Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (252) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

CIESZYŃSKIE CIASTECZKA (NIE BOMBONIERKA)

A A A
Ledwie wzięłam do rąk „Rozmowy o Śląsku Cieszyńskim”, ze środka wyfrunęła zakładka o wzorze identycznym, jak ten z okładki: rozłożone w dwóch rzędach cztery pola w intensywnych kolorach. Machinalnie ją odwróciłam i po drugiej stronie ujrzałam coś znacznie ważniejszego – wyjętą z tego tomu refleksję Jaromira Nohavicy: „Wy jesteście Polakami, ja Czechem. Niby różni, ale przecież jak tak sobie rozmawiamy, to wszystko rozumiemy i to samo wiemy. Może ta książka będzie odpowiedzią na pytanie o to, kim jesteśmy”. Chwytliwa i godna pozazdroszczenia zachęta do lektury, bo i reklamujący prima sort, i leciutki patos, i duch porozumienia ponad podziałami, i jakże aktualna obietnica rozjaśnienia tożsamości.

Od razu jednak włączyło mi się w głowie czerwone światełko. Czy istotnie „wszystko rozumiemy i to samo wiemy”? Czy w naszym myśleniu nie przeważają drogi na skróty oraz pochopne konkluzje? Czy Śląsk Cieszyński tworzy koherentną jedność, która zdecydowanie wyróżnia się z otoczenia? A jeśli owszem, to na czym owa specyfika polega? Czy – jak sądzi nadal sporo Cieszyniaków (nie ukrywam, że bliższe jest mi nazewnictwo „emiczne”, czyli miejscowa forma „Cieszyniacy” zamiast oficjalnej „Cieszynianie”) – polega ona po prostu na „tym czymś”, co odczuwają wyłącznie ludzie stela, tutejsi z dziada pradziada? Ale czy w takim razie przyjezdni nie mogą utożsamiać się z tą ziemią, są automatycznie odrzucani wedle tyleż uniwersalnej, ile prymitywnej kategoryzacji „my” – „oni”? Co krok, to delimitacje się mnożą. Abstrahując od najoczywistszej, wzdłuż granicy na Olzie, spójrzmy na prowokującą w swej skromności okładkę książki: pod barwami biało-czerwonymi pojawiają się żółto-niebieskie, symbolizujące region śląski, lecz zazwyczaj kojarzone ze sztandarami Ruchu Autonomii Śląska. Gdzie jednak cysaroki, a gdzie prusoki! Popularność wśród Cieszyniaków wyrażenia „jechać na Śląsk” świadczy o nikłej identyfikacji z Górnoślązakami i o poczuciu odrębności, opartym głównie na długiej przynależności do Austro-Węgier. Notabene, pierwotnie na okładce widnieć miała podobizna Franza Josefa (z umownym wizerunkiem Wieży Piastowskiej i dawnych cieszyńskich tramwajów), chociaż „najjaśniejszy pan” także dzieli: dla jednych uosabia wszelkie wady CK Monarchii, w oczach drugich ulega nostalgicznej idealizacji. Podobną zresztą idealizację, acz na szerszą skalę, obserwujemy w stosunku do „tradycyjnej” kultury cieszyńskiej – czy wszakże odwoływanie się do rzekomej unikatowości kultury przodków nie jest zwyczajną utopią retrospektywną?

Tych problemów – i wielu, wielu innych – dotykają rozmowy przeprowadzone przez redaktora tomu Andrzeja Drobika w asyście Dawida Legierskiego i Justyny Szczepańskiej aż z dwiema dziesiątkami bodaj bez wyjątku nietuzinkowych postaci, dodających znaczące rysy do obrazu Śląska Cieszyńskiego, czy też – używając innej metafory – obiekty do jego mapy mentalnej. Czytelnikom „artPAPIERu” oprócz czeskiego barda bez wątpienia nie trzeba też przedstawiać kilku innych ikon, w rodzaju prof. Tadeusza Sławka, ks. prof. Józefa Budniaka czy Marka Szołtyska, ale i pozostali rozmówcy są nieprzypadkowi. Co prawda pewnie każdy Cieszyniak poda własnych wielkich nieobecnych, niemniej dwudziestka, z którą dyskutowali „Drobik i spółka”, reprezentuje przeróżne środowiska i perspektywy, dzięki czemu uwydatnia bardzo odmienne aspekty cieszyńskości – jej historii, „tu i teraz” oraz wizji przyszłości. Nie wyłania się z tego obraz uładzony i płaski, o nie! Powiedziałabym raczej, że barwy z okładki zaczynają wirować i przeobrażają się w hipnotyzującą spiralę…

By nie pozostać gołosłowną, proponuję jeden z potencjalnych szlaków przez tę mapę mentalną Cieszyńskiego – w zgodzie nie tyle z układem książki, co z punktami styków i napięć, które można wskazać pomiędzy rozmówcami. Traktuję wybiórczo zarówno ich samych, jak i poruszane kwestie (w każdym wywiadzie bowiem wyłania się ich multum), mając nadzieję, że zachęcę Czytelników do samodzielnego odbycia tej podróży. A kiedy już trafi się między cieszyńskie wrony, trzeba krakać jak one, choć swoistość cieszyńskich gwar rzuca się w oczy nawet Górnoślązakowi. Ponieważ Mariusz Makowski przebył tę drogę, zdradza swą receptę na mówienie „po naszymu”: warto wstawiać „tóż” na początku zdania, a „łoto” na końcu… Historyk i długoletni prezes Macierzy Ziemi Cieszyńskiej roztrząsa również kontrowersyjne odmienności między Śląskiem Cieszyńskim a Górnym – jego zdaniem na tym drugim nad dążeniem do równowagi dominuje „zadziorność”, na pierwszym natomiast łatwiej o konsens, nad każdą kwestią można konferować: „Nauczyła nas tego (…) wielobiegunowość narodowa i religijna. Trzeba było razem współistnieć” (s. 24). Już słyszę zbulwersowane głosy pytające, czy na Górnym Śląsku wielokulturowości nie było, ale spokojnie, ma on swego adwokata, który – nie znając wypowiedzi Makowskiego – odwraca punkt widzenia: oto według Marka Szołtyska cieszyńska dyplomatyczność okazuje się nieraz „dupowatością” (ilustracją utrata Zaolzia), tymczasem duma i praktycyzm Górnoślązaków skutkowały powstaniami, które – mimo wszystko – przyniosły też wymierne korzyści. Autor „Biblii Ślązoka” chętnie licytowałby się na to, kogo cechuje większa otwartość i etos pracy, potępia cieszyńską „inteligenckość”, irytuje go też słabe poczucie szerszej wspólnoty wśród Cieszyniaków: „»My« jesteśmy otwarci na inne regiony, a »wy« zamykacie się w imię nie wiem czego. (…) Śląsk Cieszyński w pewnym sensie nie odwzajemnia tej (…) wszechśląskiej miłości Ślązoka. (…) jesteście bardzo powiatowi” (s. 146). Zastanawiam się, czy tylko ja dostrzegam w tej retoryce inklinacje paternalistyczno-imperialistyczne… W każdym razie Szołtysek, acz znakomicie przybliża historyczną zmienność granic Śląska, utrzymuje, iż rozbieżności są wyolbrzymione.

Niespodzianie w sukurs przychodzi mu prezes Sekcji Ludoznawczej PZKO na Zaolziu Leszek Richter, który także optuje za integralnym pojmowaniem Śląska, przede wszystkim jednak skupia się na problemie bycia „prawdziwym” góralem (w cudzysłowie z mojej, a nie jego perspektywy). Czy założenie stroju góralskiego na Gorolski Świynto wystarczy, jeżeli mówi się tylko po czesku? I czy dziś nie mamy do czynienia jedynie z tradycją wynalezioną? Richter argumentuje, że zarówno on sam, jak i rzemieślnicy, o których zajmująco opowiada, reprezentują nie folklor, lecz tradycyjną kulturę ludową, co obecnie potwierdzają… stosowne certyfikaty regionalne. Przy okazji wtrąca uwagę, że „ludzie pokroju Stalina czy Hitlera” to „osoby pozbawione świadomości własnego dziedzictwa kulturowego, wykorzenione” (s. 254) i niejedyny to akcent eksponujący związki tożsamości z zagrożeniami globalnymi. Temat ów na marginesie śląskiej bliskości w różnorodności porusza Nohavica, obawiający się zniesienia wszelkich granic w Europie, która „ma być barwna, kolorowa, ale nie mglista”. Wspomina też o kłopotach z samoidentyfikacją u Zaolzian, niemogących zwrócić się ani do Czech, ani do Polski, dla obydwu stron są bowiem niepokojącą hybrydą, odmieńcami, których się odtrąca, co Dariusz Jedzok – zaolziański podróżnik, tłumacz oraz felietonista – nazywa „syndromem Mowgliego”. Z drugiej strony, ten z kolei bohater „Rozmów…” zżyma się na konieczność samookreślenia: „Szowinizm i nacjonalizm, w jakimkolwiek wydaniu – czeskim, polskim lub lokalnym – brzydzi mnie i nudzi (…), bo całe życie, gdzie się nie ruszę, ktoś na mnie naciska, abym się jakoś zadeklarował” (s. 228). Inne oblicze tego rodzaju fundamentalizmów odsłania Krystian Legierski – jego zdaniem w Warszawie, gdzie od kilkunastu lat mieszka i sprawuje funkcję radnego, równolegle do kosmopolityzmu szerokie wpływy ma biegunowo odmienne, „przaśno-buraczane podejście do świata”, oparte na katolickości i polskości zajadłej, odległej od pogody i otwartości znanej mu z rodzinnego Koniakowa.

Śliczna reklama Trójwsi – że ludzie tam bardziej ludzcy. Ale czy ciągle góralscy? O góralach beskidzkich i przemianach ich sytuacji mówi Zbigniew Wałach ze słynnej rodziny muzyków z Istebnej; wyznacza także obszar góralszczyzny, tym samym niejako wywołując do tablicy Jana Sztefka – ustroniaka, prezesa Gromady Górali na Śląsku Cieszyńskim, który tłumaczy, dlaczego czuje się góralem (nie mylić z gorolem!), po co chodzi w brucliku i robi „ferment intelektualny”. Przy okazji ubolewa nad skąpością źródeł dotyczących pasterstwa na „mniej górskich” terenach, z powodu której sporo ludzi kwestionuje góralskość np. Ustronia. Tutaj mógłby go wesprzeć artysta plastyk Dariusz Gierdal, wspominający o owcach pasących się niegdyś przed jego ustrońskim blokiem, ale opowiadający również o urokach Cieszyna i urokach bycia artystą na prowincji. Na ten temat swoje trzy grosze miałby do dodania Marcin Żerański z Białegostoku, założyciel Pracowni na Pastwiskach i wydawca serii niebanalnych przewodników, okazuje się bowiem, że znawca regionu wcale się tu nie zadomowił: „Obce są mi (…) mowa, kuchnia, mentalność, kultura duchowa, wyższa niż na Mazowszu świadomość tożsamości regionalnej, inne doświadczenia pokoleń, a także (…) krajobraz. Na początku wydawało mi się, że wystarczy zamieszkać w cieszyńskim domu (…) i otrzymać (…) dowód osobisty, by stać się miejscowym. Po dziesięciu latach czuję, że nie przynależę do Cieszyna, do jego przestrzeni i mieszkańców” (s. 183).

W jego przypadku przyczyna niezupełnie leży w dystansie autochtonów; że jednak nie sposób ominąć wzmiankowanej kwestii bycia stela, pokazują dwa komentarze w Internecie pod zapowiedzią „Rozmów…”, które aż się proszą o przytoczenie (pisownia oryginalna). „Stasiu0254”: „Żeby dyskutować o Śląsku Cieszyńskim to trzeba tutaj się urodzić, mieć dusze z »tela« w tedy czuje się te cudowny zakątek Beskidu Śląskiego, który powstał z uśmiechu Boga. Za dużo jest »ekspertów« którzy mają wiedze o naszym regionie tylko z encyklopedii”. „Funmark”: „do stasiu0254 – mówi się mieć duszę tu stela a nie - z »tela« , »ekspercie«”.

O mitach „stelości” i ich politycznym wykorzystaniu oraz o drugim dnie ekumenizmu mówi Ewa Gołębiowska, dyrektor Zamku Cieszyn. Zastanawiając się nad mitologizowaniem lokalności, zwraca ona uwagę, iż dla młodych ważniejsze od „śpiewania całe życie »Płyniesz, Olzo«” są wszak miejsca pracy. Kwestie ekonomiczne jako podłoże konfliktów z werbusami, czyli napływającymi „z zewnątrz” pracownikami, uwypukla zaś Grażyna Staniszewska, która ponadto potrzebą wspólnoty gospodarczej motywuje uparte obstawanie przy wyodrębnieniu od Śląska i Małopolski Podbeskidzia – zdaniem niektórych, tworu całkiem sztucznego. O relacje między Śląskiem Cieszyńskim a Podbeskidziem zahacza również młody, acz cieszący się już renomą historyk Michael Morys-Twarowski, przy czym twierdzi, iż stolica tego pierwszego nie wykorzystuje swego historycznego potencjału. Podobnie jak Makowski rozważa on, co zrobić, by kultura cieszyńska nie stała się mumią Tutenchamona, bo przecież jest z czego być dumnym – żaden inny twór Piastów nie ostał się, jak Księstwo Cieszyńskie, aż 628 lat. Oczywiście w szkołach nacisk kładzie się na przeszłość Rzeczpospolitej Obojga Narodów oraz Warszawy: „(…) brakuje nam szerszego spojrzenia – że historia Polski to (…) historia ludzi, którzy mieszkali na pewnym terenie i posługiwali się tym samym językiem. (…) Może jeśli program szkolny zawierałby w sobie historię tych wszystkich różnorodnych ziem, mielibyśmy podstawy do wzmocnienia tożsamości regionalnych” (s. 34). Pomocna by była popularnonaukowa historia Śląska Cieszyńskiego, którą warto rozpropagować w innych regionach, a jak barwne okazują się te dzieje, dowodzą przykłady różnych ponadprzeciętnych postaci, o których Morys-Twarowski opowiada w „Rozmowach…”.

Chociaż uważałam się za względnie obeznaną w tematyce cieszyńskiej, nie tylko od niego, lecz niemal od każdego „współautora” tomu dowiedziałam się zaskakujących spraw; niemniej nie wstydzę się tego przyznać, skoro sam redaktor wyjawił w jednym z wywiadów: „(…) podczas długich rozmów o tej książce zrozumieliśmy, że bardzo mało wiemy. Nie umiemy odpowiednio mówić o Śląsku Cieszyńskim, choć my go chyba dobrze czujemy. (…) podświadomie jesteśmy dumni (…), bardzo przywiązani do tej ziemi, lecz nie wiemy chyba dlaczego” (s. 55-56). Niewątpliwie książka rzeczone przywiązanie dookreśla, charakteryzuje pewne symbole, jednak nie pozostawia z poczuciem dumy, a raczej zadumy – i całe szczęście. Chwała za to obu stronom tych dialogów, że nie jest laurką, nie wpada w tony dytyrambiczne ani sielsko-anielskie, ale problematyzuje stosunek Cieszyniaków do „małej ojczyzny”, która nie musi rozszerzać się do narodowej, by móc powiedzieć o niej za Różewiczem, iż z czasem „rośnie, krwawi, boli”. Że „Rozmowy…” pokazują – jak to określił Jerzy Kronhold, literat i były konsul RP w Ostrawie – „rozziew między legendą a rzeczywistością”. (Notabene, sam w tym przoduje, mówiąc o lekkomyślnej gospodarce przestrzennej bez przebierania w słowach. Na zachętę próbka jego plastycznego stylu: „Prezesi spółdzielni »Jelenica« powinni dostać baty z resortu ochrony środowiska za pomysł wybudowania zjeżdżalni na Równicy (…). Nad królową polskich rzek, Wisłą, królują w sezonie stojaki na grilla, wznoszą się dymy, jakby tysiące ministrantów przyjechało ćwiczyć obsługę trybularzy, to jakiś nowy obrzęd, może modły do złotego cielca”, s. 90).

Jakkolwiek gros rozmówców ma świadomość własnych skłonności brązowniczych i próby konfrontacji z nimi przeważają, znajdziemy też przemyślenia bardziej afirmatywne, acz niepoprzestające na ogólnikowych „ochach i achach”. Gwoli przykładu, ks. Budniak zaznacza, iż wśród jego seminarzystów najliczniejsi są ewangelicy, i zdradza, że przez lata edukację dotyczącą niezwykłych a zapoznanych kart dziejów Cieszyńskiego pobierał u ewangelickiego proboszcza w Krakowie, ks. Kubisza. Omawianą ziemię przyrównuje ks. Budniak do witraża, złożonego z wielu wyznań jak ze szkiełek. Według mnie porównanie takie odnieść można nie tylko do religii, gdyż przede wszystkim z „Rozmów…” wyłania się rozmaitość. Czy jednak tworzy ona witraż lub mozaikę, a więc pewien wzór, czy też niczym kawałki rozbitego lustra rzuca refleksy w różnych kierunkach? Czy da się owe elementy powkładać jak czekoladki do bombonierki zawierającej wnęki na określone formy?

Czekoladkową metaforę wybrałam nie bez kozery. Jak przekonuje Gołębiowska: „(…) tym, co nam (…) najbardziej zagraża, jest ciągle (…) ten mit austro-węgierski, (…) tęsknoty za tym, żeby ten Cieszyn, jak (…) śpiewa się w piosence (…) Renaty Putzlacher, zamknąć w (…) bombonierce. (…) Zagraża nam słodycz minionego wieku, tendencja do pudrowania wszystkiego” (s. 63) – a w konsekwencji stagnacja, samozachwyt, brak ostrości widzenia. Jeśli nie bombonierka, to co? Nie trzeba porzucać analogii cukierniczych: może zamiast idealnych czekoladek z fabrycznej sztancy – tradycyjne cieszyńskie ciasteczka świąteczne, na których odciska się indywidualny, fizyczny wysiłek; które są tak rozmaite, a przecież unikatowe jako całość. Do nich to proponuje porównać Śląsk Cieszyński Gierdal: „(…) jest w nich wszystko, co określa ten region. Pracowitość tutejszych ludzi. Systematyczność – te ciasteczka piecze się w określonym czasie, żeby dojrzały. Po trzecie – odrobina szaleństwa. W niektórych jest olbrzymia ilość alkoholu (…). Kształty różnorodne. Są na przykład ule, które są zamkniętą formą. W takim ulu jest (…) cały ten świat. (…) nie jest tak, jak z pudełkiem czekoladek, że nie wiesz, na co trafisz. (…) przeciwnie. (…) ludzie tutaj (…) dokonują różnych wyborów. Muszą się określić, czy są za tymi, czy za tymi… (…) Może nie rotunda ani zabytki, ale te ciasteczka mogłyby być symbolem tego regionu, podane na talerzu z serwetką koniakowską. Coś sensualnego (…). Coś, co pozostaje w pamięci. (…) Dlaczego nie wybrać czegoś, co połączy to wszystko?” (s. 176-177).

Ów obszerny cytat jest tak zgrabny retorycznie, że w sumie można by nim zakończyć, jednak pozwolę sobie wrócić do… polecania książki, a nie Śląska Cieszyńskiego, który – jak wykazują rozmówcy – łączy doprawdy różnorodne zjawiska. Nie bez dumy redaktor nazywa go „Europą w pigułce”, a ja wykorzystam tę ostatnią „dietetyczną” metaforę, by stwierdzić, iż z kolei w „Rozmowach…” znajdziemy Śląsk Cieszyński w pigułce: znaczna część wywiadów przynosi cenne informacje, które przeciętnemu odbiorcy trudno wyszukać, a już na pewno w jednym miejscu. Przy czym postać przybierają one lekkostrawną: nie jest to, i być nie może, uporządkowane kompendium, tylko wywody asocjacyjne, nieraz stronnicze, widać, że wciąż przepracowywane, rodzące się na gorąco w dyskusji. Ową dialogowość wypada podkreślić – redaktorzy są aktywni, nie kryją swojego stanowiska, dzielą się wątpliwościami.

Sam układ książki przedstawia się ciekawie: każdy wywiad został opatrzony osobnym tytułem o podobnej formie (np. „Trauma, hermetyczność i Bolko Kantor”, „Dystans, magia i kawiarnia, której nie ma”), wskazującym niektóre poruszane tematy, a wewnątrz wyróżnione cytaty przypominają o dziennikarskiej praktyce redaktora. Każdą całostkę poprzedza również wymowne czarno-białe zdjęcie oraz wprowadzenie, które wyjaśnia dobór rozmówcy (nieraz jego charakterystyka zdaje się zbyt lakoniczna) i przybliża okoliczności spotkania. Odczuwa się brak… spisu treści – acz nazwiska dużą czcionką przewijają się przez żywą paginę – natomiast w treści nie brakło mi żadnego symbolu czy zagadnienia kojarzonych przeważnie z regionem – od filigranowych hoczków i cieszyńskich kanapek ze śledziem po Jerzego Buzka i Zameczek Prezydencki w Wiśle.

Wypada powtórzyć, że w tej pigułce zawarta została niezwykła panorama – niczym światy w makówce z wiersza Miłosza (albo w ciasteczku-ulu, jak sugeruje Gierdal). Pigułka opracowana przez zespół Drobika sprawia wrażenie drażetki w słodkiej polewie, lecz nie jest pozbawiona gorzkiego posmaku. Działa natychmiastowo, wywołując otrzeźwienie i dodając zdrowej wiedzy o regionie. Skutki uboczne? Prowokuje dyskusje – ale to przecież skutki ze wszech miar pożądane. Zarekomenduję zatem po cieszyńsku, zgodnie z radą Makowskiego: Tóż poczytejcie se te ksiónżke łoto. Jeśli dysponujecie dłuższą chwilą, czterokolorowa zakładka nie będzie Wam potrzebna. Warto natomiast zaopatrzyć się w zakreślacz.
„Rozmowy o Śląsku Cieszyńskim”. Redakcja Andrzej Drobik. Ustroń 2014.