Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Krzysztof Grudnik,

NIEZALEŻNOŚĆ JEST LUKSUSEM

A A A
Solowe kariery muzyków znanych ze składów innych zespołów są zwykle sprawą odrobinę dla krytyka kłopotliwą. Można ich podejrzewać o ambicję, chęć sprawdzenia się w innej roli, konieczność pełniejszej wypowiedzi artystycznej – co zresztą rozpoczynający solową karierę muzycy skłonni są często podkreślać sami. Z drugiej strony pojawia się oczywiście wrażenie bycia „skazanym na sukces”, posiłkowania się marką wypracowaną przez innych i bazowanie na cudzym sukcesie. Sprawy komplikują się bardziej, gdy wszystko to dzieje się w obrębie muzyki w ten czy inny sposób alternatywnej, gdzie możemy co najwyżej mówić o próbach odnoszenia sukcesów na większą skalę.

Na solową płytę Valerie Gentile trzeba było trochę zaczekać. Jej współpraca z The Crüxshadows, Black Tape for a Blue Girl i australijskim Angelspit trwała łącznie przeszło sześć lat. Gentile grała na gitarze i udzielała się wokalnie (głównie w tle), ale jej wkład w kompozycje utworów był nikły. Nic więc dziwnego, że postanowiła spróbować samodzielności...

Choć to jednak pewna przesada: mówienie o samodzielności w przypadku krążka, na którym Valerie zebrała większą ilość pomocników i współpracowników, niż ostatecznie wyszło z tego piosenek. Jej głównym partnerem (na wielu poziomach) jest Abbey Nex, znany obecnie jako gitarzysta Combichrist, wcześniej udzielający się między innymi w Psyclon Nine, jako perkusista, a następnie basista. Na „So Far Away” Nex występuje także w roli drugiego wokalisty, co nie wyszło nikomu na dobre. Poza nim na płycie pojawia się projekt True Fallacy, choć warto też zajrzeć za kulisy i zobaczyć, kto zajmował się produkcją i miksami, bo oprócz Nexa (oczywiście) znajdziemy tu i Alana Labinera (znanego z produkcji True Fallacy i Angelspit, poprzedniego zespołu Valerie) a także Faderheada. Jak pomieścić tyle gwiazd w zaledwie czterech utworach?

„Love Is Luxury” rozczarowuje. Balerie Gentile dała się poznać jako zdolna artystka, tymczasem jej debiutancki album wydaje się ograniczać ją równie mocno, jak wcześniejsze występy w zespołach rządzonych przez ich liderów. Jej głos jest wyraźnie przesterowany, gitary praktycznie się nie pojawiają. Na pierwszym planie są synth-popowe klawisze, monotonne bity i te mocno edytowane zawodzenia. Teksty, nad którymi pracował niewielki sztab ludzi, wypadają tu wyjątkowo miałko, traktując o miłości, o nieszczęśliwej miłości, o niespełnionej miłości, o chęci zapomnienia – o nieszczęśliwej/niespełnionej miłości, czy nawet odwetu za... no zgadnijcie.

Druga połowa EPki, to znaczy utwory „Danger” i „Scarred”, nad którymi pracował Faderhead, trochę poprawiają obraz całości. Dzieje się w nich zdecydowanie więcej, niż w otwierającym „So Far Away” i następującym po nim „Erase”. I choć „Danger” wciąż trwa przy wcześniej wytyczonej linii zbyt spokojnego synth-popu, to „Scarred” jest najżywszym i zarazem najlepszym utworem na całym albumie. W zasadzie to jedyny dobry i wart uwagi kawałek na „Love Is Luxury”, choć dla fanów Fadreheada jego wkład w miks będzie oczywisty – brzmi to nawet bardziej jak jego utwór z wokalem gościnnie nagranym przez Valerie (i też mocno przesterowanym, tylko bardziej w stylu FH).

To ciekawe, że Valerie zebrała środki na postprodukcję dzięki crowdfoundingowi. Założyła odpowiednią stronę na kickstarterze, przez którą uzbierała sumę potrzebną do końcowego etapu prac nad albumem. I kiedy słucha się „Love Is Luxury” ma się wrażenie, że tych pieniędzy było chyba za dużo, a tak szeroko zakrojona postprodukcja, przyćmiła pierwotny wkład artystki w album. Większość tego, co ostatecznie znalazło się na krążku, jest cudze. Ciężko w tej sytuacji mówić o potrzebie pełnej artystycznej wypowiedzi.
Valerie Gentile: Love Is Luxury” [self released, 2013].