Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Maja Baczyńska, Dariusz Wancerz,

DRZWI DO NARNII

A A A
Maja Baczyńska: Trzeba pozytywnie myśleć?

Dariusz Wancerz: Zdecydowanie! Sposób, w jaki myślimy o świecie i o nas samych kształtuje rozwój naszego życia. Miałem na to przykład niejeden raz. Choćby wtedy, kiedy byłem na etapie wyboru studiów. Marzyłem o tym, żeby z Radomia wyjechać na studia do innego miasta, które dałoby mi większe perspektywy rozwoju, np. do Krakowa czy Warszawy. Mimo zdanych egzaminów, nie było mnie stać na utrzymanie się samemu w obcym mieście. Nawet mimo życzliwości ówczesnego dziekana AGH, który był gotów zaoferować mi wszelkie świadczenia socjalne, jeśli po roku spędzonym w Radomiu wypracuję sobie odpowiednią średnią ocen. Motywacja była silna – wyciągnąłem średnią. Facet stanął na głowie, żeby mnie przenieść, ale okazało się, że to i tak za mało, bo dalej nie byłem w stanie zapewnić sobie utrzymania. Zostałem w Radomiu, ale dzięki dobrym wynikom, otrzymałem stypendium naukowe. Dziś mogę z uśmiechem powiedzieć, że w pewnym sensie uczelnia zafundowała mi na raty pierwszy profesjonalny klawisz. Natomiast dzięki temu, że na radomskiej uczelni poziom był nieco niższy niż w Krakowie, mogłem sobie pozwolić na opuszczanie zajęć, których zagadnienia znałem już ze szkoły średniej. Dzięki temu miałem czas na to, by grać nawet w ośmiu zespołach naraz. Okazało się, że życie poukładało się zdecydowanie lepiej, niż gdy sam próbowałem je zaplanować, więc odpowiadając na pytanie: życie codziennie przynosi ci „na tacy” mnóstwo prezentów, a tylko od twojego myślenia zależy, jak je wykorzystasz i czy w ogóle je dostrzeżesz. Jeśli ślepo nastawisz się na jakiś jeden konkretny cel, tak jak ja na studia w Krakowie, to choćby ci tę „tacę” podstawiono pod nos, to tego nie zauważysz. Jeśli natomiast zaufasz swojemu życiu i zaczniesz otwierać się na to, co ono oferuje, to nagle się okaże, że każdego dnia daje Ci ono nowe szanse, których sam byś w życiu nie wymyślił. No i co najważniejsze – znikają wszelkie frustracje wynikające z niezaspokojonych ambicji, czyli kolejne sto punktów do poprawy komfortu życia.

M.B.: Czy ta zasada sprawdza się u Ciebie i dziś?

D.W.: Pewnie! To są takie codzienne, małe rzeczy, tylko dziś już tak tego nie analizuję. Już samo to, że poznajesz dobrych ludzi, przynosi ci „profity” w kontekście ludzkim, społecznym, życiowym...

M.B.: Czy z każdego człowieka można czerpać inspirację?

D.W.: Tak. Praca w filmie dokumentalnym dużo mi w tym względzie dała. Po pierwszych planach dokumentalnych, jak tylko wszedłem w tę branżę, dotarło do mnie, że z każdego, kogo zaczepisz na ulicy, możesz wyciągnąć taką historię, która rzuci cię na kolana. Wystarczy tylko usiąść i trochę popytać. To jest bardzo wdzięczne zajęcie, bo daje dostęp do takiego spektrum światopoglądów i ludzkich emocji, że nagle dostaje się możliwość dużo szerszego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. To chyba największe bogactwo, jakie można zdobyć w życiu.

M.B.: Ale w dokumencie zdarza się, że ta sama osoba dla jednych jest bohaterem i tematem na film, a dla innych nie. Jak o tym rozstrzygnąć?

D.W.: Genialnymi reżyserami są te osoby, które potrafią ten potencjał w innych dostrzec. Tacy ludzie to są pasjonaci – fascynuje ich drugi człowiek. Miałem kilkukrotnie przyjemność pracować z reżyserami, którzy mają podobną do mojej ciekawość świata i ludzi. Pamiętam, jak lata temu kręciliśmy film w jakiejś wiosce w górach. Film opowiadał o lokalnej społeczności, więc naturalną rzeczą była obserwacja najbardziej charakterystycznych osobowości, jednak reżyser zaskoczył mnie zupełnie, typując na bohatera kolejnej sceny człowieka, który w zasadzie snuł się po tym miasteczku zupełnie niezauważony. Nikt nigdy nie zwracał na niego uwagi, natomiast reżyser przyszedł i rzucił do ekipy: „Weźcie się rozstawcie w tym i tym barze, ja zaraz przyjdę z bohaterem”. I przyszedł z tym właśnie mężczyzną. Usiedli, zaczęli rozmawiać i w ciągu kilku zdań zbudował z nim taką więź, że facet zupełnie przestał zwracać uwagę na obserwującą go ekipę. W tej chwili liczyła się tylko relacja między nimi dwoma. Facet „wywalił” z siebie taką historię, że miałem ścisk w gardle i mało łzy mi z oczu nie popłynęły. Wszystko zależy od tego, jak bardzo jest się ciekawym drugiego człowieka i jak wiele ma się w sobie empatii, która pozwoli znaleźć wspólną płaszczyznę do rozmowy.

M.B.: W filmie ważny jest kontakt z ludźmi. Jesteś jednak nie tylko reżyserem dźwięku, ale też muzykiem. Zespoły, w których grałeś jeszcze przed Carrionem…

D.W.: To w ogóle zaczęło się jakoś zupełnie komicznie, bo ja byłem jednym z tych gości, co to siedzą i „dłubią” w domu. Byłem „zajarany” tym całym sprzętem. Samo wydobywanie dźwięków z klawiszy sprawiało mi taką radość, że wciskałem jeden klawisz i odpływałem – tak to działało na moją wyobraźnię. Ale... Chyba z dwa wieki przed Carrionem któregoś razu siedziała u mnie siostra i szukała dla siebie pracy w jednej z gazet z ogłoszeniami. I nagle rzuca do mnie: „Ej, zobacz! Szukają klawiszowca do zespołu. Zadzwoń… ”. Powiedziałem jej, że granie na weselach, to nie jest to, co chciałbym w życiu robić, na co ona odpowiedziała, że w tym ogłoszeniu jest napisane, że chcą muzyka, który nie ma styczności z tzw. „imprezami okolicznościowymi”. Mimo wszystko ująłem się honorem i wyszedłem do swojego pokoju. Ona pojechała do siebie, ale sprytnie zostawiła mi gazetę otwartą dokładnie na tej stronie z zakreślonym ogłoszeniem. Zadzwoniłem. Odebrał jakiś chłopaczek, spotkaliśmy się, pogadaliśmy… Okazało się, że gra w zespole blues-rockowym i że to genialny gitarzysta. Jeden z tych, którzy mają to „coś” w sobie. Tę magię, która pozwala mu przelewać emocje na instrument. Są muzycy, którzy są niesamowitymi rzemieślnikami, genialnymi instrumentalistami, jednak niewielu z nich potrafi włożyć całe serce w grę na instrumencie.

M.B.: To chyba priorytet.

D.W.: Oczywiście, że tak! Czym innym jest muzyka, jeśli nie nośnikiem emocji? Jej magia polega na tym, że za pomocą dźwięków możesz rejestrować emocje właśnie. Nagrywasz na tej „taśmie” smutek, radość, wspomnienia, wyobrażenia... A to wszystko po to, aby potem słuchacz mógł je odtworzyć i poczuć w sobie dokładnie to samo. Czasem wydaje mi się, że to lepsza forma komunikacji, niż ta standardowa - werbalna.

M.B.: I tak się zaczęło?

D.W.: Zaczęło się dużo wcześniej, bo nosiłem tę pasję w sobie w zasadzie od najmłodszych lat, ale to był moment przełomowy. Krótko potem w roku 2000 dostałem propozycję dołączenia do składu coverowego, który kompletował się z myślą o graniu w nadmorskich klubach w trakcie wakacji. Pomyślałem „Czemu nie? To może być super przygoda”. Objechałem z tym zespołem całe Pomorze i poznałem dzięki temu bardzo fajnych ludzi. To było dla mnie niesamowite doznanie, bo wiedziałem, że to zarazem czas na eksperymenty, więc mogłem sobie pozwolić na wszystko. Nawet na nieograniczoną możliwość pomyłek, bo przecież jestem tu tylko dziś i zaraz wyjeżdżam – więcej mnie nie zobaczą. Ta świadomość dała mi swobodę, która wreszcie pozwoliła mi odważyć się na improwizację, z którą dotychczas miałem taką blokadę, jaką mają ludzie, którzy nie umieją pływać i boją się wody. Dopiero, kiedy pozwolisz sobie na tę odwagę, zaufasz wodzie i dasz się jej ponieść, poczujesz radość z pływania. Moje palce wtedy poczuły tę samą radość na klawiaturze. Wreszcie mogłem się wypowiadać za pomocą muzyki tak swobodnie, jak zawsze tego chciałem, opowiadając dźwiękami to, co czułem, a to zawsze było dla mnie najważniejsze. Wyzwoliła się też ekspresja – po raz pierwszy poczułem, że wyjście na scenę jest jak wejście w inny wymiar. Przestaje istnieć cała rzeczywistość dookoła, a w jej miejsce pojawia się zupełnie abstrakcyjna przestrzeń. W psychologii to się nazywa „flow”. Nawet jak o tym mówię, to mam dreszcze na plecach. Adrenalina sprawia, że wchodzisz w świat emocji i wymiany energii pomiędzy odbiorcami, a tobą. To jest swojego rodzaju sprzężenie zwrotne: jeśli dostajesz dobrą energię od tych ludzi, to też dobrą energię im dajesz – widzę to na każdym koncercie. Kiedy wróciłem z trasy do Radomia, zagraliśmy jeszcze parę koncertów, głównie covery, takie „knajpiane granie”, ale dzięki temu zauważyło mnie całe radomskie środowisko muzyczne. I tak pojawiły się kolejne formacje – m.in. „Made for Poland”, „Magnat”, masę bluesowych i rockowych kapel. Dziś, jak o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że musiałem mieć wielką motywację – na każdą próbę targałem te 40 kg (tyle ważył instrument) na ramieniu przez całe miasto tylko po to, by pograć te dwie godziny na próbie i wrócić do domu, a… to był dopiero początek. W późniejszym czasie, kiedy wyprowadziłem się do Warszawy, ciągnąłem te klawisze na Dworzec Centralny metrem, wsiadałem w pociąg, w pociągu ze zmęczenia zasypiałem, wychodziłem, znowu jechałem autobusem z tą ogromną „trumną” u boku, no i próba, potem koncert itd. Zakup samochodu to było dla mnie ogromne wybawienie! W zasadzie kupiłem go nie dla siebie, a dla moich klawiszy.

M.B.: Od razu wiedziałeś, na czym chcesz grać?

D.W.: Potrzebę gry na klawiszach miałem chyba wewnętrznie zakodowaną. Chciałem na nim grać, nawet gdy jeszcze nie do końca wiedziałem, co to za instrument. Miałem wtedy ze cztery lata. Zobaczyłem w telewizji jakiegoś muzyka, który gra na klawiszach i natychmiast wiedziałem, że to jest to! Poprosiłem rodziców, żeby mi kupili podobne, jednak przez ciągłe braki finansowe pozostawało to przez lata tylko w sferze marzeń. Przyszedł jednak wreszcie przełom, kiedy w II klasie podstawówki byłem na koloniach. W odwiedziny przyjechał wtedy do mnie ojciec. Powiedział, że jak wrócę, to w domu czeka na mnie wymarzony instrument. Oczyma wyobraźni widziałem już te dwa „parapety” o nieskończonej ilości czarno-białych klawiszy. Kolonia przestała dla mnie istnieć. Morze już nie stanowiło żadnej radości. Jedyna rzecz, jakiej wtedy pragnąłem, to powrót do domu i dotknięcie tego instrumentu. Wróciłem i… stanąłem przed malutką karykaturką instrumentu klawiszowego. Był to instrumencik o rozpiętości dwóch oktaw, który miał dwa brzmienia, przy czym jedno robione z drugiego. Brzmiał paskudnie, ohydnie. Nie wiem, jakiego epitetu użyć, żeby jak najbardziej mu ubliżyć. Jednak po latach okazało się, że purystyczne brzmienie to była jego największa zaleta. Jako dzieciak siedziałem przy tych klawiszkach i bawiąc się, eksperymentowałem (wciskając np. po dwa dźwięki). O tym, że takie dwudźwięki nazywa się interwałami, dowiedziałem się dużo później. Wtedy moją uwagę przykuł fakt, że poszczególne dwudźwięki mają w sobie różny ładunek emocji i że jedne wyrażają smutek, inne radość, jeszcze inne brzmią wyniośle itd. Kwarta kojarzyła mi się z czystością uderzonego kryształu, kwinta wydawała mi się dostojna, seksta słodka itd. Obliczałem sobie te odległości po swojemu. To nauczyło mnie jak łączyć ze sobą dźwięki, by budować odpowiednie emocje. Zacząłem układać czterodźwięki, harmonizowałem zasłyszane melodie, piosenki czy kolędy tak, żeby brzmiało to nie tylko „bogato”, ale też opowiadało jakąś historię. Po latach, kiedy miałem już wiedzę teoretyczną, przypomniałem sobie sposób, w jaki budowałem te współbrzmienia i okazało się, że układałem to wszystko według ścisłych zasad harmonii.

M.B.: Intuicja?

D.W.: Zupełna. I tylko to, że ten instrument brzmiał tak paskudnie, pozwoliło mi dostrzec ten ładunek emocji, jaki ma w sobie każdy z interwałów. Gdybym dostał wtedy instrument o bogatszym brzmieniu, pewnie nie doceniłbym tych zależności tak mocno.

M.B.: A co z inspiracją?

D.W.: Rzeczy, które mnie inspirują, to te, które pozostają nieodkryte. Przede wszystkim przestrzeń, która nie jest poznana. Stąd pewnie też moja fascynacja chociażby astronomią. Utwory, które nagrywam z tzw. „potrzeby serca”, bardzo często muzycznie opisują właśnie taką przestrzeń. Jest takie miejsce w mojej wyobraźni, które otwiera się w specyficznych momentach zupełnie spontanicznie, a które daje mi to poczucie pustki i wyalienowania. Mam wtedy wrażenie, że po prostu staram się to miejsce za pomocą dźwięków namalować.

M.B.: Ważne jest, by coś pobudzało naszą wyobraźnię.

D.W.: Ciągnie nas do niezbadanego. Kiedyś odniosłem sobie to do gier komputerowych. Dawniej gierki były proste – ludzik z czterech pikseli i czarna przestrzeń za nim. A jednak wciągało to całkowicie i wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach właśnie dlatego, że resztę trzeba było sobie „dowyobrażać”. Dziś gry są bliskie realizmowi. Nie ma już miejsca na wyobraźnię, bo wszystko jest podane w sposób realistyczny. To samo jest z muzyką, patrząc chociażby z perspektywy samej jej realizacji – dziś każdy dźwięk w utworze musi „atakować prosto w twarz”. Nie ma miejsca na „drugi plan”, czy brzmienia, które byłyby nie do końca „wyraźne”.

M.B.: Niedopowiedzenie zmusza naszą wyobraźnię do pracy.

D.W.: Zdecydowanie tak. Dodatkowo to, co pobudza wyobraźnię, jest naszą siłą napędową i ja tak mam właśnie z muzyką. Jeśli uznasz, że już wszystko w muzyce poznałeś, to… właściwie nie ma już przed tobą kolejnego celu do zdobycia. Po co wtedy to robić?

M.B.: A co może być siłą napędową dla artysty?

D.W.: Jestem przekonany, że w większości przypadków jest to próba ucieczki od realnego świata. Bardzo często wynika to z buntu przeciwko jakiemuś problemowi. Często osobowość artystyczna rodzi się np. w wyniku niezbyt udanego dzieciństwa. Dla przykładu ja odrywałem się od swoich problemów, grając na instrumencie. Siadanie przed nim było dla mnie jak wejście w inny świat. Muzyka otwierała mi drzwi do świata wykreowanego w mojej wyobraźni. To było takie ukryte przejście – zupełnie, jak te drzwi w szafie z „Opowieści z Narnii”. Zamykała się bolesna rzeczywistość, a to, co przychodziło, wydawało mi się bardziej realne niż świat, który mnie otaczał. Patrząc od strony psychologicznej pewnie nie było to zdrowe, ale dzięki temu jestem teraz takim człowiekiem, jakim jestem. To ukształtowało moją wrażliwość. Muzyka (i w ogóle sztuka) jest częściowo sposobem na takie oderwanie się od rzeczywistości.

M.B.: Czemu zrezygnowałeś z pisania muzyki do filmów?

D.W.: To był moment, gdy zaczęło mnie drażnić, że większość reżyserów muzykę w filmie traktuje jak wroga, co jest według mnie pomyłką. To jest ogromna porażka polskiego przemysłu filmowego – wszyscy boją się muzyki. Wychodzą z założenia, że im więcej muzyki, tym gorzej, bo przecież powinien wystarczać sam przekaz w obrazie, czy opowiadanej historii. Tymczasem nieświadomie odbierają sobie oni potężne narzędzie, które może pomóc opowiedzieć emocje zawarte w scenie. Muzyka ma ogromną moc, może zmienić wydźwięk całej sceny. Dziś decyduję się już pisać pod obraz tylko wtedy, kiedy czuję, że mamy porozumienie z reżyserem w tej kwestii.

M.B.: To prawda. Muzyka potrafi wręcz uratować słaby film.

D.W.: Popatrz chociażby na hollywoodzkie produkcje (choć to może nie jest dobry wyznacznik dla ambitnego kina). Tam muzyka „snuje się” nieomal przez cały film, ale dla zwykłego, niezbyt analitycznego odbiorcy o ile wtedy jest czytelniejszy przekaz? Taki widz nie jest pasjonatem kina, nie zna jego historii, nie jest filozofem, nie będzie bawił się w interpretację – pójdzie tylko zobaczyć film. To, czy dotrze on do niego, głównie zależy od tego, jak zmontujesz obraz, jak poprowadzisz bohatera i jak nabudujesz emocje. A jak je budujesz? Oczywiście w dużej mierze muzyką.

M.B.: Co jest potrzebne do tworzenia? Wyciszenie?

D.W.: Jest niezbędne. Wydaje mi się, że jestem bliski odpowiedzi na pytanie, jak się doprowadzić do tego stanu i jak można go wywołać.

M.B.: Jak?

D.W.: Najlepsze rzeczy przychodzą do głowy, gdy jesteś w tzw. półśnie. Siedzisz sobie i na niczym się nie skupiasz. Takie momenty najczęściej występują np. w pociągu – to jest genialne miejsce. Tam przyszły do mnie najlepsze pomysły, m.in. na portal –www.szukammuzyka.pl, który narodził się w głowie, a dziś żyje własnym życiem i korzysta z niego już ok. 9000 muzyków z całej Polski. Dlaczego pociąg? Bo jesteś przez jakiś czas skazany na zamknięcie w jednym miejscu. Odcięty od wszelkich bodźców, niezałatwionych spraw. Wiesz, że i tak ich nie załatwisz, bo musisz przeczekać czas podróży. To daje takie usprawiedliwienie przed samym sobą, by nie myśleć o niczym. Jesteś tu i teraz, patrzysz na mijające za oknem drzewa, fascynujesz się tym, czasem jakaś myśl wpadnie ci do głowy, czasem nie i w takim błogim stanie zapadasz w półsen. Wtedy mózg zaczyna łączyć informacje „na własną rękę”, a co za tym idzie - myśleć kreatywnie.

M.B.: I tak powstał portal. Miałeś na to czas?

D.W.: Ktoś spytał mnie kiedyś, jak łączę te dwa światy, bo jednak muzyka to jedno, a działania promocyjne to drugie, zupełnie inny rytm życia itd. Bardzo trafne pytanie. Gdy jestem na etapie tworzenia, pozwalam sobie na chaos, na to, by być „nieogarniętym”, bo muszę doprowadzić do sytuacji takiej, jak w tym pociągu – nie dać się opętać potokowi myśli, po prostu być. Natomiast przełączenie się na ten tryb wysyłania maili, promocji itd., jest dla mnie, jak zamknięcie na kłódkę drzwi do świata muzyki. Wrócić jest bardzo trudno. Gdy wracam – staję się nieproduktywny znów w tamtej dziedzinie. To taka swego rodzaju huśtawka, na której musiałem się nauczyć balansować.

M.B.: Takie odskocznie są chyba mimo wszystko potrzebne.

D.W.: Tak, ale trzeba się nauczyć wszystko ze sobą godzić.

M.B.: W dzisiejszych czasach prawie nie da się być artystą bez podjęcia odpowiednich działań promocyjnych.

D.W.: Jasne. Możesz pisać nawet najpiękniejsze rzeczy na świecie, ale bez odpowiedniej promocji trafią one do osławionej szuflady. Bolesnym wymiarem takiego stanu rzeczy jest fakt, że ten schemat działania produkuje celebrytów. Tzw. ludzi znanych tylko z tego, że są znani, często nie mających w sobie nawet ułamka artyzmu. To naturalna ewolucja wynikająca z faktu, że ludzie zdali sobie sprawę z roli promocji. W tym momencie osiągnęło to już karykaturalną formę. Liczy się wyłącznie opakowanie produktu. Jak coś dobrze wypromujesz – sprzedasz wszystko. Ten trend widoczny jest niestety we wszystkich dziedzinach sztuki – nie tylko w muzyce.

M.B.: Brzmi strasznie.

D.W.: Osobiście postrzegam to jako upadek kultury, ale ciągle mam idealistyczną nadzieję, że ludzie jednak w końcu przestaną się zachwycać kolorowym pudełkiem i zajrzą do środka oczekując czegoś, co nie będzie tandetą.

M.B.: A co jest dla Ciebie ważne - może nawet… najważniejsze?

D.W.: Dziś nie mam już wygórowanych ambicji, dążenia do wielkiej sławy itd. Jestem na takim etapie życia, że najważniejsze jest dla mnie, by być po prostu dobrym człowiekiem i przeżyć życie tak, żeby w jakimś chociaż małym ułamku polepszyć ten świat. Zdecydowanie lepiej jeśli tworzysz muzykę, by wyrazić siebie i dać to innym. Tak jak np. w przypadku piosenki „Krótkowzroczne zera” Carrionu. Jeśli udaje się rozszerzyć w jakiś sposób światopogląd słuchaczy (poprzez zawarty w piosence sens), wtedy jest to dla mnie największy sukces. Zdecydowanie większy, niż pierwsze miejsce na liście przebojów. To oczywiście też jest „strasznie miłe”, ale to tylko tzw. „wartość dodana”.
Fot. Jakub Dygas.