Wydanie bieżące

1 lipca 13 (253) / 2014

Przemysław Pieniążek,

OVE POSTANAWIA UMRZEĆ (FREDERIK BACKMAN: 'MĘŻCZYZNA IMIENIEM OVE')

A A A
W zasadzie nigdy nie miał lekko. Przedwczesna śmierć rodziców, trudy dorastania upływającego pod znakiem twardej samodyscypliny oraz paląca świadomość, że może polegać tylko na sobie – powyższe okoliczności gruntownie i trwale ukształtowały charakter niespełna sześćdziesięcioletniego dziś mężczyzny imieniem Ove. Szczerze oddany saabom oraz pamięci swojej zmarłej żony (niekoniecznie w tej kolejności) bohater – odnajdujący krótkotrwałe chwile pociechy w codziennej rutynie – powoli, lecz konsekwentnie dojrzewa do myśli o samobójstwie.

Na (nie)szczęście ustalony przez zgryźliwego tetryka termin jego ostatecznego odejścia ulega ciągłym zmianom, w czym spora zasługa wyjątkowych zbiegów okoliczności, ale także starych i nowych sąsiadów na czele z ciężarną Iranką Parvaneh oraz jej mężem Patrickiem (vel Gamoń). To za ich sprawą na monolitycznej niechęci bohatera do współczesnego świata pojawiają się pierwsze pęknięcia, uświadamiające Ovemu, że wciąż drzemią w nim uczucia, którym dawno zabronił dochodzić do głosu.

Debiutancka powieść szwedzkiego dziennikarza Fredrika Backmana okazała się wielkim sukcesem wydawniczym A.D. 2012. Czytelnicy także spoza granic Europy obdarzyli sympatią postać, która po raz pierwszy zaistniała na literackim blogu pisarza. To właśnie w wyniku internetowego głosowania nietuzinkowy męczydusza został oficjalnie wyselekcjonowany na protagonistę planowanej książki. Patronujący publikacji zwrot „Mężczyzna imieniem Ove”, powracający niczym mantra także w tytułach kolejnych rozdziałów, staje się przyczynkiem do uchwycenie wieloaspektowego portretu jednostki, którą na pierwszy rzut oka nie sposób polubić.

Wybuchowy perfekcjonista, choleryk nieskory do przyznania się do błędu, pamiętliwy gbur, zgorzkniały mizantrop – to tylko niektóre oblicza ponurego Szweda. Ale pod fasadą człowieka-kolczatki ukrywa się wrażliwy skądinąd wdowiec, regularnie odwiedzający grób ukochanej Sonji, która do czarno-białej egzystencji Ove’ego potrafiła wnieść sporo kolorów, dziś już mocno wyblakłych. Pamięć o żonie (pod)świadomie wpływa na decyzję bohatera o zaopiekowaniu się bezpańskim kotem (równie bezkompromisowym, co bohater powieści Backmana) terroryzowanym przez rozszczekanego pupila wyjątkowo wrednej sąsiadki.

Szwedzki literat z powodzeniem przedstawia (wciąż) niedoszłego samobójcę jako człowieka o bardzo klarownym systemie wartości oraz wzorów zachowań, które niezmiennie przestrzega od wczesnej młodości. Dochowując wierności etosowi zaszczepionemu bohaterowi przez jego tragicznie zmarłego ojca, Ove przez całe swoje życie zawsze robił to, co należało – chodził do pracy, nigdy nie chorował, starał się być przydatnym dla społeczeństwa, a przede wszystkim brał odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny. Fredrik Backman w postaci emerytowanego pracownika kolei ogniskuje wzór człowieka czynu, zawsze wiedzącego, o co walczy i stającego w obronie własnych przekonań, niezależnie od obowiązujących norm pożycia społecznego czy konwenansów.

„Mężczyzna imieniem Ove” jest zgrabnie poprowadzoną opowieścią o człowieku, któremu przyszło żyć w niewłaściwych czasach. To kameralne, równie dowcipne, co podszyte smutkiem studium zagubienia jednostki w świecie, z którym nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Odstawionego na bocznicę self-made mana pragnącego od życia najprostszych rzeczy, konsekwentnie odrzucającego konsumpcjonistyczne pokusy współczesności.

Książka Fredrika Backmana jest przykładem lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej – co oczywiście nie jest żadnym zarzutem. Powieść bazujące na przystępnym, retrospektywnym trybie narracji (dzieło otwiera ujmująca scenka rodzajowa rozgrywająca się w sklepie RTV, gdzie Ove zamierza kupić komputer, wywołując przy okazji popłoch wśród ekspedientów), oferującym wgląd w przeszłość protagonisty. Mężczyzny, który z równym zapałem potrafi ruszyć na pomoc schorowanemu przyjacielowi (co z tego, że przez lata żywił do niego urazę), stać na straży przepisów obowiązujących na terenie osiedla domków jednorodzinnych czy spuścić łomot irytującemu klownowi ku uciesze dziecięcej gawiedzi.

Mnożący przed odbiorcą bukiet czytelniczych smaków (przeważnie słodko-gorzkich, ale i lekko kwaśnych, chwilami wręcz słonych) prozatorski debiut szwedzkiego dziennikarza oraz blogera jest przykładem solidnie sporządzonego czytadła, które co prawda na długo nie nasyci, lecz z pewnością nie grozi także literackim refluksem. Ot, przyjemna opowiastka o życiu, śmierci i przeznaczeniu, w sam raz na niezobowiązujące popołudnie.
Fredrik Backman: „Mężczyzna imieniem Ove”. Przeł. Alicja Rosenau. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2014.