Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Damian Preis,

W OGNIU WOJNY

A A A
Zaza Urushadze skupia się w „Mandarynkach” na bezsensie wojny. Opowiada historię powściągliwie, bez krzykliwych antywojennych haseł. Umiejętnie stopniuje napięcie, stosując proste środki ekspresji. Przedstawia obraz konfliktu przygasającego w sprzyjających warunkach, co stanowi przyczynek do refleksji o tym, jak sztuczne mogą być podziały i roszczenia wrogich narodów. Co istotne, spór na nowo roznieca odwieczne dążenie do władzy i dominacji, za którym idą kolejne ofiary w postaci najczęściej niewinnych cywilów.

Akcja toczy się w 1992 roku, kiedy w Abchazji, dążącej do odłączenia się od Gruzji, wybucha wojna. Gruzini walczą z separatystami, mającymi po swojej stronie Rosjan oraz czeczeńskich najemników. W świecie tym istnieje pewna malutka wioska, w której do niedawna mieszkali imigranci z Estonii. Nadal zresztą mieszkają. Są nimi Ivo (Lembit Ulfsak) i Margus (Elmo Nüganen). Mimo że ich rodziny w obliczu nasilających się walk postanowiły wrócić do ojczyzny, oni zdecydowali się zostać. Z początku wydaje się, że echa wojny do nich nie dotarły. Margus ma potężną plantację mandarynek, a Ivo, trudniący się stolarką, wykonuje drewniane skrzynki, w których później sprzedają owoce, dzieląc się zyskiem po połowie. Zapowiadają się bardzo pomyślne plony i główne zmartwienie bohaterów dotyczy tego, czy uda się zebrać i sprzedać wszystkie mandarynki. Któregoś dnia przed domem Iva dochodzi do strzelaniny, z której ocaleją tylko dwaj żołnierze: Czeczen (Giorgi Nakashidze) oraz Gruzin (Mikheil Meskhi). Obaj są ranni. Dochodzą do zdrowia pod okiem Iva. I choć nie są jeszcze w pełni sił, wygrażają sobie nawzajem prędką eliminacją, do której nie dochodzi jedynie za sprawą złożonego gospodarzowi przyrzeczenia, iż obaj zrezygnują z rozlewu krwi.

Urushadze unika moralizatorstwa, o które byłoby naprawdę łatwo przy wybranym przez niego temacie. Opowiada historię wartko, bez zbędnych meandrów. Zwroty akcji celnie oddają istotę dzieła, nie stając się jednocześnie wykrzyknikami, które mają za zadanie indoktrynować widza. W gruncie rzeczy „Mandarynki” to bardzo skromny film. Całość rozgrywa się w ograniczonej przestrzeni. Dolina porośnięta drzewami mandarynkowymi jest niezwykle malownicza, a równocześnie staje się miejscem narastającej opresji i zagrożenia. Można mieć nadzieję, że w tej wyizolowanej przestrzeni, zdziczałej za sprawą rozlewu krwi, ostała się mądrość jakiegoś mędrca (czy jest nim właśnie Ivo?), która choć przez moment utrzyma wszystko w ryzach.

Dziełu gruzińskiego reżysera w zasadzie nie da się niczego zarzucić. „Mandarynki” zostały zresztą nagrodzone na zeszłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Tym jednak, którzy widzieli „Ziemię niczyją” Danisa Tanovicia lub „Kukułkę” Aleksandra Rogożkina, film Urushadze może się wydać przewidywalny i przez to nieco rozczarowujący.
„Mandarynki” („Mandariinid”). Scenariusz i reżyseria: Zaza Urushadze. Obsada: Lembit Ulfsak, Elmo Nüganen, Mikheil Meskhi i in. Produkcja: Gruzja / Estonia 2013, 90 min.