Wydanie bieżące

15 lipca 14 (254) / 2014

Zuzanna Sokołowska,

EWA, KSIĘŻNICZKA BRZYDKICH OBRAZÓW

A A A
Przechadzając się ulicami miasta, mijamy nieskończoną ilość twarzy. Jedne przyciągają naszą uwagę, drugie skupiają wzrok tylko na sekundę, znikając w okamgnieniu w przestrzeni kolejnych, estetycznych wrażeń. Oko uwielbia piękno – przygląda mu się ukradkiem lub ostentacyjnie, próbując zatrzymać w źrenicy doskonałość, którą dostrzega. Niewątpliwie  posiada ono swój własny detektor piękna, dzięki któremu umysł rozpoznaje to, czym może się wizualnie zachwycić. Cokolwiek by rzec o pięknie i bez względu na to, jak wielu znajdzie się orędowników tezy, że jest to bardzo subiektywne i powierzchowne uczucie, nie ma się co oszukiwać – jest ono w życiu człowieka niezbędne. Ilu ludzi, tyle definicji tego zjawiska, niemniej jednak to właśnie od sztuki domaga się „bycia ładnym”, „piękna”, którego pole rażenia jest tak silne, że wywołuje wręcz religijne uczucia.

Jacques Barzun twierdził, że sztuka, a raczej religia sztuki, obiecuje człowiekowi nie tylko harmonię między odczuwaniem a rozumieniem świata, ale również rozkosz duchowej ekstazy. Zatem wielka sztuka ze swymi arcydziełami, jak zauważa Joanna Winnicka-Gburek, wywołuje wszystko to, co niesie ze sobą zaangażowanie religijne: podziw, zachwyt, pobożność. Brzydota aż tak ekstatycznych wrażeń nie generuje. Wręcz przeciwnie, rodzi ona wstręt, obrzydzenie i przerażenie – są to najczęściej pojawiające się w kontakcie z nią emocje, które zresztą znacznie dłużej pozostają w ludzkiej pamięci niż doświadczenie przyjemności. A więc brzydota ze swoim kłopotliwym bagażem wizualnych wrażeń potrafi zrobić naprawdę piorunujące wrażenie. W zderzeniu z tym, co estetyczne i doskonałe, uwydatnia ona skończoność piękna, jego stałość i jednowymiarowość. Tymczasem to, co wywołuje wizualny wstręt, staje się niejednoznaczne, dręczy oko i umysł, nie pozwalając o sobie zapomnieć, choć trzeba przyznać, że każda forma obrzydliwości, nawet rozcieńczona do najbardziej przyswajalnej zawiesiny, skłania do jednego odruchu – unikania bezpośredniej konfrontacji z tym, co przeraża, i przyjmowania roli obserwatora.

Tak też dzieje się w przypadku malarskiej twórczości Ewy Juszkiewicz, która na pewno nie jest przyjemną zabawą w estetykę. Artystka „doczepia” do swoich obrazów maski zwierząt lub potworów, kompletnie zmieniając schematyczne myślenie o sztuce portretu. Wystarczy jeden nieprzystający do doskonałości element, by piękno zamieniło się w groteskę. Juszkiewicz zestawia ze sobą przeciwieństwa, dokonując antropologicznej refleksji nad ideą brzydoty. Realizacje artystki z niezniekształconymi twarzami portretowanych postaci, które są albo zasłonięte, albo zamaskowane, budzą z kolei zasadnicze pytania: co w gruncie rzeczy staje się w nich wizualnie nie do przyjęcia i co takiego sprawia, że istnienie brzydoty wydaje się tak egzystencjalnie kłopotliwe? Juszkiewicz nie stara się przyjmować jednoznacznego stanowiska: „W swojej pracy nie chcę pokazywać brzydoty jako cechy odstającej od ludzkiej istoty, ale jako element współtworzący i budujący indywidualną tożsamość” – podkreśla. Artystka próbuje tym samym poprzez obskurną, brzydką i tajemniczą formę pokazać anomalie ludzkiej psychiki i fizyczności, które nie są tak oczywiste, jak jednowymiarowe piękno. Tworzy swój własny, graniczny kanon, który nie opowiada się za żadną absolutną, estetyczną wartością. Juszkiewicz upłynnia wszelkie definicje, tworząc nowy status fizyczności, daleki od medialnych, sztucznie wyretuszowanych wizerunków, choć malarskie realizacje artystki dotykają mimowolnie także innych zagadnień.

Ciało stało się dziś przeszczepem różnorakich znaczeń, konsumpcyjnym bytem zawłaszczanym przez kulturę, politykę, a nawet religię, która do tej pory spycha je do kategorii tabu. Artystka demaskuje na swoich obrazach powszechnie obecny (posługując się terminologią Naomi Wolf) mit urody, który ponownie, pomimo wyzwalających osiągnięć feminizmu, umieścił kobiecość zarówno w cielesnym, jak i emocjonalnym więzieniu, narzucając jej dążenie do idealnej, pozbawionej zmarszczek fizyczności.

Reakcja widza na działania Juszkiewicz jest równie nieoczywista, jak jej obrazy, które wymykają się jakiejkolwiek interpretacji. Twórczość artystki nie służy do podziwiania i kontemplacji, tylko do głębokiej refleksji na temat przekraczania trudnych do zidentyfikowania niejednoznaczności. Doświadczanie anomalii, jaką jest brzydota, wymaga intelektualnego wysiłku, stając się bardziej fascynujące niż krótkotrwała, bezrefleksyjna wzrokowa przyjemność. Fakt ten oczywisty jest już od dawna. „Szpetność upięknia, piękność szpeci” – pisał William Shakespeare, doskonale wyrażając wszystkie związane z tym zagadnieniem egzystencjalne, a także estetyczne wątpliwości.