Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Kamila Czaja,

SZCZEGÓLNOŚĆ TKWI W SZCZEGÓŁACH (PAULINA WILK: 'ZNAKI SZCZEGÓLNE')

A A A
„Dorosłe dzieci mają żal...”

„Pierwsza autobiografia pokolenia urodzonych około 1980 – dzieci polskich transformacji” – tak brzmi zachęta na okładce książki Pauliny Wilk. Tego typu reklama budzić może mieszane uczucia. Czytelnicza ciekawość wobec czegoś nowego łączy się bowiem z obawą, że to po prostu kolejna pozycja, w której „stracone pokolenie” narzekać będzie na swoje trudne życie w odmętach krwiożerczego wolnego rynku.

Część tych obaw się potwierdza. Książka Wilk nieraz przywodzi na myśl piosenkę zespołu Turbo, w której „dorosłe dzieci” – chociaż z innego pokolenia – „mają żal”. Poza tym autorka w swoich rozważaniach o przeszłości i teraźniejszości często realizuje banalny schemat „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, chociaż sama zdaje sobie sprawę z upraszczającego charakteru takiego mechanizmu. Wspominając pierwsze zagraniczne wycieczki, pisze: „Czasem dla urozmaicenia dostawaliśmy do obiadu po kilka słonych zielonych oliwek wielkich jak śliwki. Ogryzałam ich pestki w upale, siedząc na ciepłej parkingowej trawie. Towarzyszyły mi zapachy wysuszonego moczu, huk pędzących samochodów i nadzieja, że w przyszłości zjem obiad w najprawdziwszej restauracji w Barcelonie albo Paryżu. Rzecz jasna, gdy mi się to udało, zatęskniłam za smakiem zielonych oliwek w słońcu” (s. 143).

Na szczęście nie można sprowadzić „Znaków szczególnych” do potoku narzekań, ale krytyka rzeczywistości po przełomie jest w książce wyraźna. Zakres poruszanych tematów najłatwiej pokazać, przyglądając się temu, jak Wilk pisze o czasach przed transformacją, o etapie transformacji oraz o teraźniejszości.

Przed

Jeśli ktoś urodził się w latach 80. (nawet w drugiej ich połowie), powinien wiele fragmentów „Znaków szczególnych” czytać z dużą przyjemnością. Owszem, Wilk w obrazie czasów sprzed 1989 roku sporo rzeczy spłyca i pozwala sobie na pokoleniowe generalizacje. Jednak w rozważaniach o dzieciństwie autorce udaje się tak skutecznie sięgać po szczegóły tamtego okresu, że emocje przeważają nad ewentualną refleksją w rodzaju: „Pięknie, ale przecież nie wszyscy/nie zawsze/nie wszędzie...”.

Komuś, kto pamięta, jak mniej więcej w czasach przełomu biegał po podwórku, racjonalna krytyka tych fragmentów książki nie przejdzie przez gardło wobec poczucia wspólnoty z opisywanymi dziećmi. Kiedy już-już chciałoby się wskazać na uproszczenia (bo skoro za PRL-u było tak swojsko, to skąd choćby wzmianki o ukrywaniu się z przyjmowaniem sakramentów), natrafia się na jakiś dawno utracony obraz. Wilk pisze na przykład: „Zazdrościłam zielonemu Oscarowi z »Ulicy Sezamkowej«, że mieszka w koszu na śmieci. Wyłaniał się czasem ze stalowego kubła, unosząc pokrywę. Mówił coś złośliwego, a potem znów znikał w środku” (s. 125) – a przed oczami jak „żywy” staje zielony, kosmaty, sarkastyczny idol wczesnego dzieciństwa. Autorka „Znaków szczególnych” świetnie przywołuje szczegóły, które nagle uderzają. Wspomina mimochodem „plecaki zawieszone na stalowych haczykach” (s. 36) i nagle czytelnik przypomina sobie, że i on wieszał plecak na haczyku. I chociaż na co dzień nikogo pewnie nie nurtuje epokowe zagadnienie: „Gdzie umieszczało się plecaki podczas lekcji?”, to w takich momentach pisarka „łapie” odbiorcę (na haczyk?).

Wilk sięga też po nieco zbanalizowane wątki wychowywania się w czasach komunizmu, pisząc zdania w rodzaju: „Drzwi świata bajecznych wzorów i możliwości uchylały się rzadko, przypominając, że wszystkiego mamy mało, tylko marzeń – nieskończenie wiele” (s. 14). Ale przy wspomnieniowych fragmentach łatwo jej to wybaczyć, bo do publicystycznych generalizacji często dochodzi poprzez szczegóły z indywidualnej biografii. Żeby zobrazować skomplikowane relacje między rodzinami żołnierzy z osiedla po jednej stronie torów z ludźmi z drugiej strony – podział, ale do pokonania – sięga po konkret: „Doktor Stawski i jego śliczna płaska pieczątka, którą chował w srebrnym pudełeczku, wędrowali regularnie w tę i z powrotem, dyżurując po obu stronach rzeczywistości” (s. 11). A „łopatologiczny” przekaz, że tylko przed erą wolnego rynku można było cenić samą ideę współzawodnictwa, łagodzi poprzedzenie tego morału uroczą historią o zabawie w rajdy samochodowe: „Najważniejsza była podróż, a nie zwycięstwo, więc na mecie zajmowaliśmy zwykle skromne, trzecie miejsce” (s. 127).

Dzięki sięganiu po szczegóły – z pozoru drobne, a z perspektywy dziecka tamtych czasów wzruszające – Wilk udaje się zrobić wrażenie. Zachwyt tamtymi czasami wynika z zachowania dziecięcego, a więc naiwnego, spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Taka perspektywa gra na emocjach, przemawia do dzisiejszych trzydziesto- czy dwudziestokilkulatków, nagle przypominających sobie smak pitej „na spółę” oranżady. Tęsknota za tym smakiem i poczuciem wspólnoty uogólnia się w lekturze do tęsknoty za PRL-em – niezależnie od świadomości, że może i oranżada była różowa, ale czasy już niekoniecznie.

Autorka nie tylko przekonująco idealizuje więzi międzyludzkie z tamtego okresu („Zaprzyjaźniał nas czas – wspólnie przestany, przegadany, przemilczany, przenudzony. Decydujące wcale nie było to, czy jesteśmy dla siebie atrakcyjni, czy mamy jakieś unikatowe cechy, dla których warto się lubić. Rośliśmy razem i to wystarczało”, s. 205). Umiejętnie sugeruje też zagrożenie tym, co nadejdzie. Chociaż transformacja na początku wydaje się jej uczestnikom czymś radosnym, to Wilk już w opisach tego, co było wcześniej, zapowiada wady przełomu: „Wkrótce wszyscy mieliśmy się znaleźć w świecie flamastrów w odblaskowych kolorach, świecących temperówek i różowych piórników, które wystawią na próbę nasze przyjaźnie i sprawią, że zaczniemy biec po więcej” (s. 16).

Wspomnienia z sielskiego (chociaż biednego) dzieciństwa w PRL-u to – dzięki talentowi do wychwytywania szczegółów i wywoływania tęsknot – najmocniejsze fragmenty książki Pauliny Wilk. Jednak im dalej (a chronologicznie – im bliżej), tym gorzej.

W trakcie

Transformacja w „Znakach szczególnych” to coś, na co się czeka, a co ostatecznie rozczarowuje. Trudno taką diagnozę uznać za oryginalną, a Wilk tylko chwilami udaje się znaleźć sposób, by zagrożenia wynikające z wkroczenia do Polski kapitalizmu opowiedzieć w sposób, którego nie „zużyli” już publicyści.

Podobnie jak w przypadku wspomnień z wcześniejszego okresu w opisie przełomu najlepiej sprawdza się sięganie po szczegóły z osobistej biografii. Świetnym pomysłem jest pokazanie tempa zmian przez ewolucję korektora, jaki wypadało mieć w piórniku (od takiego w pędzelku do suchych pasków). Przemawiają uchwycone z precyzją miejsca, na przykład „sklep z kasetami magnetofonowymi, ułożonymi w przegródkach i na obrotowych stojakach, z ceną wypisaną ołówkiem na jaskrawozielonej metce” (s. 43). Przeskok między Wschodem a Zachodem, między nauką rosyjskiego a angielskiego i związane z tym nadzieje doskonale oddaje wyznanie: „Byłam fanką present perfect, przede wszystkim ze względu na jego nazwę – »perfekcyjna teraźniejszość«” (s. 81).

Dopóki Wilk wychodzi od pojedynczych doświadczeń i pisze o swoim odczuwaniu przemian rynkowych, „Znaki szczególne” są naprawdę poruszające. Nie zawsze światopoglądowo odkrywcze, ale za to dobre literacko są fragmenty łączące lokalny świat dziecięcy z wielką polityką („Polityka i historia zastały nas w trakcie zabawy. Na jednej z płyt ktoś niedbale wymalował sprayem gwiazdę Dawida i napis: »Mazowiecki żyd!«. Skakaliśmy po tych płytach, okręcając się na pięcie tuż obok gwiazdy. Nie wiedzieliśmy, co oznacza, tyle tylko, że ktoś nie lubi premiera”, s. 23) i ekonomią (o sklepiku szkolnym: „Wydawaliśmy nieduże kwoty; ale robiliśmy to świadomie i regularnie – planowaliśmy swoje małe inwestycje tak, by zmaksymalizować przyjemność i efekt wizerunkowy, czyli zjeść coś pysznego i jeszcze się tym pochwalić’, s. 39). Kondycja konsumenta to temat nienowy, ale pokazany z perspektywy dziecka nabiera barw. Podobnie jak nieco już przegadany problem nierównego traktowania humanistów i „ścisłowców”, tu ukazany na przykładzie nagłej wyższości klas niehumanistycznych w liceum z połowy lat 90.

Mniej interesująco jest, kiedy pisarka nie łagodzi banalności konstatacji szczegółami biograficznymi lub drobiazgowym odmalowaniem realiów. Nie bronią się – w dużej mierze słuszne, ale nieoryginalne – spostrzeżenia, że w kapitalizmie dominuje pieniądz, na konsumentów czyhają pokusy, więzi międzyludzkie się przekształcają, wszystko staje się własnością, trwa pogoń za sukcesem i nowością. Zdanie w rodzaju: „Lata transformacji były początkiem trwającego do dziś deficytu autorytetów” (s. 87) nieraz się już czytało. Niektóre banalne prawdy zostały sformułowane chwytliwie, na przykład: „Wszyscy od wszystkich oczekiwali, że się im powiedzie” (s. 107), ale nie wydaje się, że książka Wilk zapewnia jakąś wcześniej niezgłębioną wiedzę o przełomie.

Po

Relacja z transformacji oscylowała między marzeniami i zawodem. Obraz życia po przeobrażeniach to już wyłącznie wyraz rozczarowania. Do rozczarowania każdy ma prawo, ale w rozważaniach o teraźniejszości mocniej razi stosowane przez Wilk „my”. Kiedy autorka używa liczby mnogiej we wspomnieniach (oczywiście idealizowanych), zwykle trzyma się konkretów, z którymi łatwo się utożsamiać. Gdy pokoleniowe generalizacje służą wyrażeniu stosunku do dnia dzisiejszego, rezygnacji „straconego pokolenia”, to wynikający z uproszczeń fałsz staje się wyraźny.

Można dostrzec w „Znakach szczególnych” pewien paradoks. Kiedy Wilk mówi o pozornie niezróżnicowanej wspólnocie lat dziecięcych, bohaterowie – i ona sama – wydają się zindywidualizowani. Kiedy natomiast próbuje portretować własną generację jako „dorosłe dzieci” i wskazuje na skrajny indywidualizm, to wszyscy ci indywidualiści jawią się jako masa pozbawiona „znaków szczególnych” – wyjąwszy te, które pisarka próbuje przypisać całemu pokoleniu. Chociaż autorka zauważa: „Dogoniliśmy zagranicę, długo gloryfikowaną i wyczekiwaną – jesteśmy jej częścią. Od tej pory wszystko będzie trudniejsze i mniej jednoznaczne” (s. 146-147), to w jej książce to, co po transformacji, jest właśnie bardziej jednoznaczne. Idealizację dzieciństwa można tłumaczyć funkcjonowaniem mechanizmów pamięci, ale potępienie teraźniejszości dokonane przez pryzmat wszechogarniającego „my” odbywa się już z perspektywy osoby dorosłej, która powinna już lepiej różnicować i stosować półcienie. Stanowczość ocen teraźniejszości można by wybaczyć jako przykład jednostkowej opinii, ale tu rażą generalizacje i – chyba nawet bardziej – sposób argumentacji.

W tych fragmentach mniej jest konkretu, który odciągałby uwagę od banalności „odkryć”. Zdarzają się trafne (chociaż może nadmiernie wyostrzone) spostrzeżenia w rodzaju: „Księgarzy [kult młodości] zastąpił pryszczatymi stażystami, którzy bez podpowiedzi komputera wpadają w panikę. A w miejsce farmaceutek, do których z emfazą mówiło się »pani magister«, zjawili się uśmiechnięci i sympatyczni młodzi ludzie, którzy boją się cokolwiek doradzić, ale chętnie podsuną syrop w promocji” (s. 116). Częściej jednak czytelnik pozostaje po prostu z refleksją, że pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków sytuuje się pomiędzy historią a nowoczesnością, że jego przedstawiciele są „analogowo-cyfrowi” (s. 164), spóźnieni na rozdanie najlepszych „kąsków” kapitalizmu, rozczarowani polityką, nieudolni w nawiązywaniu relacji. Pewnie niektórzy tak. Może większość. Ale po pierwsze – nie wszyscy. A po drugie – te diagnozy ktoś już kiedyś wygłosił. Wystarczy otworzyć gazetę/ portal internetowy, żeby się o tym dowiedzieć. Pokolenie kredytów, zamkniętych osiedli, niespełnionych obietnic, chwilowości… Największym grzechem Wilk nie jest pisanie z perspektywy zawiedzionych oczekiwań i narzucania całej generacji tych odczuć. Główny problem to takie generalizacje, które wszyscy już słyszeli.

Brakuje tu także wyraźnego pozytywnego programu – wszak narzekać każdy umie. Chwilami Wilk podsuwa trop wyjścia z impasu: ucieczka z korporacji w działalność w fundacjach, zwolnienie tempa życia, wyłączenie telefonu. Autorka zauważa: „Podejmowane odrębnie, po cichu, ale na masową skalę decyzje o wycofaniu się z kontaktu z życiem publicznym są naszą wersją wewnętrznej emigracji, małej niepodległości. Nowym etosem części młodych, wykształconych i zniechęconych. Nie manifestantów i nie dezerterów, lecz rozczarowanych, którzy odchodzą od wolności politycznej do tej uprawianej prywatnie. Przekonanych, że nie istnieje żadna wspólna publiczna sprawa, pod którą pragnęlibyśmy się podpisać” (s. 244). Wątek pomysłu na poprawę sytuacji jest jednak za słabo rozwinięty, łatwo pozostać z wrażeniem powszechnego „obrażania się na rzeczywistość”. A przecież zobowiązywać powinna konkluzja, w której Wilk zestawia dawne podwórko z dzisiejszym życiem: „Nie mieliśmy dokąd odejść. Dziś też nie ma żadnego innego podwórka. Od nas, już dorosłych, zależy, w co się gra tu, na naszym” (s. 248). Irytuje niedocenianie tego, co się ma. Wilk pisze, porównując własną generację z pokoleniem rodziców: „Nam przyszło poruszać się w przeciwnym, przedziwnym kierunku. Startujemy na szczycie, a później drepczemy, często w miejscu, z nieodłącznym towarzyszem – długim cieniem kredytu” (s. 183). Brzmi mocno, ale to jednak narzekanie ludzi, którym zawiedzione oczekiwania (według Wilk opresyjnie narzucone przełomem) przesłaniają pozytywne strony dzisiejszej rzeczywistości.

W refleksjach o teraźniejszości bronią się fragmenty o lęku przed przyszłością. Może dlatego, że łączą pokoleniowość i osobisty ton. Powiada autorka: „Wszyscy – nieważne, jaki wybraliśmy scenariusz – na równi boimy się samotnej starości, przeżytej w cierpieniu i ubóstwie. Nigdy jeszcze nie była tak prawdopodobna jak w czasach wyjść awaryjnych, niedotrzymanych obietnic i renegocjowanych przysiąg” (s. 196) oraz: „I – już na zapas – żal mi starości, której nie spędzę wśród pamiątek mówiących do mnie te wszystkie czułe słowa sprzed lat” (s. 215). Takie refleksje giną jednak wśród ładnie napisanej, ale wtórnej publicystyki pokoleniowej. Autorka czasem ujmuje celnym sformułowaniem („Przede wszystkim nic już nie mogło uratować iluzji o życiu, w którym każdy następny dzień będzie lepszy od poprzedniego”, s. 166; „Polska dzisiejsza staje się coraz bardziej wczorajsza”, s. 237). Ale chyba każdy podobne obserwacje – choćby wyrażone nieco mniej finezyjnie – wcześniej sam sformułował lub gdzieś przeczytał.

2 książki w 1 – czyli o jedną za dużo

Paulina Wilk pisze dobrze, a przez to czytelnik nie od razu orientuje się, że „Znaki szczególne” to właściwie dwie książki w jednej. Przejścia od emocjonującej opowieści o dzieciństwie do publicystycznej pogadanki o złym kapitalizmie są płynne. Na dodatek „obie” książki przyjemnie się czyta. Problem w tym, że każdą z nich czyta się przyjemnie z innych powodów. O przeszłości czyta się dobrze, bo to coś, co zna się z doświadczenia – można więc za tym tęsknić. A o teraźniejszości w ujęciu Wilk czyta się lekko, bo to coś, co zna się z gazet – można więc się nad tym nie zastanawiać. Powszechne diagnozy (nawet jeśli uważa się je za przejaskrawione) docierają gładko.

Autorka staje się nie tylko ofiarą „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, ale i mechanizmu, który sama zauważa, omawiając fotografię analogową i cyfrową: „Do jednej niewyraźnej fotografii można dopowiedzieć całe życie. Doskonalsze zdjęcia, które robiliśmy później, zamykają mi usta. Nie mam przy nich wiele do dodania. Obraz jest tak ostry i niepodważalny, że brakuje okazji do domysłów i dla płatającej figle pamięci, która tyleż rejestruje, ile zmyśla przeszłość” (s. 68). Przeszłość w „Znakach szczególnych” – nawet jeśli idealizowana do granic zmyślenia – działa. A opis „ostro” potraktowanej teraźniejszości wnosi tylko powierzchowne konstatacje. Szkoda, że zamiast autentycznie poruszającej historii rozczarowania tych, którzy kiedyś mogli powiedzieć: „Horyzont naszych marzeń leżał zawsze gdzieś dalej” (s. 82), Wilk serwuje zestaw diagnoz już znanych. Zamiast pasjonującej książki do rąk czytelnika trafia lektura świetna mniej więcej w połowie.
Paulina Wilk: „Znaki szczególne”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2014.