Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

ZMYSŁOWA HISTORIA MCHÓW

A A A

Najnowsza książka Elizabeth Gilbert daje doskonałą okazję do pozbywania się uprzedzeń względem pisarza. Po okropnym „Jedz, módl się i kochaj” oraz jeszcze gorszych „Ludziach z wysp” skrzętnie unikałam tej pisarki. Wprawdzie nie stronię od literatury zwanej kobiecą, jednakże trzymanie się z dala od niemożebnie łopatologicznych powieści Gilbert zdawało się dobrą strategią. Wywiad z pisarką, który przeczytałam kilka tygodni temu, sprawił jednak, że zaryzykowałam utratę kilkudziesięciu złociszy na opasłe tomisko. Cóż mnie przekonało? Ano, rzekome i rzeczone naśladownictwo dziewiętnastowiecznej literatury z siostrami Brontë i Elizabeth Gaskell na czele. Sentymentalna część mojej natury zapragnęła wejść w interakcję z prozą Gilbert.


Aby nie trzymać czytelnika tegoż tekstu w niepewności, przyznam od razu – ani trochę nie  żałuję wysupłanej kwoty. Co więcej, mogę polecić „Botanikę duszy” innym niedowiarkom talentu Gilbert. Tłumaczę sobie, że sukces finansowy i rozpoznawalność nazwiska wśród wydawców i czytelników pozwoliły autorce na zaproponowanie powieści demonstracyjnie niemodnej. W swej debiutanckiej powieści Gilbert artykułowała marzenia kobiet wywodzących się z klasy średniej, które z jej alter ego doznawały upokorzeń porzucenia, błądzenia, radości odkrywania rozkoszy kulinarnych, zaspokajania potrzeb duchowych i emocjonalnych. Kilka lat później jej bohaterka zyskała twarz i uśmiech Julii Roberts, a konto pisarki pęczniało. Ten interwał między przeciętnymi książkami a „Botaniką duszy” wypełniła lekturą i pracą nad nowym stylem, a właściwie pastiszem dziewiętnastowiecznego wszechwiedzącego narratora. Stworzyła postać niezwykłej botaniczki Almy Whittaker.

Najpierw poznajemy historię jej ojca – klasyczny przykład self-made mana, który z londyńskiego łobuziaka, któremu przepowiadano szubienicę, staje się jednym z najbardziej prężnych biznesmenów Nowego Świata. Henry Whittaker ma w sobie tyle dumy, uporu i bezczelności, żeby zrealizować cele; napędza go, niczym wielu bohaterów powieści przygodowych, pragnienie zemsty. Udaje mu się zdystansować swojego dawnego protektora, jak i zbudować nowe życie – już w Ameryce wraz z żoną Beatrix.

Alma Whittaker nie jest ani piękna ani obdarzona innymi przymiotami cenionymi w towarzystwie, jej inteligencja i duma sprawiają, że znalezienie męża jest właściwie niemożliwe. Ewentualnych kandydatów nie kusi nawet ogromny majątek, gdy o wiele przyjemniejszą perspektywą jest poślubienie adoptowanej córki Whittakera – pięknej Prudence.

Autorka na trzy i pół roku pogrążyła się w lekturze dziewiętnastowiecznych źródeł, przede wszystkim korespondencji. W wywiadzie dla „Twojego Stylu” przyznaje, że największy wpływ wywarły na nią listy amerykańskich transcendentalistów – Emersona, Thoreau i dzienniki Emily Dickinson, a także korespondencja Dickensa. Zanim napisała pierwsze zdanie przesiąkała starym-nowym językiem. Powstała książka nawiązująca do literatury wiktoriańskiej, lecz pozbawiona pruderii czy moralizatorstwa. Autorka każe swojej bohaterce dokonywać trudnych wyborów, to znów nie robić nic i pozwalać, by wydarzenia toczyły się same. Nie czyni z niej kobiety sukcesu – dla postronnych życie Almy, która nie potrafiła korzystać ani ze swojego bogactwa, ani talentów musi wydawać się zmarnowane. Aby nie popsuć przyjemności czytania, powstrzymam się od zdradzania treści, ale zapewniam, że ponad pięciusetstronicowa powieść nie znudzi wielbicieli tradycyjnych powieści. Może będą nieco zaskoczeni śmiałym jak na dziewiętnastowieczne powiązania erotyzmem. Poprzez nieskromne, jak powiedziałaby Gaskell, pragnienia ujawnia się apetyty Almy na życie, doznania. Zresztą owe rozterki są pięknie i spokojnie opisane, tak że chęć przeżycia przez damę stosunku oralnego bulwersuje tylko trochę bardziej niż ploteczki o sąsiadach. Przestrzegam przez łatwą identyfikacją: XIX wiek czyli wiktorianizm. Jeśli Gilbert pokazuje uwięzienie w formach narzuconych przez płeć biologiczną czy statut społeczny, to dostrzegamy to również współcześnie.

Tematem omawianej powieści jest również ewolucyjne przystosowanie do życia, nazwane potem doborem naturalnym. „Na koniec wiedziała jeszcze jedną rzecz, i było to uświadomienie sobie rzeczy najważniejszej ze wszystkich: wiedziała, że świat jest w prosty sposób dzielony na tych, którzy toczą nieustającą bitwę, by żyć oraz na tych, którzy poddają się i umierają”. Okazuje się, że nie tylko ojciec Almy, o czym zawsze wiedziała, był drapieżnikiem, ale że i ona nim jest. Długo szuka odpowiedzi o sensowność życia swojej przybranej siostry, pogardza przez lata dokonanymi przez Prudence wyborami.

Wyborną postacią jest ojciec – przedstawiony w żywych barwach, w młodości mógłby być wzorem bohatera powieści łotrzykowskiej, miał w sobie determinację hrabiego Monte Christo i ogromną porcję buty i bezczelności. Wychowana w takim wzorcu męskości Alma ma kłopot z odnalezieniem w sobie żeńskich cech, jej siła fizyczna, upór, wytrwałość połączone z całkowitym brakiem zainteresowania tematyką stereotypowo przypisywaną kobietom sprawia, że właśnie tę bohaterkę sporo łączy z Orlandem, bohaterem/bohaterką powieści Virginii Woolf. Nie godzi się na zamknięcie w ramach płci, wprawdzie nie zmienia jej dosłownie jak Orlando, ale łączy ją z nim wyrzeczenie się kobiecej fizyczności. Poza tym otwarta formuła zakończenia stawiająca Almę niejako poza czasem łączy obszerną „Botanikę duszy” z cieniuteńką powieścią Woolf. To jedna z możliwości interpretacji, powieść Gilbert dostarcza wiele możliwości lektury – obok wspomnianego pastiszu powieści realistycznej mamy tu do czynienia z sagą rodową, powieścią przygodowo-podróżniczą (i to dwukrotnie wracającą do sedna europejskich podroży, czyli odkrytej przez kapitana Cooka Tahiti), powieścią o budzeniu się świadomości erotycznej. Wreszcie alternatywną historią teorii ewolucji. Wątek współzawodnictwa czy raczej równoległych narodzin tej teorii w różnych miejscach świata na odmiennych przykładach jest fascynujący, podobnie jak mchy, o których nigdy nie myślałam jako o ważnym elemencie teorii ewolucji. Gilbert pokazuje, jak to, co marginalne, spychane poza centrum trwa i będzie trwać w ciszy, a to, co błyszczące, rozpadnie się w pył jak ludzka pamięć. To również powieść o tym, co niewypowiedziane – w dosłownym, jak i freudowskim sensie.
Elizabeth Gilbert: „Botanika duszy”. Przeł. Ewa Ledóchowicz. Dom Wydawniczy Rebis. Poznań 2014.