Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (252) / 2014

Marcin Zembrzuski,

BĘKART POLAŃSKIEGO

A A A
Pozwolę sobie zacząć od komunału. Pierwsze „Dziecko Rosemary” odcisnęło tak mocne piętno na kinie popularnym, że kto by nie dokonywał ponownej adaptacji bestsellerowej powieści Iry Levina, skazany będzie na porównania do majstersztyku Romana Polańskiego. Samo ocenianie jednej produkcji przez pryzmat drugiej wydaje mi się zresztą krzywdzące, niezależnie od tego, czy mowa o różnych adaptacjach jednego dzieła, czy o remake’u starszej adaptacji, bo każdy obraz żyje własnym życiem. Gorzej, że miniserialowe „Dziecko Rosemary” w reżyserii Agnieszki Holland mogłoby służyć za podręcznik dla filmowców masochistów pt. „Jak zepsuć świetną historię”.

Biorąc pod uwagę wysoki poziom najlepszych współczesnych serii telewizyjnych – swoją siłę czerpiących z odwagi ich autorów, w niczym już nie ustępujących tym kinowym, oraz narracyjnej rozpiętości, która jeszcze dekadę temu zwykła stanowić dla twórców tego typu produkcji kulę u nogi – na pewien paradoks zakrawa fakt, że źródłem mankamentów nowej wersji „Dziecka Rosemary” jest jej telewizyjny format. Po pierwsze, reżyserka miała już z nim przecież trochę do czynienia (na koncie ma choćby odcinki mistrzowskiego „Prawa ulicy”), po drugie, umożliwił on scenarzystom skomplikowanie i uatrakcyjnienie jednej z najciekawszych historii w dziejach kina gatunku. Tyle że historia ta u swoich podstaw ma prostotę, zwartość i niedopowiedzenia, więc – jak się wydaje – takie mocne urozmaicenie jej miałoby sens tylko wtedy, gdyby doczekała się ona reinterpretacji, na przykład gdyby równie ważną (albo i nawet ważniejszą) postacią co Rosemary stał się jej mąż. Ten wprawdzie otrzymuje tu względnie dużo czasu ekranowego, co zostaje wykorzystane, aby naszkicować jego rozterki związane z tym, że w zamian za rozwój swojej kariery (już nie aktorskiej, lecz literackiej) zdecydował się „sprzedać” żonę grupce satanistów. Niestety, na samym szkicu, dosyć zresztą niechlujnym, się kończy. Trzon fabuły pozostaje identyczny z tym, który widownia zna od blisko pół wieku – jest to rzecz o musze imieniem Rosemary, która długo nie zdaje sobie sprawy, że zaplątała się w pajęczynę.

W związku z powyższym rozterki męża nie mają większego wpływu na rozwój wydarzeń. Za to psują dramaturgię, gdyż nie tylko spowalniają akcję, ale też znikają gdzieś poza kadrem, a potem, nie wiedzieć czemu, znowu wracają. Wyzbyte przekonującego uzasadnienia, sprawiają wrażenie, jak gdyby o ich pojawieniu się scenarzyści decydowali rzutem monetą, przez co postać Guya staje się, oczywiście, psychologicznie niewiarygodna. O zgrozo, podobnie jest z samą Rosemary, która jest tu personą od swojego pierwowzoru czujniejszą i bardziej ciekawską. To zaś oznacza, że szybciej (i częściej) domyśla się, iż może być ofiarą manipulacji i w związku z tym podejmuje kilka razy śledztwo w kwestii swojego otoczenia. Znowu trzeba jednak powtórzyć: aby wszystko to miało rzeczywisty wpływ na rozwój wydarzeń, trzon fabuły musiałby zostać przynajmniej częściowo zniekształcony względem oryginału – Rosemary nie mogłaby być muchą w pajęczynie, lecz raczej powinna się znajdować gdzieś obok niej. Wówczas jednak pająk byłby niepocieszony.

Z drugiej strony w miniserialu Holland i tak nie da się odczuć prawdziwego zagrożenia. Diabeł niejednokrotnie ukazuje się protagonistce, co ma wzmocnić jej strach, jednak sceny z jego udziałem są zwyczajnie kiczowate, opierając się zwykle na jego „demonicznym” spojrzeniu i nachalnej muzyce ilustracyjnej. A skoro Rosemary traci gdzieś po drodze swoją wiarygodność, traci ją też jej paranoja, czyli motor napędowy całej opowieści. To z kolei stanowi między innymi rezultat faktu, że opowieść nie została ograniczona do perspektywy głównej bohaterki, lecz uwzględnia także punkty widzenia paru innych „much”, co prawda w stopniu znacznie mniejszym niż w wypadku Rosemary, ale jednak. Co gorsza, trójka z tych pobocznych postaci wydaje się wprowadzona głównie po to, aby widz mógł zobaczyć, jak się je w różny sposób uśmierca. Najskrajniejszym i najbardziej popadającym w śmieszność zgonem jest ten, który zaczyna się od wylania na twarz postaci wrzątku, a kończy na częściowym wypłynięciu jej mózgu z pękniętej czaszki.

Niemal wszystko stoi tu pod znakiem mniejszej czy większej niekonsekwencji, dosadności oraz dosłowności (doprawdy, nie sposób się pogubić, tak często powtarzane są te same informacje). Jest to w pewnym sensie chwyt dosyć serialowy – jeśli tylko zapomnimy o wybitnych produkcjach pokroju „Breaking Bad”, „Zakazanego imperium” czy „Detektywa”, a poprzestaniemy na co słabszych odcinkach cokolwiek przestarzałych już dziś pozycji w stylu „Zagubionych”, którego jednym z wyznaczników bywało to, że wybrane fabularne wątki nagle okazywały się nie mieć większego znaczenia i scenarzyści je po prostu ucinali. W ledwie dwuodcinkowym „Dziecku Rosemary” zaskakująco wiele jest rozwiązań, które nie mają porządnego uzasadnienia i/lub istotnych następstw, począwszy od samego przeniesienia akcji z Nowego Jorku do Paryża, które pod obietnicą uwypuklenia izolacji bohaterki (Rosemary zna tylko język angielski) skrywa najwyżej reklamę stolicy Francji. Reklamę, warto dodać, ładną formalnie, ale pustą i do niczego nikomu niepotrzebną, w swoich najlepszych fragmentach prezentującą się najwyżej nijako. Smutne to wszystko, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę talenty pojawiających się w miniserialu Holland aktorów oraz to, że o mały włos sam Polański zagrałby tu cameo.
„Dziecko Rosemary” („Rosemary’s Baby”). Reżyseria: Agnieszka Holland. Scenariusz: Scott Abbott, James Wong. Obsada: Zoe Saldana, Patrick J. Adams, Carole Bouquet, Jason Isaacs, Weronika Rosati i in. Gatunek: miniserial, horror. Produkcja: USA 2014, 2014, 240 min.