają się one z poprzednich na mocy asocjacji, czasami płynna rozmowa przechodzi jednak w wywiad, ilekroć „dziennikarz” zadaje przygotowane pytania. (Notabene, Cott nie tylko przytakuje interlokutorce, ale jest jej intelektualnym partnerem, a jego zasób – chyba nie w każdym wypadku wcześniej zanotowanych – cytatów zarówno z tekstów autorki „Przeciw interpretacji”, jak i klasyków od Nietzschego i Blake’a przez Kafkę po Goncourtów naprawdę imponuje). Gdyby w ów potok zagadnień wprowadzić śródtytuły, może by zyskał na przejrzystości, lecz stracił tę naturalność, dzięki której mamy szansę poczuć, jakbyśmy przysłuchiwali się intymnym zwierzeniom nad kubkiem herbaty. Sontag roztacza dookoła przyjazną atmosferę i nie ustanawia dystansu; poznajemy ją jako miłośniczkę Patti Smith i osobę z poczuciem humoru, a nawet dowiadujemy się na własną pociechę: „Wiem dużo mniej, niż większość ludzi sądzi. Gdybyś mnie poprosił, żebym wyjaśniła, na czym polega strukturalizm albo semiologia, nie umiałabym tego zrobić” (s. 48).

Z drugiej strony, uczestniczymy w sui generis wtajemniczeniu i wywiad skłania do przyznania Cottowi racji, iż jego bohaterkę otacza „mistyczna aura”. Trzeba powtórzyć, że – jak to z wtajemniczeniami bywa – nie chodzi o wyłożenie zbioru gotowych opinii, recept czy złotych myśli, tylko o propozycje kwestii do przemyśleń; stosowałaby się zatem do tej książki charakterystyka przypisana przez Sontag jednemu ze swych esejów: „ukazuje pewne sprawy jako bardziej skomplikowane, niż się zdają, co jest moim zdaniem zawsze dobre” (s. 23). Wbrew pozorom bowiem – także wbrew okładce, na której jej swobodna poza i lekko zadarta głowa sugerują pewność siebie, czy wręcz zarozumiałość – nie uważa się ona za posiadaczkę prawdy objawionej, potrafi słuchać rozmówcy i zamiast wydawać apodyktyczne sądy, dzieli się własnymi przygodami umysłowymi i dostarcza czytelnikowi intelektualnych bodźców.

Żeby nie pozostać gołosłowną: oto zastanawia mnie rozbieżność, która aż prosi się o wyjaśnienie: czemu „O fotografii” mogła Sontag napisać właśnie dlatego, że sama robieniem zdjęć się nie zajmuje, natomiast esej o chorobie dlatego, że jej doświadczyła? Nasunęły mi się też przy lekturze obiekcje, częściowo wynikające z prostego faktu, że mamy do czynienia z rozmową, nie zaś dyskursem naukowym, przeto siłą rzeczy pojawiają się w niej symplifikacje (np. postawienie znaku równości pomiędzy autyzmem a szaleństwem) oraz kontrowersyjne generalizacje, typu stwierdzenie: „Dawniej nikomu nie przeszkadzało to, że niektórzy chcą żyć inaczej” (s. 45) lub: „Humanistyka (…) jest postrzegana jako głównie kobieca dziedzina, lecz (…) nie było tak w przeszłości, a to dlatego, że dawniej mężczyźni nie definiowali siebie w tak wielkim stopniu w kategoriach represji kobiet” (s. 76). Nie sposób się ponadto zgodzić ze zrównaniem ciężkiej choroby i wpadnięcia pod samochód jako sytuacji, za które nie ponosi się najpewniej odpowiedzialności – istotnie post factum zamartwianie się zaniedbaniami nie ma sensu i pojmuję, że Sontag chodzi o naiwne psychologizowanie (uznawanie choroby za skutek np. negatywnych myśli) oraz brak zaufania medycynie, niemniej wygląda to tak, jakby odrzucała profilaktykę (nie mówiąc już o ostrożności na drodze).

Inny paradoks wyłania się, gdy zestawimy tezę: „W każdym nurcie istnieją sprzeczne impulsy – należy nieustannie wypatrywać sprzeczności i próbować je rozwiązywać, usuwać” (s. 54) z ciągłym podkreślaniem przez Sontag nieusuwalności dualizmów z naszego myślenia. W niej samej zresztą pełno było sprzeczności. Ta aktywistka i „obrazoburczyni”, namiętnie udowadniająca, że gros kategorii przyjmowanych przez nas jako naturalne stanowi wytwory kultury, składa wyznanie w pewnym sensie konserwatywne, w którym dostrzegam przejaw myślenia hermeneutycznego: „Czuję głęboką lojalność względem kobiet, lecz nie posuwam się do publikowania (…) wyłącznie w pismach feministycznych, ponieważ odczuwam też (…) lojalność względem kultury Zachodu. Mimo że jest tak bardzo skompromitowana i zepsuta przez seksizm, to właśnie w niej żyjemy i sądzę, że powinniśmy wszyscy – w tym także kobiety – pracować nad tym niedoskonałym wytworem, aby dokonać koniecznych korekt i zmian” (s. 82-83).

Sama w teorii i praktyce promowała krytyczną funkcję myślenia i opiewała swobodę intelektu, trawiona nieustannym głodem poznawczym: „Nie znoszę mieć poczucia, że robię coś machinalnie albo odtwarzam rzeczy, które potrafię sobie wyobrazić. Podoba mi się, gdy nie wiem, dokąd zmierzam, a przy tym czuję, że jestem już gdzieś daleko na szlaku” (s. 128). Chodziłoby o przemożne, według jej sformułowania, pragnienie rozumienia świata, które odsyła do dynamiki pseudoopozycyjnych pojęć zawartych zarówno w tytule książki („Myśl to forma odczuwania”), jak i w tytule niniejszej recenzji: otóż w „pożądaniu umysłu” umysł oznacza zarazem podmiot oraz przedmiot – wywiad opowiada o tym, czego umysł (Sontag) pożąda, i o tym, że obiekt pożądania stanowi właśnie umysł, logos, kreacyjne słowo.

Jak zaznacza autorka „Odrodzonej” w dzienniku, „prowadzenie dialogu kreatywnego” uważała za „główną metodę osiągania zbawienia” i chociaż można się żachnąć na ten patos, warto skojarzyć powyższe słowa z jej dążeniem do koncentracji na świecie zamiast na sobie, z przeświadczeniem, iż konwersacja z konkretnym człowiekiem odwodzi od solipsystycznego zamknięcia w kredowym kole swych wyobrażeń, umożliwia „neutralność transcendentną”, która „nie polega na braku stanowiska, tylko na współczuciu. Trzeba widzieć więcej niż tylko linie podziałów między ludźmi i poglądami” (s. 130). Na to nakłada się sens napisu (o jego znamiennej lokalizacji mówi Sontag w wywiadzie) „Każdy z nas powinien zbawić świat” – mimo pompatyczności i utopijności wskazuje on na wykraczającą poza teorię aktywność w sferze między-ludzkiej – niczym w ostatniej książce Sontag, „Widok cudzego cierpienia”, skierowanej przeciw hipokryzji i fałszom, które amerykańska intelektualistka niestrudzenie demaskowała. Nie wątpię, że część czytelników po pierwszej lekturze zechce do wywiadu z Sontag powracać, przyciąga do niej bowiem chociażby to właśnie połączenie przenikliwości i rezerwy z wiarą w siłę owego dialogu kreatywnego, pozwalającego humaniście przejść od słowa „teoretycznego” do tego, które żyje między ludźmi i które przeobraża świat.
„Myśl to forma odczuwania. Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem”. Przeł. Dariusz Żukowski. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2014.