Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Krzysztof Grudnik,

CUDOWNA PODRÓŻ (CARL ABRAHAMSSON: 'MOTHER, HAVE A SAFE TRIP')

A A A
Carl Abrahamsson jest pisarzem, dziennikarzem, wydawcą, fotografem, muzykiem, krytykiem, filmowcem, znawcą sztuki i ezoteryki. Sam nie wiem, w jakiej kolejności należałoby poustawiać te określenia. To człowiek, który jednego dnia na uniwersytecie daje wykład o sztuce, kolejnego gra koncert z jednym ze swych industrialnych projektów, później przeprowadza wywiad z jakimś znanym reżyserem, a pomiędzy tym dokumentuje swoje podróże na zdjęciach i krótkich filmach oraz edytuje kolejną publikację prowadzonego przez siebie ezoterycznego wydawnictwa Edda Publishing. Nie mam pojęcia, jak w tym natłoku zajęć Abrahamsson znalazł czas na napisanie swej pierwszej anglojęzycznej powieści, ale ten późny debiut jest nad wyraz udany.

„Mother, Have A Safe Trip” został przez samego pisarza określony gatunkowo jako „okultystyczny seks-thriller”, ale nie będziemy trzymać się tej kategorii. Powieść jest wielowątkowa i próba tego typu kategoryzacji wymaga każdorazowej selekcji jednego z jej wątków, jednego z aspektów, przy niedocenieniu pozostałych. Kanwą utworu jest powrót tytułowej matki, Mary, do Nepalu i jej spotkanie po latach z synem Victorem.

Historia Mary jest historią zbuntowanej, nieco naiwnej hippiski, która wybrała się w podróż do Katmandu, i w beztrosce narkotycznych orgii i wolnego seksu zaszła w ciążę – nie będąc nigdy do końca pewną co do ojcostwa. Ku zdziwieniu dziewczyny, jej przyszłe dziecko wzbudziło zainteresowanie miejscowej grupy religijnej, dla której miała to być wyczekiwana reinkarnacja nauczyciela. Mary zgodziła się pozostać w Nepalu do momentu narodzin i zostawić dziecko pod opieką komuny, sama zaś wróciła do Ameryki. I dopiero po wielu latach i śmierci własnych rodziców bohaterka podejmuje próbę odnalezienia swojego syna.

Zjednoczenie rodziny nie jest łatwą sprawą. Zarówno od strony emocjonalnej, jak i praktycznej – Mary przeprowadziła się właśnie do domu swych zmarłych rodziców na przedmieściach Nowego Jorku, Victor wyrósł na podróżnika, który w momencie śmierci nieznanych mu nigdy dziadków przemierza akurat rozmaite zakątki Europy. Ostatecznie postanawiają spotkać się w Katmandu, czym wywołują euforyczną radość lokalnej ludności, traktującej Victora niczym mesjasza. Jednak podjęty przez Mary kontakt z jej synem zwraca na nich uwagę służb rządowych, dla których postać jak i zdolności Victora są podejrzane. Tropem „Amerykanina bez amerykańskiego paszportu” ruszają więc agenci. Jakby tego było mało – przez przypadek (a przynajmniej w wyniku wydarzeń, które wydają się przypadkowe, bo w świecie stworzonym przez Abrahamssona wszystko ma swoje znaczenie) Victor wchodzi w posiadanie nieznanych projektów Nikolasa Tesli, które mogą rozwiązać światowy problem energetyczny.

Tyle, że Victor nie jest za bardzo zainteresowany światowymi problemami. Wychowany bez matki, w komunie, której członkowie uważali go za świętego, bohater wyrósł na artystę o dość silnym ego. Uwaga Victora koncentruje się na nim samym, jego relacje ze światem sprowadzają się do problemu ekspresji siebie w sposób z jednej strony najpełniejszy i najwierniejszy, z drugiej zaś możliwy do zrozumienia i odebrania przez innych. I do spieniężenia, bo w całej tej otoczce artystycznych zagadnień Victor raz za razem pokazuje się jako ekonomiczny pragmatyk, chcący nie tylko wyrażać siebie na każdy z możliwych sposobów, ale przy okazji także zarobić na tym pieniądze. Nie pasuje do wizerunku oczekiwanego mesjasza, jest zdecydowanie bardziej ludzki i nowoczesny, lub też jest mesjaszem w takim tylko znaczeniu, w jakim jest nim każdy artysta. A Victor jest artystą wielkiego formatu, nawet jeśli nie wielkiej sławy. Pisze wiersze, tworzy muzykę, robi zdjęcia... Czy brzmi to znajomo? O ile trudno wykazać biograficzne podobieństwo pomiędzy autorem a bohaterem (choć pewne punkty styczne można by znaleźć z pewnością), o tyle wypowiedzi Victora na temat sztuki, procesu kreacji artystycznej i magicznego charakteru twórczości (albo twórczego charakteru magii) są jak żywcem wyciągnięte z rozmów, wywiadów i manifestów Carla Abrahamssona. Ich obszerność sprawia, że do wielu określeń gatunkowych można by dodać jeszcze powieść o tworzeniu – niekoniecznie powieści, ale o tworzeniu sztuki w ogóle, jej celach, granicach i wszystkich filozoficznych aspektach tego procesu.

Pewne partie tekstu czynią z „Mother, Have A Safe Trip” powieść ezoteryczną. Można to rozumieć na dwa sposoby. Po pierwsze będzie to wspomniana zasada przyczynowości jako naczelnej zasady organizującej świat. Można ją wyłożyć następująco: nic, co się dzieje, nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko jest konsekwencją wcześniejszych intencji i wszystko okazuje się posiadać jakieś znaczenie dla przyszłości. Świat rezonuje z ludzką wolą, rzeczywistość jest polem kreacji. Taki charakter ma literackie uniwersum Abrahamssona i jest ono przez to porywające i fascynujące, magiczne nie w takim sensie, w jakim magiczne są światy przedstawione w literaturze fantastycznej, ale w takim, jaki odnajdujemy w powieściach realizmu magicznego czy amerykańskich beatników. To magia, za sprawą której człowiek odnajduje utraconą więź z kosmosem, dzięki której zadomawia się w świecie, staje się jego częścią i wypełnia swe przeznaczenie. To przyjazny świat, w którym nawet agenci rządowi, początkowo niechętni wszelkim cudom, zmieniają w końcu swoje podejście. A czytając ostatnie strony, czytelnik pełen jest dobrych życzeń dla każdej z postaci, bo w pewien sposób udało się autorowi wydobyć z każdej z nich pierwiastek dobra, potencjał czasem mocno ukryty, ale zawsze obecny.

Po drugie, ezoterykę powieści można rozumieć w zupełnie inny, bardziej potoczny sposób, jako obecność wszystkich tych elementów, które wydają nam się fantastyczne. Nie będzie to więc sama konstrukcja świata przedstawionego, lecz te motywy, które zakłócają jego realizm, wszelkie zjawiska paranormalne. Nie ma ich w powieści zbyt wiele; na szczęście, bo stanowią jednocześnie jej najsłabszy aspekt. Telepatyczna komunikacja między Mary i Victorem faktycznie osłabia wiarygodność narracji, choć fakt, że staje się ona obiektem zainteresowania tajnej rządowej organizacji przeszukującej „eter” w celu wykrycia tego typu aktywności, tworzy zabawnie-paranoiczny klimat rodem z powieści Williama S. Burroughsa czy Roberta Antona Wilsona. Przy okazji, w zupełnie inny sposób, niż wcześniej wspominane wypowiedzi artystyczne, wątek ten pozwala podjąć inny temat ważny w twórczości Abrahamssona: kwestie wolności i bezpieczeństwa, znajdujące się na przeciwległych biegunach społecznej organizacji. Rząd ukazywany jest jako wróg jednostki, a nawet wróg społeczeństw, które są w stanie spontanicznie się samoorganizować, pod warunkiem, że władza nie wytworzy im zbyt wielu przeszkód.

„Mother, Have A Safe Trip” to fascynująca podróż. Nie jest to zwykła lektura, a właśnie przygoda zanurzenia się w fantastycznym świecie, z której wracamy nie tylko estetycznie zadowoleni (bo fabuła i narracja dostarczają wielu emocji), ale także autentycznie zainspirowani. Abrahamsson chce nam coś powiedzieć, i chce mówić w głównej mierze o sobie. Ale kiedy wybrzmią jego słowa, pozostaje cudownie aktywizujące pytanie: no dobrze, ale co teraz Ty z tym wszystkim zrobisz?
Carl Abrahamsson: „Mother, Have A Safe Trip”. Edda Publishing. Stockholm 2013.