Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Dominik Szcześniak,

FRETKA. BORSUK. ROSOMAK ('WOLVERINE: LOGAN')

A A A
„Wolverine: Logan” miał być komiksem ukazującym moment, w którym tytułowy bohater stał się mężczyzną. Jak przystało na opowieść o superherosie, ta ważna chwila musiała zyskać odpowiednią otoczkę. Czytelnicy, którzy spodziewali się ujrzeć Rosomaka świętującego swoją osiemnastkę, muszą jednak obejść się smakiem. Celebrując wejście protagonisty w dorosłość, scenarzysta Brian K. Vaughan przygotował mu bowiem prawdziwie bombową niespodziankę.

Współczesna (choć nie tylko) rama opowieści przenosi nas do Hiroszimy, gdzie spotykamy Wolverine’a spacerującego po japońskim śniegu oraz rozpamiętującego wydarzenia z przeszłości, stanowiące główną oś dramaturgiczną utworu. Otóż 6 sierpnia 1945 roku Logan spędza noc w objęciach pięknej Atsuko, która następnie ginie z rąk amerykańskiego żołnierza-fanatyka. Niedługo potem wszystkich aktorów tego dramatu spowija nuklearny ogień. Choć antagoniści żywcem upiekli się w atomowym pandemonium, czynnik gojenia ran Rosomaka sprawia, że bohater uchodzi z życiem. Czas pokaże, że nie tylko on.

Brian K. Vaughan wyraźnie zafascynował się cyfrą 3, podporządkowując jej formę swojego komiksu. Album podzielony jest zatem na trzy rozdziały, mamy trójkę protagonistów oraz trzy role drugoplanowe, zupełnie zresztą nieistotne. Scenarzysta próbuje tworzyć chemię między bohaterami, kładąc nacisk najpierw na przyjaźń dwóch mężczyzn (towarzyszy niedoli), następnie na rodzącą się między dziewczyną a Loganem miłość, wreszcie – na nienawiść, jaka dzieli sprzymierzonych dotąd wojaków.

Niestety, ten komiksowy tercet wypada zaskakująco słabo, operując w dodatku dialogami na poziomie brazylijskich tasiemców. „Chłopaki w koszarach nazywali mnie borsukiem, fretką, skunksem” – zwierza się ukochanej zafrasowany Rosomak. „Myślałam, że idę do łóżka z twardym wojownikiem. Ale jesteś tylko delikatną, porcelanową lalką, prawda?” – pociesza go japońska piękność. Powiedzieć, że Vaughan przygotował taśmy na Logana, to nic nie powiedzieć.

Autor poległ wprawdzie jako scenarzysta, ale to również dzięki niemu powstało to, co w komiksie  najciekawsze, czyli posłowie ujęte w formę wycinków z korespondencji Vaughana do redaktora. Zdradzając w tekście pierwotną koncepcję skryptu, wyraża on szczerą radość z możliwości współpracowania z grafikiem Eduardo Risso, ujawniając przy tym swoje inspiracje. Zapiski te pokazują, że Vaughan nie wymagał od swojego kolegi bezrefleksyjnego podążania za jego wytycznymi, a raczej stawiał na współpracę także na etapie powstawania fabuły. Porównując pierwotną wersję tekstu z finalnym efektem, widać zresztą, że rysownik miał gigantyczny wpływ na kształt komiksu, eliminując z niego sporo niedorzeczności (np. uczynienie wrogiem Wolverine’a potwora przypominającego Godzillę).

Założeniem Briana K. Vaughana było stworzenie ponadczasowej historii o Loganie – takiej, którą będzie można położyć obok oryginalnej serii Franka Millera oraz Chrisa Claremonta. Jednak próba ukazania Rosomaka zarówno jako dziecka atomu, jak i mężczyzny bomby wodorowej nie powiodła się. Komiks – poza ujmującym szczerością posłowiem – ratują prace Risso. Choć trudno zestawiać je z przygotowaną przez Argentyńczyka efektowną oprawą „100 naboi”, to ilustracje w recenzowanym tomie chwilami przejawiają unikalny blask.  
Brian K. Vaughan, Eduardo Risso, Dean White: „Wolverine: Logan”. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawnictwo Mucha Comics. Warszawa 2014.