Wydanie bieżące

1 lipca 13 (253) / 2014

Maja Baczyńska, Patryk Huńkowski,

ŻYCIE MUZYKA JEST PEŁNE NIESPODZIANEK

A A A
Maja Baczyńska: Muzyka i poezja. Dla Ciebie to idealny mariaż?

Patryk Huńkowski: Wychowany na muzyce Grzegorza Turnaua zawsze poszukiwałem w tekstach piosenek czegoś więcej niż tylko lekko brzmiących rymowanek, dobrze „klejących się” z warstwą muzyczną. W muzyce rozrywkowej coraz ciężej ze znalezieniem dobrego tekstu w języku ojczystym. Poezja w moim przypadku była punktem wyjściowym do pisania piosenek. Najpierw był tekst, a potem dopiero muzyka. W odwrotnej kolejności dużo trudniej zachować dobry poziom liryki. Życzyłbym sobie i każdemu tekściarzowi, żeby teksty bez muzyki były poetyckie, ale równocześnie trafiały do wielu odbiorców.

M.B.: Zaczynałeś od zespołu „Pozytywny negatyw”.

P.H.: To było jeszcze w liceum, z grupką znajomych z klasy i klas młodszych założyliśmy band. Skład dość obszerny: trio smyczkowe, saksofon, flet, obój, sekcja rytmiczna i wokale. Zainspirowany twórczością wcześniej wspomnianego krakowskiego barda, zapragnąłem mieć zespół o zbliżonym składzie. Graliśmy covery i szeroko pojętą muzykę poetycką w moich autorskich aranżacjach. W repertuarze znalazły się oczywiście utwory Grzegorza Turnaua, ale także np. Stinga. Pozostałe numery to były moje pierwsze kompozycje muzyczne stworzone do tekstów znajomego poety Wiesława Piwowarskiego, z którym współpracowaliśmy przy projekcie teatru poetyckiego Światłocieni, działającego przy ośrodku kultury Arsus w Warszawie. To było na dwa lata przed maturą, zagraliśmy kilka koncertów, a potem każdy poszedł w swoją stronę i zespół się rozpadł. Wspominam tamte czasy z łezką w oku, bo to były nasze pierwsze kroki na estradzie w repertuarze niekoniecznie klasycznym – wszyscy uczyliśmy się w szkole muzycznej, gdzie grało się głównie klasykę. Zespół był takim małym manifestem i ucieczką od etiud, gam, pasaży i całego szkolnego programu muzycznego.

M.B.: Ale pisałeś również muzykę dla teatrów. Opowiedz o tych projektach.

P.H.: Pierwszym był właśnie projekt Światłocieni. Autorska piosenka poetycka, melorecytacje i muzyka instrumentalna. Miałem wtedy piętnaście lat, zaproszono mnie do współpracy. Dostałem teksty i miałem napisać muzykę do niektórych z nich. Tak zaczęła się przygoda z kompozycją. Na początku studiów muzycznych rozpocząłem współpracę ze Sceną Współczesną Starej Prochowni, gdzie stworzyłem muzykę do spektaklu „Elementarz Mieszkańców Miasta” opartego na twórczości Bertolda Brechta. Miałem stworzyć muzykę nawiązującą do utworów Kurta Weila, opracować „na współcześnie” kilka jego songów. Wyszła z tego dość nietypowa składanka elektroniczno-akustycznych brzmień w industrialnej oprawie. Tworzyłem również muzykę do projektów związanych z działalnością szkół musicalowych i tu miałem ogromne pole do popisu, bo tworzyłem muzykę stylistycznie bardzo zróżnicowaną. Od klasyki przez swing po szeroko pojętą muzykę r'n'b czy dance.

M.B.: Tu teatr, a tu produkcja muzyki elektronicznej. Czy potrzebowałeś odskoczni,  bo wszystko rozwija? Skąd te kontrasty?

P.H.: Różnorodność projektów, w jakich brałem udział, to totalny zbieg okoliczności. Wszystko, co było związane z muzyką i jej produkcją, traktowałem jako nowe wyzwanie, nic nie wydawało mi się zupełnie obce, może też dlatego, że słucham bardzo różnej muzyki. Zdarza mi się słuchać Bacha, aby po chwili włączyć sobie muzykę ATB, potem Stinga, Annę Marię Jopek, Turnaua i… tak na okrągło. Patologia! (śmiech)

M.B.: Dla mnie to zdrowe podejście! W Twoich aranżacjach bardzo eksploatowany jest fortepian. Czy to najbliższy Ci instrument?

P.H.: Pianino od zawsze stało w domu i mogłem na nim brzdąkać, zresztą swój pierwszy motyw muzyczny wymyśliłem właśnie na pianinie, mając siedem lat. Klawisze towarzyszyły mi zawsze: w szkole pierwszego stopnia fortepian, w gimnazjum fortepian, potem organy, na studiach ciąg dalszy organowej przygody, ale to właśnie brzmienie fortepianu przyprawiało mnie o dreszcze. Grę na fortepianie traktuję jako mój dodatkowy język, sposób na wyrażenie siebie i swoich myśli. Moją pasję podsycali swoją twórczością Keith Jarrett i Leszek Możdżer, który kiedyś w jednym z wywiadów powiedział, że jeżeli miałby się oświadczyć swojej kobiecie, to zrobiłby to za pomocą brzmienia fortepianu. Koniec końców to siedmiocentymetrowej szerokości pianino sprawiło, że jestem muzykiem. Pamiętam, że przez pewien czas nikt na pianinie w domu nie grał, więc rodzice postanowili je sprzedać. Szybko znalazł się kupiec i już miał zamawiać ekipę transportową, ale wziął miarkę i zmierzył na wszelki wypadek, czy pianino zmieści się w jego wnęce w salonie. Niestety, pianino okazało się za szerokie (o te siedem centymetrów!) i kupiec się rozmyślił. Moja mama uznała, że instrument nie może się marnować i wysłała mnie do szkoły muzycznej. I bardzo dobrze zrobiła!

M.B.: A co z muzyką kościelną, którą studiowałeś? Czy to był przypadkowy epizod?

P.H.: Organy, duży pogłos w pięknej bazylice (w przypadku Polski – głównie neogotyckiej) to było coś, w czym chciałem się wypróbować. Bach – jego muzyka bardzo mnie kręciła, począwszy już od inwencji dwugłosowych. Jarałem się zawsze dużą ilością guzików, rejestrów, manuałów, czyli duuuużo klawiszy (śmiech). Chciałem spróbować, no i udało się. Trafiłem na wspaniałą nauczycielkę, niezwykle wyrozumiałą i cierpliwą, a zarazem bardzo wymagającą: Mariettę Kruzel-Sosnowską. Uczyłem się u niej osiem lat. Epizod z organami właściwie trwa do dzisiaj, bo grywam w kościołach na nabożeństwach jako „zastępca” organisty.

M.B.: A czy w pracy artystycznej przydaje Ci się doświadczenie menedżerskie i pedagogiczne?

P.H.: Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem bawić się w organizowanie koncertów, imprez itp. Potem los sprawił, że trafiłem na staż do agencji koncertowej, gdzie nauczyłem się organizacji eventów od kuchni. To, że jestem muzykiem, tylko pomagało mi w wychodzeniu naprzeciw potrzebom artystów, których managementem się zajmowałem. Kto ma wiedzieć lepiej, co muzykowi jest potrzebne do szczęścia, jeśli nie sam muzyk. Poza tym pedagogiczne wykształcenie i doświadczenie, jakie zdobyłem, ułatwia też pracę zespołową.

M.B.: No właśnie. Jak zaczęła się Twoja przygoda z The Voices?

P.H.: Początkiem był koncert dyplomowy koleżanki ze studiów. Zostałem zaproszony do wsparcia szeregów chóru rozrywkowego w repertuarze z musicalu „Król Lew”. Było na tyle sympatycznie, że poza samym dyplomem zagraliśmy jeszcze kilka koncertów. Potem skład się lekko przemieszał, a ja zrobiłem sobie dłuższą przerwę. The Voices ogłosiło nabór do zespołu, więc postanowiłem pójść na casting i zamiast być przesłuchiwanym, posadzili mnie za instrumentem i tak już zostało. Od tamtego czasu wspólnie wraz Anią Stokalską i Moniką Janasz prowadzimy ten zespół.



M.B.: Na scenie bije od Was pozytywna energia. Czy najlepiej pracuje się z przyjaciółmi? A może relacje i więzi zacieśniają się z czasem, przy okazji owocnej współpracy?

P.H.: Dobrze, żeby i dobre relacje, i chęć pracy szły ze sobą w parze. Nowy skład, nowi ludzie, wszyscy uczyliśmy się siebie nawzajem od początku i krok po kroku poznawaliśmy siebie i swoje możliwości. Aby więzi się zacieśniały, musi być owocna współpraca? Hmm… Trudno powiedzieć, na pewno każdy, kto jest w tym zespole, przychodzi na próby z tego samego powodu – jego pasją jest muzyka, rozrywka, śpiewanie. Nie każdy jest muzykiem zawodowym, ale każdy chce pokonywać kolejne bariery i pracować na wspólny sukces. Cel i konsekwentne dążenie do zdobywania kolejnych etapów na wspólnej drodze zdecydowanie pomagają w zacieśnianiu relacji. Praca w takim zespole to ciągłe niespodzianki, anegdoty, nowe estradowe doświadczenia, a to niezwykle łączy. Każdy jest inny, czasem się sprzeczamy, kłócimy, nie ma szans, żeby przy osiemnastoosobowym składzie wszyscy byli tego samego zdania, ale pamiętamy o tym, że „strzelamy do tej samej bramki”, więc zawsze dążymy do porozumienia.

M.B.: X-Factor. To musiało być dla Was wielkie przeżycie.

P.H.: Rzut na głęboką wodę. Zespół, który dopiero co skończył rok swojej działalności, dostał szansę wystąpienia przed szerszą publicznością. Tempo pracy, jakie narzucały reguły programu, było momentami zabójcze, ale wszystkich to naprawdę kręciło. Przygotowywanie utworu od zera w ciągu kilku godzin, ciągłe wyjazdy, nagrania, próby do programów na żywo są niezwykle wyczerpujące, jednak wszyscy tego chcieliśmy. To było niezłe wyzwanie dla każdego z nas. Im dalej byliśmy w eliminacjach, tym bardziej chcieliśmy przejść kolejne etapy. Apetyt rósł w miarę jedzenia. To była niezwykła przygoda, tym bardziej, że przeżyliśmy ją razem. Teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że szansę w tym programie wykorzystaliśmy maksymalnie i bardzo nas to rozwinęło jako zespół.

M.B.: Czy po X - Factorze zespół rozkwitł?

P.H.: W ciągu roku zrobiliśmy ogromny postęp. Z amatorskiej grupy działającej przy jednym z warszawskich ośrodków kultury, staliśmy się rozpoznawalni w całym kraju i regularnie gramy koncerty. To co osiągnęliśmy w rok – biorąc pod uwagę, jaką pracę włożyliśmy w nasz rozwój podczas udziału w programie – pewnie nie osiągnęlibyśmy przez kolejne dwa lata. Program podziałał jak trampolina. Mamy coraz więcej koncertów i ciekawych projektów, a nowe doświadczenia skumulowane w czasie dały nam ogromnie dużo.

M.B.: Nad czym aktualnie pracujesz?

P.H.: Obecnie prace trwają nad nowym materiałem dla The Voices. Nowe kompozycje napisane ściśle pod głosy naszej ekipy. Niestety łatwo nie jest, bo zawsze największym problemem są teksty. Na szczęście jest nas dużo, niektórzy mają smykałkę do pisania, więc mam nadzieję, że niebawem ukażą się kolejne autorskie utwory. Życie muzyka jest pełne niespodzianek i niewykluczone, że jutro wyskoczy jakiś nowy projekt i trzeba będzie ruszyć z pracą.
Fot. muzyka - E. Petryka.
Fot. zespołu - Grzegorz Press.