Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Krzysztof Grudnik,

LETNIE ROZWAŻANIA (JULIAN BAGGINI, ANTONIA MACARO: 'FILOZOF NA KOZETCE')

A A A
Projekt „Filozofa na kozetce” wydawał się całkiem ciekawy: oto tytułowy filozof (Julian Baggini) ściera się z psychologiem (Antonią Macaro) w kwestiach dotyczących podstawowych problemów ludzkiej egzystencji. W ten sposób czytelnik mógłby otrzymać szereg wartościowych wglądów: w relatywność ludzkiej natury czy nawet ludzkiej istoty rozmaicie definiowanej w zależności od przyjętego kontekstu, w ideologiczne założenia psychologii i filozofii i moc ich argumentacji, wreszcie w granice obu tych dyscyplin, do których dojść by musieli uczestnicy tego typu sporów. Mając wobec „Filozofa na kozetce” takie oczekiwania musimy wszakże przygotować się na rozczarowanie, bo książka ta jest o wiele mniej dynamiczna i – niestety – o wiele mniej ciekawa.

Struktura tekstu faktycznie wygląda obiecująco: poszczególne rozdziały (liczące zwykle po 8-10 stron) skupiają się na zagadnieniach ważnych w obrębie ludzkiej egzystencji. Mamy więc nieco o szczęściu, o życiowych celach, o duchowości, o statusie społecznym, o emocjach, ale też o postawach, takich jak duma, pesymizm czy uważność. Na każdy z tych tematów wypowiadają się filozof i psycholog – w różnej kolejności. Wypowiedzi są krótkie i często ledwo dotykają tematu, zwłaszcza że rzadko okazują się jednowątkowe. Jeszcze bardziej przeszkadza praktyczne zrównanie tego pozornego dwugłosu. Gdyby z książki wymazać śródtytuły wskazujące, czyją wypowiedź aktualnie czytamy, nie raz można by mieć kłopot z jej dopasowaniem. Psycholog i filozof brzmią bowiem tak samo, nie wchodzą ze sobą nigdy w żadną polemikę. Filozof odnosi się do wyników badań psychologicznych, a psycholog sięga po dzieła filozoficzne jako źródło inspiracji lub egzemplifikacji dla własnych osądów. Między autorami nie ma żadnego napięcia, mówią oni jednym głosem i mówią często to samo. Na przykład w rozdziale 12, poświęconym poczuciu własnej wartości, w obu przypadkach podkreślona zostaje bazowa rola samoakceptacji. I w obu przypadkach stanowi ona zaledwie punkt wyjścia do pracy z tym, co mamy. Musimy zaakceptować siebie takim, jakim jesteśmy, a później wykorzystać posiadany potencjał. Filozof i psycholog zgadzają się w tej kwestii – i artykułują tę zgodę na 10 stronach.

Może zatem bardziej niż zestawieniem dwóch dyscyplin jest „Filozof na kozetce” próbą ich pogodzenia. Bo godzą się one z pewnością pod jednym względem – potrzeby odnalezienia we współczesnym świecie, potrzeby ponownego udowodnienia swojej użyteczności. Filozofia bowiem, jak zauważył już Michel Foucault, sprowadza się obecnie, w swym akademickim wydaniu, do samej historii filozofii. Psychologia zaś albo przegrywa rywalizację z „pigularzami”, mającymi na każdą egzystencjalną bolączkę odpowiednią tabletkę, albo sprowadzona zostaje do mało szlachetnych wydań w rodzaju psychologii sprzedaży, będącej zwykle zbiorem technik manipulacji konsumentem. A zatem Baggini i Macaro stają przed wyzwaniem zaktualizowania statusu swych dyscyplin, udowodnienia ich przydatności i użyteczności w rozwiązywaniu problemów człowieka XXI wieku. Być może właśnie dlatego ich głosy współbrzmią tak dobrze: to głosy wołania o uwagę, głosy proszące o szacunek (nie dla autorów, dla dyscyplin), głosy popadające w zapomnienie.

Już od Freuda wiemy, że milczenie oznacza śmierć. W obrębie literatury zabranie głosu nie oznacza jednak samego tylko powstania dzieła, ale również – przede wszystkim nawet – jego percepcję. Napisanie książki mającej rewaloryzować psychologię i filozofię we współczesnym świecie, której nikt nie będzie czytał, to pomysł chybiony. Powstaje więc pytanie – jak napisać książkę, która pozostanie przez dłuższy czas w szerszym obiegu czytelniczym? Jak mówić o psychologii i filozofii, by inni chcieli słuchać? Na sposób popularny, oczywiście. Popularny w tym najgorszym, filisterskim sensie: schlebiającym gustom mas, trafiającym, do kogo tylko się da, pozostawiającym wrażenie typu „to było głębokie” – nawet jeśli nie było. W „Filozofie na kozetce” znajdziemy wiele zabiegów, które inteligentnemu czytelnikowi wydadzą się prawie obraźliwe. Mamy tu twierdzenia posunięte do absurdu – na przykład, że w pełni rozwinięte samooszukiwanie objawia się jako przekonanie, że jest się królową (s. 132). Schizofrenia nie jest samooszukiwaniem się i takie jej bagatelizowanie nie przystoi i z pewnością nie jest zabawne. Mamy też rzucane tu i ówdzie trywialne frazy w stylu: „Jeśli chcemy zaakceptować to co mamy dziś, musimy pogodzić się z tym, co robiliśmy wczoraj” (s. 168). Można do tego dodać rozsiane po książce twierdzenia typu „jak wynika z wielu badań...”, by dostać dzieło mało rzetelne i intelektualnie jałowe.

Po lekturze tej książki trudno powiedzieć, o czym ona w zasadzie jest. Zawiera streszczenia bardzo wielu cudzych koncepcji, które ograniczają się często do jednego lub dwóch zdań i z których niewiele wynika. Brak tu klamry spinającej całość, brak też myśli przewodniej. Ewentualnie za punkt wyjścia moglibyśmy uznać koncepcję złotego środka, która pojawia się w drugim podtytule polskiego wydania („W poszukiwaniu złotego środka”). Byłaby to stoicko-arystotelesowa koncepcja zakładająca, że skrajne poglądy i postawy są zawsze złe i najwłaściwszym posunięciem będzie ich zbilansowanie. Ale tego typu twierdzenie nie jest ani odkrywcze, ani konkretne, bo odnieść je można spokojnie nawet do gotowania. Tymczasem w wydaniu autorów książki złoty środek postuluje zachowanie i życie, które wydaje się nieco marne. Wartość egzystencji zostaje bowiem nadana – za Arystotelesem – poprzez jej intelektualny, refleksyjny charakter. I tak na przykład na stronie 18 znajduje się taka myśl dotycząca słuchania muzyki: „Możesz pozwolić, by po prostu przepływała przez ciebie, albo też słuchać świadomie. W pierwszym przypadku twoje przyjemne doznania będą miały charakter bardziej dziecięcy czy zwierzęcy, w drugim – specyficznie ludzki”. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku „ludzki” znaczy tyle, co „ograniczający”, jakby to określenie-zarzut wyciągnąć prosto od Nietzschego. Taki postulowany panintelektualizm wydaje się straszny i, paradoksalnie, daleki od jakiegokolwiek „środka”. A przecież: „Pan Pomiędzy to najlepszy przyjaciel filozofów, ktoś, z kim należy zadawać się możliwie często, ponieważ możemy się od niego wiele nauczyć” (s. 129). To też ograniczające. Proponowane przez Bagginiego i Macaro podejście stoicko-arystotelesowkie, oparte na bilansie (złotym środku) i refleksyjności (panintelektualizmie) uniemożliwia transgresję czy ekstazę. Słuchając muzyki, możesz rozbierać ją na czynniki pierwsze, analizować kompozycję, strukturę, dostrzegać muzyczne cytaty, grę z tradycją i robić wiele innych rzeczy uznanych przez autorów za „ludzkie”. Ale możesz zrezygnować z intelektualnego odbioru i po prostu dać się jej ponieść. Doświadczyć czegoś trudnego do opisania, ale wartego przeżycia, a nie jedynie przemyślenia.

„Filozof na kozetce” to książka rozczarowująca. Początkowy potencjał formalny zostaje szybko utracony, a przez to książka traci też dynamikę. Brak tu wyraźnych tez czy postulatów – z wyjątkiem wspomnianej stoicko-arystotelesowskiej postawy, stanowiącą ziemię jałową dla ludzkiego doświadczenia. „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust” (Ap 3, 15-16).
Julian Baggini, Antonia Macaro: „Filozof na kozetce. Przewodnik po dobrym życiu. W poszukiwaniu złotego środka”. Przeł. Dominika Cieśla-Szymańska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2014.