Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Marek Lyszczyna,

ZAPOMNIANY LAUREAT OSCARA: ARTUR RUBINSTEIN

A A A
Kiedy myślimy o polskich laureatach (bądź co bądź) najważniejszej nagrody w filmowym świecie, jednym tchem wymieniamy Romana Polańskiego, Andrzeja Wajdę czy Janusza Kamińskiego. Historycy filmu dorzucą zapewne Franza Waxmana (urodzonego w Chorzowie kompozytora muzyki filmowej) czy jego rodaczkę z Królewskiej Huty – Hannę Schygullę – przy warunkowej modyfikacji kryteriów na „laureatów z polskimi korzeniami”. Nikt jednak nie sławi przy tej okazji Artura Rubinsteina – wybitnego pianisty i popularyzatora polskiej muzyki, uhonorowanego nagrodą Amerykańskiej Akademii Filmowej w 1971 za film dokumentalny „Rubinstein: L’amour de la vie” („Rubinstein: Pasja życia”). Mało kto zdaje sobie również zapewne sprawę, że aby na własne oczy obejrzeć prawdziwą oscarową statuetkę, wystarczy udać się do… Łodzi – rodzinnego miasta kompozytora. Tam, w specjalnie przygotowanej izbie jego pamięci, umieszczonej w stałej ekspozycji w Muzeum Historycznym Miasta Łodzi (w Pałacu Israela Poznańskiego), znajduje się gablota prezentująca wszystkie medale i odznaczenia, jakie w ciągu swojego życia otrzymał Rubinstein. Jej zwieńczeniem jest doskonale wszystkim znana złota statuetka.

Droga tego trofeum z Los Angeles do „polskiego Manchesteru” nie była jednak zbyt prosta i krótka. Po części wynikało to z wypierania z polskiej świadomości samego Rubinsteina (o czym jeszcze za chwilę), a po części ze specyfiki dokumentalizmu i polityki Amerykańskiej Akademii Filmowej. W kategorii filmów dokumentalnych przyznawana jest bowiem jedna nagroda, która przypada producentowi – bez względu na walory, za jakie dany film został wyróżniony. Tak samo było również w przypadku „Pasji życia” – w 1971 roku nagrodę odebrał francuski producent filmu, Bernard Chevry. W zgodzie ze swoim sumieniem przekazał ją jednak Rubinsteinowi. Po jego śmierci z kolei nagroda trafiła do Łodzi.

Czy był to jedynie kurtuazyjny gest, a w konsekwencji przypadek, że Artur Rubinstein został wliczony w poczet laureatów tej prestiżowej nagrody? Oglądając film, rozumiemy od razu, że nie. Artur Rubinstein jest bowiem nie tylko bohaterem, lecz także głównym kreatorem tego obrazu. Pełni funkcję gospodarza spektaklu swojego życia, na który zabiera nas dzięki obecności kamery. Nie ulega wątpliwości, że jest frontmanem, gwiazdą, głównym pomysłodawcą filmu. Towarzyszymy mu w wielu chwilach: zarówno tych publicznych, podczas koncertów (łącznie z fenomenalnym nagraniem archiwalnym z koncertu w słynnej Carnagie Hall w 1944 roku), jak i podczas intymnych chwil z najbliższą rodziną, kameralnych prób czy osobistych zwierzeń. Artur Rubinstein daje się poznać nie tylko jako genialny muzyk, lecz także jako wielki intelektualista, myśliciel podejmujący refleksję na główne tematy swoich czasów, wypowiadający się w kwestiach obecności Boga w życiu, roli instytucjonalnych religii, a także losu narodu żydowskiego. „Marzeniem mojego ojca było stanąć pod tą ścianą. Jestem tu w jego imieniu” – mówi pod słynną Ścianą Płaczu. Nie ucieka od kwestii polityki, mając świadomość krzywd, jakich doznali jego rodacy. Sam zaznacza jednak, że nigdy nie doświadczył antysemityzmu ani antypolonizmu. Z opinią tą można polemizować. Rzeczywiście, sam kosmopolityczny Artur Rubinstein, gwiazda europejskich i światowych scen muzycznych w czasach, gdy jeszcze o statusie gwiazdy decydował talent, milioner dzielący swoje życie między Paryż, Nowy Jork a hiszpańskie wybrzeże, zapewne takich resentymentów nie doświadczył. Tego samego nie można jednak powiedzieć o pamięci o nim, czego najlepszym przykładem może być historia filmu „Rubinstein: Pasja życia”. 1971 rok nie był zapewne zbyt szczęśliwy dla wszystkich obywateli Polski Ludowej, dla tych pochodzenia żydowskiego był to jednak okres szczególnie trudny – jak zresztą całe trzylecie dzielące ich wówczas od bulwersujących czystek marca 1968 roku. Trudno się zatem dziwić, że postać i dokonania artysty o znienawidzonych przez władzę ludową korzeniach musiała popaść w zapomnienie.

Tymczasem Rubinstein nie tylko polskości się nie wypiera, ale wręcz jest z niej dumny. Przyznaje się do niej w codziennym życiu, w rozmowach z żoną płynnie przechodząc z francuskiego lub angielskiego na polski. Przyznaje się do niej także przed szerokim audytorium, interpretując na swój patriotyczny sposób „Poloneza As-dur” Fryderyka Chopina.

Rubinstein jest wyjątkowo wdzięcznym bohaterem do portretowania. Od samego początku sypie anegdotkami i żartami, świetnie wypada przed kamerą, a w spotkaniach z przypadkowymi ludźmi na ulicy jest niezwykle komunikatywny i bezpośredni. Wielką wartością filmu są również obszerne fragmenty, w których całą przestrzeń wypełnia muzyka. „To gotowa scenografia »Borysa Godunowa«” – mówi Rubinstein, podziwiając perską architekturę podczas jednej z wizyt na Bliskim Wschodzie. Niesłychana muzyczna wyobraźnia bohatera przenosi nas natychmiast w świat wypełniony dźwiękami opery Modesta Musorgskiego. W innych scenach oglądamy skupionego Rubinsteina podczas prób z orkiestrą lub ćwiczącego w samotności niezwykle skomplikowane pasaże Villa-Lobosa lub doskonałe dźwięki sonat Beethovena.

„Pasja życia” to jedno z tych dzieł, które skłaniają do wniosku, że po latach pochylania się polskich dokumentalistów nad socjalnymi problemami i „czarnymi seriami” być może znowu warto robić filmy o ludziach wielkich, którzy mają nam do przekazania znacznie więcej niż tylko świadectwo własnego talentu.
„Rubinstein: L’amour de la vie”. Reżyseria: Gérard Patris, François Reichenbach. Gatunek: film dokumentalny. Produkcja: Francja 1969, 89 min.