Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (251) / 2014

Rafał Różewicz,

WIERSZE

A A A
1954

 

Zwycięstwo, po którym Turul dogoniłby inne ptaki

w rankingu najbardziej odlotowych,

a Hungary przestało kojarzyć się z Hunem,

który skończył przy garach, spaliwszy miast Rzymian

 

paprykę na danie główne. Siedmiogród byłby dumny z faktu,

że piłkarze siódmą bramką oddali hołd miastu –

znalazło się za siedmioma górami,

po rumuńskiej stronie smutku. Pod okupacją

 

mszczących się za austro-węgierskie

robactwo; język, leczo i gulasz, odbijający się czkawką,

Nemeczka, bo zawstydził najtwardszych chłopaków.

Mecz, gdzie wszystko miało pójść gładko

 

okazał się na youtube wielce popularny. Inne,

zwycięskie pozbawione są dźwięku; jedynie szum

płynący z ekranu przypomina, że było to

ponad pół wieku temu, a ja oglądam setki przeszłości,

 

to, co jest już właściwie legendą. Było czy nie było,

o tym decyduje użytkownik serwisu. Do upadłego

będzie sprawdzał liczbę wyświetleń finału;

po nim przejmie konto i hasło ktoś inny,

 

by czynić tak samo. Spalać się przy bramce

Puskása ze spalonego. Irytować się, dlaczego

niewykorzystane sytuacje mszczą się tak długo.

Węgry niczym nigdy do końca zapełniony stadion.

 

Versus

 

Każdej nocy czekam aż przyjdzie, powtarzam sobie:

„Za chwilę wyłoni się z głębi czarnego lądu”,

choć to raptem kilka przecznic za oknem.

 

Słysząc jej kroki, motocykliści przerwą koncert,

operator czyszczarki zaśnie za kierownicą,

upojeni zwycięstwem kibole zapomną tekstu piosenki.

 

Nastanie pokój. Będzie trwał, dopóki od wschodu nie zawita

ten, któremu nie oprze się żaden budynek.

Przy wejściu utworzy sąd kapturowy, psom

 

przywróci ojczystą mowę. Część osób wsadzi do wagonów,

reszcie wręczy młoty i wiertarki (narzędzia słuchu;

wtedy wieść o przewrocie dotrze ostatecznie do ucha).

 

Tamtej pozostanie odwrót. Nocna kontrofensywa

ku uciesze zniecierpliwionych sojuszników.

 

Na zdrowie

 

Reklamówko w afekcie, pod jaki samochód

wpadniesz, na czyjej zatańczysz masce?

Kto tobie kazał tłuc się po bezdrożach

(innymi słowy, polskich drogach), skoro najwyraźniej

 

jesteś bez dziury w poszyciu i głosisz treści, a jakże,

proekologiczne, nie mając o nich pojęcia,

stając się przez to ich idealnym nośnikiem,

 

jakim zapewne byłaś: mięsa, jabłek, pomarańczy,

butelki, która chciała zaczerpnąć powietrza

nie mając ku temu wystarczająco mocnej głowy,

 

siły przebicia, myślę sobie pod śmietnikiem

(klapa była za ciężka, by do środka mógł ją włożyć).

A ty gdzie skończysz, kiedy wiatr zmieni kierunek

 

i zacznie wiać w oczy; w jakim to miejscu,

ziemi znajdą się takie pokłady cierpliwości,

by dała radę strawić jeszcze jedną reklamówkę,

ten powleczony siecią konsumpcjonizm.

 

Podchwytliwe pytania

 

Gdzie kioskarka załatwia sprawy niecierpiące zwłoki?

To pytanie ma sens, jeśli spojrzeć na skrzynię

warującą przy wejściu do kiosku –

jednoosobowego zakładu utylizacji bezrobotnych.

 

Może po otwarciu wieka ukazują się schodki,

po pokonaniu których przychodzi ulga

towarzysząca otwarciu posiedzenia

i wypłynięciu statków z żywnością na szerokie wody.

 

Może w środku jest jakaś zaprzyjaźniona czytelnia,

z której codziennie zabiera plik gazet na sprzedaż;

fabryka chipsów, napojów gazowanych, dwóch

Azjatów przemycających papierosy do paczek.

 

Może jest też tak, że nic tam nie ma;

skrzynia ma za zadanie podpierać ścianę,

by nie runęła jednocześnie odsłaniając flankę;

zmianę warty wśród pism ilustrowanych.

 

I nic ma się dobrze, i nic ma własną kłódkę,

i nikt nie zwraca na nic uwagi. Tymczasem

kioskarka wymyka się do pobliskiej piekarni.

Skrzynia pozostaje obojętna na prowokację.

 

Urtica dioica L

 

Pokrzywa zwyczajna z rodziny Kowalskich

(dla znajomych wszystkie rośliny to chwasty)

wyzwoliła się spod panowania asfaltu,

zachęcona poczynaniami krewnych w Prypeci.

 

Ogłosiła niepodległość w blasku chwały ulicznej lampy,

którą następnie uznały niesforne psy,

olewając zupełnie – tak bardzo wsadziły nos w nasze sprawy.

 

Był to przedsmak wegetacji w pobliżu aut szturmujących

drogę, która po remoncie liczyła na skok w dal w rejestrze.

Zabawy z bronią – czyli nożyczkami – orkiestrę, przecinanie wstęgi.

 

W zamian przyszło się zmagać z własnymi słabościami:

brakiem przejść, linii – symbolami prowincji.

I gdy ona wyszła na jaw, ulica nie dała po sobie poznać:

pęknięcia na powierzchni – wyłącznie dla ciekawskich.

 

Nie chcą jej wyrwać (bo nie pozwala się dotknąć),

choć i tak myślę o niej z czułością. W końcu nie każdemu się udaje,

z obojętnością godną Boga, przyjmować to, co dzieje się wokół.

 

Tworzywo ludzkie



Stoi pod zlewozmywakiem,

otwarty na wszystko i wszystkich. Ile można

eksponować bałagan w sobie, jeśli jest

ktoś, kto czuwa nad nim, a następnie likwiduje

w przeciągu kilku minut? Wystarczy spojrzeć.

 

Świeżo założony worek jeszcze nie wylądował,

uczyni to po kolacji. To teoria wiecznego powrotu

w praktyce, choć powoływanie się

na teorie w kontekście kosza nie brzmi za dobrze.

 

W przeciwieństwie do sztućców jest sam.

Otoczony przez gąbki oraz wszelkiej maści

płyny może jedynie obcować z butlą,

której zdarza się wyjść z siebie.

 

Dlatego czasami stawia opór, wtedy

zahacza o rurę odpływową,

jakby, mimo wszystko, chciał zostać

na starych śmieciach. Ale to nie śmieci są

najgorsze ani zapach – zwykła kolej rzeczy.