Wydanie bieżące

1 września 17 (257) / 2014

Ewa Wildner,

DRUŻYNA: MOCNY SERWIS BIELAWSKIEGO

A A A
Jako była siatkarka szczerze obawiałam się filmu Michała Bielawskiego. Mając w pamięci medialny szum wokół sukcesów i porażek podopiecznych trenera Anastasiego, oczekiwałam zaledwie filmu-pomnika, udokumentowanego przyznania się do winy bądź też celebryckiego portretu sportowców nakręconego na potrzeby fanek. Na szczęście „Drużyna” unika zarówno stawiania bohaterów na piedestale, jak i prób usprawiedliwienia sportowych porażek. Zamiast patosu, widz otrzymuje dynamizm i świeżość godną siatkarskiego spotkania na wysokim szczeblu.

Odwracając dramaturgię podobnego typu obrazów, Bielawski zaczyna od punktu kulminacyjnego – zwycięskiego meczu Polaków w Lidze Światowej. Z pełnych entuzjazmu przebitek z autentycznych relacji, które oglądaliśmy w 2012 roku, przechodzimy do szatni, skąd od tej pory będziemy obserwować poczynania siatkarzy. Od momentu, gdy kamera po raz pierwszy powędruje za kulisy, robiąc zbliżenie na dłoń leżącą bez ruchu na płycie boiska, spojrzenie widza na mecz nie będzie już takie samo. Każdy wybuch radości na trybunach po zdobytym punkcie będzie nosił znamiona okrutnych igrzysk, na których potrzeby siatkarze wylewają siódme poty i narażają się na kontuzje. „Sport to zdrowie” – komentuje rozgrywający zespołu Łukasz Żygadło – „ale tylko ten amatorski”.

Ukazując trudy docierania na sportowe podium, Bielawski unika ryzykownego mitologizowania zawodników, o które byłoby niezwykle łatwo. Patrząc na idealnie wyrzeźbione ciała, które przez fizjoterapeutów i trenerów traktowane są jak maszyny, można mieć wrażenie, że oglądamy roboty zaprogramowane na zdobywanie punktów. Poza kilkoma wypowiedziami kibiców, że zwykli śmiertelnicy nie byliby zdolni do podobnych poświęceń, reżyser koncentruje się raczej na ludzkiej stronie podopiecznych Anastasiego. Prędzej niż nimb efekciarskiej chwały unoszący się nad głowami zawodników, zobaczymy, jak na widok kamery przekładają oni puste opakowania po batonikach na szafki współlokatorów. Prędzej niż skargę na samotność i wycieńczenie, usłyszymy, że tym, co najbardziej przeszkadza siatkarzom, jest deska w nogach zbyt krótkich łóżek. Za ogólny portret drużyny w dokumencie odpowiedzialni są jednak nie tylko filmowcy, ale także sami zawodnicy – wymykający się stereotypowi sportowca elokwentni mężczyźni, którzy zdają sobie sprawę z pułapek zawodu, jaki wykonują.

Jasne, znajdziemy tu i bohaterskie slow-motion przy podchodzeniu do ataku, połączone z posłaniem przeciwnikowi spojrzenia à la Clint Eastwood. Zastanawiając się głębiej nad przesłaniem filmu, można również dojść do wniosku, że jest ono schematyczne jak akcja po jednej stronie siatki. Odbiór, czyli teza: sport wymaga nieludzkich poświęceń. Rozegranie (tezy): każdy z zawodników jest indywidualistą. Atak, czyli konkluzja: poświęcenie plus pasja i indywidualizm równa się Drużyna Marzeń. Schematyczność pukająca do świadomości racjonalnego odbiorcy zagłuszana jest jednak przez największą siłę dokumentu Bielawskiego, czyli miłość do sportu, jaka przebija tu z każdego kadru. Dzięki minikamerze umieszczonej na głowie rozgrywającego możemy niemal dosłownie znaleźć się na boisku, czuć zapach zwycięstwa, smak porażki i ucisk bandaży na palcach. Zadziwiające, że film tak pełen pasji do siatkówki wyszedł spod ręki człowieka, który – jak sam przyznaje – ze sportem tym miał do czynienia tylko poprzez obserwowanie, jak siatkarzom kibicuje żona. Może jednak właśnie dzięki temu początkowemu dystansowi „Drużyna” skierowana jest nie tylko do grupy pasjonatów, lecz także do szerszego grona odbiorców, którzy sportową determinację przenieść mogą na realia związane z dążeniem do własnych, codziennych celów.
„Drużyna”. Scenariusz i reżyseria: Michał Bielawski. Gatunek: film dokumentalny. Polska 2014, 80 min.